sobota, 29 października 2011

Jak zaczarować kość piszczelową?

Pierwszy tydzień przygotowań do maratonu za mną. Korzystam z tego planu, po którym Michał pobiegł. Ze względu na włoski zmodyfikowałam go trochę i biegam w poniedziałki, środy, piątki i soboty. Miało być kilometrowo: 5;4;3;8. Wyszło: 4,7; 4; 3; 8,5.

Poniedziałek był ciężki, dlatego że wciąż dokuczała kość piszczelowa w prawej nodze- czuję, że wciąż jestem na początku mojej przygody z bieganiem... Robię codziennie wspięcia, we wtorek było lepiej, ale bez rewelacji. W zeszłym tygodniu też biegałam, 2 razy, za każdym razem po 2-4 kilometry, przeplatane z marszem, z powodu tego właśnie bólu. Czy to możliwe, że boli mnie noga przez 2 tygodnie wolnego od biegania? Co prawda we wtorek się nie poddałam i kilka razy przeszłam do marszu po prostu, ale później biegłam, a pod koniec treningu ból całkowicie ustąpił. Dołożyłam do tego wspominane wcześniej kledzikowe (tyle że ja robię jedynie przysiady trzymając nogę z tyłu 2x20 na każdą nogę, nożyce 2x20 na każdą nogę i nożyce siedząc przodem, które nazywam dźwigiem, też 2x20 na każdą nogę), a także wróciłam do brzuszków MSŻ, żeby wzmocnić brzuch i wyprostować sylwetkę (o ile to możliwe). Załamałam się totalnie. Robię po 10 powtórzeń pierwszego stopnia i mam problem przy ostatnim ćwiczeniu... W ogóle, żeby było jasne: po biegu się rozciągam 10-12 minut (każde ćwiczenie to 30 sekund, często wszystkie robię dwa razy), a następnie kledzikowe i brzuszki, więc nie ćwiczę codziennie, a 4x w tygodniu. Dodam jeszcze kilka ćwiczeń z ogólnej rozwojówki na wzmocnienie ud i pośladków. To wszystko mi się przyda później przy bieganiu, gdy będą już większe dystanse. Tym razem, jak widzicie, podeszłam z konkretnym planem. Najbliższy cel to przebiec pierwszy bieg w Grand Prix Poznania (w sobotę, 12.11.2011) na 5km poniżej 30 minut, a drugi (w grudniu) poniżej 28 minut. Pobiegniecie tam? Zostały 2 tygodnie. Tylko kość piszczelowa może mi stanąć na przeszkodzie. Pamiętajcie, że to tylko 10zł za bieg.

W środę było już lepiej, 4km przebiegnięte średnim tempem ... w tym 2 minuty marszu, ale tym razem do marszu już tylko raz przeszłam. Kość bolała, bardzo, nawet trochę zaczęła ta druga, ale dopiero po 13 minucie się pojawił ból i po marszu nie wrócił, dlatego po treningu byłam już naprawdę dobrej myśli. Ból jest, ale trwa krócej i szybciej się go pozbyłam.

Piątek natomiast to pierwsze małe zwycięstwo- to był króciutki bieg (wszystko według planu), 3km, ale mimo, że cały bieg czułam nogę, to nie bolała, więc w końcu bez marszu!

A dziś...kochani! I dobrze i niedobrze. Dzisiaj miałam 8,5km, to był ten długi bieg, w którym mogło być nawet trochę marszu, ponieważ ten trening ma za zadanie zwiększyć naszą wydolność i przyzwyczaić organizm do długiego wysiłku. Dzisiaj była to prawie godzina, do tego długie rozciąganie i dodatkowe ćwiczenia po biegu. Trochę się załamałam, bo zacznijmy od ważnej informacji: już od samego rana nie chciało mi się biec, ale totalnie nie chciało się. Po śniadaniu pojechaliśmy rowerami nad Maltę, by zobaczyć, jak wygląda organizacyjnie I Bieg Eliminator, później na zakupy, następnie zjadłam kanapkę przedbiegową z dżemem i poszłam spać na 30minut, a obudziliśmy się po 1,5h. Można powiedzieć, że się bardzo wyspaliśmy, ale nie wiem...albo taki dzień, albo..trudno to wytłumaczyć, czasem jest taki dzień i już. Zmusiłam się do zjedzenia połowy banana i już po kwadransie oboje wybiegaliśmy z domu. Michał swoją trasę, ja swoją. Oj, ależ walczyłam... Z nogami, były takie ciężkie dzisiaj! Po prostu je wlokłam za sobą. Czułam też, że po tym pierwszym tygodniu są zmęczone, za tydzień powinno być łatwiej. Ostatecznie przeszłam do marszu 3 razy po 2 minuty, ale piszczele w porządku- chyba się pozbyłam bólu, choć z ćwiczeń i wspięć nie rezygnuję. Nie zaszkodzą przecież. 8,5km w 56 minut z kawałkiem daje bieg tempem 6:46 min na 1 kilometr. I na pierwsze długie wybieganie od wielu tygodni jest ok, choć bez rewelacji. Ale trzeba pamiętać, że nad prędkością pracuję podczas krótkich biegów, a ten ostatni ma być wolniejszy.
W przyszłym tygodniu pierwsze przebieżki, aj! A w sobotę 10 km. Jestem zadowolona z tego tygodnia, zrobiłam uczciwie wszystkie 4 treningi, mimo bólu i trudności. Mam nadzieję, że zachowam ten rytm. 

Jest piękna pogoda, wciąż biegam w krótkim rękawku, ciekawe, jak długo się to utrzyma?


Maraton w Krakowie 22.04.2012. Zostało 25 tygodni.



Parola del giorno: dormire come un ghiro- spać jak kłoda/suseł (ang. sleep like a log), przykład

Rumori? Luce provenienti da altre stanze? Brutto tempo? Non importa perché dormo sempre come un ghiro!  Quando la testa si poggia sul cuscino mi addormento subito!



piątek, 28 października 2011

Moje Cinque Terre ;(

Jak mówiłam ostatnio- wróciłam do mojej grupy C2, prowadzonej przez Anię Grochowską, największy skarb szkoły Dante Alighieri w Poznaniu. Ze starej ekipy jest tylko Sylwia. Dotarły też... Czekamy jeszcze na decyzję Kariny i Eli- może wrócą, jak i ja, na stare śmieci ;) Pierwszy tydzień, z powodu zawirowań z grupą egzaminacyjną, opuściłam, ale niestrudzona Silvio, przesłała mi materiały, więc nie byłam zupełnie nieprzygotowana.

W tym tygodniu przerabiałyśmy gialli italiani, czyli mowa była o kryminałach. No właśnie, lubię kryminały, ale nigdy nie miałam na nie czasu- zawsze było tyle ważniejszych dla mnie książek do przeczytania, że specjalnie się nie przyłożyłam i tak np nie znam kompletnie Agathy Christie. Jezu, zdałam sobie sprawę z tego, że nawet "Morderstwa w Orient Expressie" nie czytałam. Nadrobię. Z tego, co przeczytałam, to najbardziej mi chyba odpowiada klimat Poego, no ale... komu nie odpowiada? Mistrz mrocznych opowiadań.
Grupa powoli się zbiera, ale bardzo powoli, wciąż mamy zajęcia w 3-4 osoby, co ma jakieś plusy (każda z nas więcej mówi, siłą rzeczy), ale zajęcia z Anią to praca w parach (dialogi) lub w grupach. Długo w to nie wierzyłam, ale na lekcjach z Anią właśnie zobaczyłam, że ma to sens, jeśli tylko rozsądnie jest prowadzone. Więc tych 6 osób byłoby ok, a 8 to już w ogóle. Więcej może nie, bo już by był folla. Pomyślcie- może ktoś z Was jest chętny na C2 do Dante Alighieri?

Mam problem z passato remoto- nie taki, że się nie lubimy, po prostu nie mieliśmy okazji dobrze się poznać. Za każdym razem, gdy moja grupa zaczynała tę część gramatyki, byłam chora lub z innych powodów nieobecna. Po powrocie słyszałam "Czas przeszøy dokonany, narracyjny, dobrze wykształceni go znają, ale niekoniecznie, generalnie nie jest jakiś super ważny" i tak sama trochę nadrabiałam, niespecjalnie się przykładając- dzięki temu, że go trochę liznęłam, czytam mniej więcej rozumiejąc. Ale gdybym sama miała go zastosować... Teraz już będę musiała. Za 1,5 tygodnia robimy powtórkę z czasów przeszłych, więc już sobie rozpisałam tabeleczki, regularne i nieregularne, uczę się, czytam- właśnie! Wypożyczyłam bajki włoskie, sporo tam remoto, więc mam na czym ćwiczyć, nie wspominając o impariamo italiano. To do pracy!

A na koniec smutna wiadomość- większość z Was na pewno słyszała o ulewach w Toskanii i Ligurii? Spójrzcie, co się stało z moim Cinque Terre ;(  Kiedy przeczytałam "Monterosso już nie ma, całe pod wodą", nie mogłam uwierzyć. Oczywiście możemy mówić o ogromnym szczęściu, jakie nas spotkało- udało nam się tam być, przejść wszystkich 5 wiosek, ale z drugiej strony... wiele razy rozmawialiśmy o tym, że chcemy tam wrócić, może nawet w przyszłym roku. Nie pociesza wcale fakt, że już tam byłam. Czy jeśli (kiedy?) zniknie Wenecja, powiemy "Spoko, ważne, że zdążyliśmy zobaczyć"? Nie. Przecież jedno z naszych ukochanych miejsc zostało zniszczone. Ta miejscowość była ostatnią, do jakiej dobiliśmy. Wciąż pamiętam, jak nagle poczułam, że mogę dalej iść, a nawet biec- i zbiegałam z góry, po drodze się rozbierając, by wskoczyć do wody, by ukoić ból stóp i nóg. A teraz rozgrywa się tam prawdziwy dramat.
Wrzucam zdjęcia z tej górki. Najpierw fotka z cyklu "Ile jeszcze muszę przejść, by dostać się na plażę Monterosso", następnie koniec wędrówki na tę plażę (Zapomniałam kartki "I did it!", ale po mojej postawie i szczęśliwej minie widać, jak dumna jestem, że wszystkie wioski przeszłam), a dalej zbieram się do biegu. To było w lipcu 2009 roku.



Parola del giorno: tristezza- smutek

Sono trista quando penso a Cinque Terre




poniedziałek, 24 października 2011

Stupida come un' oca

Zacznijmy od włoskiego, dla odmiany. W piątek byłam na teście kwalifikującym do grupy egzaminacyjnej, przygotowującej do CELI3. Brałam pod uwagę, że może być naprawdę ciężko, ale test był kubłem naprawdę zimnej wody, wylanej na moją głowę. Wiem, że mam duże braki, że nie przykładałam się do gramatyki, że wciąż mam zbyt mały zasób słownictwa i problemy z akcentem- z tego wszystkiego zdaję sobie sprawę. Ale CELI3 to jakiś kosmos dla mnie w tej chwili. Ania powiedziała "może za 1,5 roku". Zdecydowałam jednak, że wrócę do C2, do moich dziewczyn. Na CELI przyjdzie może kiedyś czas. Jeszcze za wcześnie. Nie przeskoczę w kilka tygodni wszystkich braków, udając, że ich nie ma, a nie mam złudzeń, że nadrobię to tak szybko. Oczywiście wróciłam do domu przybita, powtarzając sobie jednak, że to nie koniec świata, no ale jednak... czy ja w ogóle mówię po włosku? Nie wiem, do dzisiaj nie wiem.

W sobotę wybiegałam swój brak włoskiego, przygotowałam jedzenie na imprezę poślubną, no i pojechaliśmy świętować ślub Justyny i Johnnyego. Było bardzo miło ;) Nie lubię wesel, lubię imprezy poślubne, na luzie.
Większość z nas była w jeansach i adidasach, dzięki czemu nawet potańczyłam ;)

A w niedzielę nabiłam kurczaka na butelkę. No nie wiem, miał być pyszny, wyjątkowy i w ogóle, a wyszedł,jak zwykle, gdy piekę. Podlewałam piwem i w ogóle. Poza tym wybaczcie, że taki blady, ale piekłam 2,5h (ważył 2kg), uznałam, że 1kg to 1h pieczenia, bo tak się wieki temu przyjęło, a nie chciałam za długo trzymać, by nie był suchy. Nie mamy termoobiegu, może dlatego taki blady? W rzeczywistości wyglądał lepiej. Do tego podałam pieczone ziemniaczki.
W ogóle 2 drinki za dużo wypiłam w sobotę i cały dzień był w plecy... Nie lubię tego, a my się naprawdę rzadko upijamy, bo szkoda nam tych następnych dni. Ale do brzegu... W piątek wygrałam karnet na niedzielne filmy w ramach Kuchnia+ Food Film Festival... Uwierzycie, że nie skorzystaliśmy? Dupy z nas, blade, jak ten kurczak. Ale po prostu nam się nie chciało. Za to obejrzeliśmy w domu "Słodkie jutro" Atoma Egoyana z 1997 roku, od dawna do nadrobienia. Lubimy taki klimat tych małych amerykańskich (bądź kanadyjskich) miasteczek, do 10 tysięcy mieszkańców, często skutych lodem przez większość roku. Zawsze jakaś tajemnica, mroczny klimat, milczące porozumienie mieszkańców. Oczywiście mistrzostwem świata gatunku jest "Dogville" Triera z rewelacyjną Nicole Kidman. A następnie "Fargo" Coenów. Ale mimo wszystko obejrzyjcie "The sweet hereafter", jeśli macie możliwość. Mroźny klimat, ale warto.
A w czwartek idziemy na "Pinę" Wima Wendersa do Kina Rialto na 19. Właśnie w czwartek, bo mają wtedy promocję i bilet na film 3D kosztuje 19zł, pomyślcie. Opinie o filmie są aż miażdżąco doskonałe. Może ktoś ma chęć iść z nami?


Parola del giorno: l'oca- gęś, przykład:

Nel laghetto al parco ci sono tre oche bellissime



czwartek, 20 października 2011

No wygrał!

Zaczynam się zastanawiać, czy nie przekwalifikować tego bloga na "Hymny na cześć Michała". Pamiętacie, jak pisałam, że podczas obrony Michała, dziekan mówił, że tę pracę koniecznie trzeba wysłać na Festiwal Krótkich Form Multimedialnych?
Patrzcie:
Kategoria Animacja
1. miejsce - Adam Prusik "Poczwarka"
Kategoria Wideoklip
1. miejsce - Michał Przybylski "Matthew Herbert - It's only"
Wyróżnienie - Katarzyna Wiatrzyk "Powroty"
 
! znowu świętujemy!
Jeszcze raz. Praca dyplomowa Michała jest TU.
 
 
A jutro ruszamy z włoskim. Powrót do ukochanej szkoły Dante Alighieri. Wyjątkowo jutro- bo będzie test kwalifikujący do danej grupy. Założyłam najniższą wersję, czyli CELI3 (Ania mówi, że to odpowiednik angielskiego FCE). Mam nadzieję, że nie rzucam się na głęboką wodę, że nasza pani ;)) nie stwierdzi, że "sorry, nie bardzo, Majka, poucz się jeszcze i wróć za pół roku". Zajęcia są tylko raz w tygodniu, prawie tylko gramatyka, poszerzanie słownictwa już we własnym zakresie. Dużo pracy mnie czeka. Ale cieszę się ;) Ruszamy z zajęciami już w poniedziałek!
 
 
 
Parola del giorno: lasciar perdere- poddać się, dać spokój, odpuścić, przykład:

Lascia perdere Francoforte! Se vuoi andare in Germania vai a Monaco oppure a Berlino. Sono città molto più belle e interessanti da vedere e vivere.
 
 

poniedziałek, 17 października 2011

Maraton zdobyty!

Tak, są pierwsi maratończycy w naszej rodzinie. Michał i mój ojciec ukończyli wczoraj maraton, swój pierwszy w życiu- wszystko wskazuje na to, że nie ostatni ;) Ale po kolei.
W sobotę pojechaliśmy do Hali Areny, by odebrać pakiety startowe, spotkać się z Aleną, którą mieliśmy nocować, poznać Staszewskiego i może kogoś jeszcze. Udało się. Szkoda, że tak krótko, ale uścisnęłam dłoń naszego biegowego przewodnika, poznałam w końcu Corvusa, Grido z żoną, znowu spotkałam się z Basem. No i Alena. Cud dziewczyna, nasz nabytek, bo Białorusinka, mieszkająca we Wrocławiu, uczestniczka pierwszej biegowej drużyny Gazety z cyklu "Polska biega" z 2008 roku. Biega dalej, jak widać, a w tym roku zdobyła Koronę Maratonów (przebiegnięcie 5 największych polskich maratonów- Poznań, Wrocław, Warszawa, Kraków i Dębno- w ciągu 2 lat). Bardzo interesująca osoba, nasza skarbnica wiedzy, jeśli chodzi o maraton- mieliśmy cały wieczór, noc i ranek, by dowiedzieć się, co jeść, pić, jak się ubrać. Rzecz jasna, wszystko wcześniej czytaliśmy, ale Alena dała nam kilka cennych wskazówek. Bajka ją pokochała, z wzajemnością, rzecz jasna, więc chyba wszystko ok? ;) Poza tym zdobyła nas, przywożąc dżem, kupiony we Włoszech (Fair Trade!) i herbatę prosto z Szanghaju. Jeśli do tego dodam, że niemal mruczała, jedząc mój makaron, będziecie już wiedzieli, jak ją polubiliśmy? Jest bardzo otwartą, szczerą, nie komplikującą nikomu wokół siebie życia, osobą. I życzę sobie więcej takich spotkań, z rozmowami bez barier, jakichkolwiek.
Po spotkaniu w Arenie z Aleną i Basem pojechaliśmy na Stary Rynek, żeby wypić jakieś piwo. Wiecie, jesteśmy chyba koszmarnie nudni. Od godziny 17 w Arenie, później w drodze do centrum, następnie przy piwie, w drodze do domu, w domu...cały czas rozmawialiśmy o bieganiu, wciąż sobie przerywając. Ile można? Od kilku dni wiem, że bez przerwy. Ale my już chyba jesteśmy skrzywieni. Za dużo wiemy, za dużo czytamy, za dużo biegamy. Wybaczcie. Będę się starała tu pisać o tym maksymalnie raz w tygodniu, dobrze?
Sam bieg...
Byłam na tych punktach, jak się umawialiśmy, przejmowałam rękawiczki, w których było Michałowi za gorąco, podawałam żele Corvusowi, galaretki Michałowi, zmieniałam bidony, by miał świeżą wodę, rzucałam bananami i z całych sił krzyczałam, dopingując nie tylko naszych (Michał, tata, Alena, Bas, Corvus), ale i sąsiada (też Michała), dla którego ten maraton również był pierwszy.
Na każdym punkcie było tak samo: najpierw wypatrywałam Basa i Corvusa, kilka minut za nimi biegła Alena, po ok 10-15 minutach pojawiał się Michał, 20 minut po nim Michał- sąsiad, a później mój tato. Skupię się na Michale i ojcu, którzy na każdym punkcie wyglądali naprawdę dobrze, uśmiechnięci, pełni sił. Jaka byłam dumna! Pokrzyczałam, dałam, co trzeba, wsiadałam na rower i jechałam w kolejne umówione miejsce.
Michał dobiegł w czasie 4h 4minuty, tata- 5h 8 minut. Michał oczywiście zadowolony, że wszystko poszło dobrze, choć narzekał na czas, z czego wszyscy się śmiali, bo debiut był naprawdę udany! Chciałby oczywiście mieć 3h 59min, ale około 36.km poczuł stopę, którą leczył przed startem, a nie chciał jej "dobić", dlatego nie przyspieszył. Za to tata pobiegł z kontuzją, stąd czas- przez całe 42km bardzo bolała go stopa- ból promieniował aż do uda, co powodowało duży dyskomfort, a nawet musiał trochę pomaszerować. Ale zmieścił się w limicie 6h, też ma medal i też jest maratończykiem ;)


Kojarzycie te filmiki "po maratonie"? Ani Michał, ani tata nie cierpią- czują się doskonale (Michał dojechał rowerem do pracy i napisał "Czuję się tak, jakbym mógł dzisiaj 100km przejechać"). Moim zdaniem są sztuczni. Ich zdaniem to wszystko dzięki rozciągnięciu się po biegu. Uwierzcie, to naprawdę ważne. Staszewski ostatnio pisał, że na zawodach obserwuje ludzi, którzy nie przywiązują do tego wagi za metą- głównie dlatego, że po przebiegnięciu pół- czy całego maratonu, czujemy się już niezobligowani do robienia czegokolwiek (temu się nie dziwię, hehe). Było ciężko- gdy Michał mnie zobaczył na mecie, nie mógł mówić, kręcił tylko głową z emocji. Krzyczę "Rozciągaj się, Staszewski będzie liczył!", odpowiadał "Jeszcze nie". Po 42km mięśnie są w kosmosie, serio, ale muszą do nas wrócić- Michał podzielił rozciąganie na 3 podejścia. Dzięki temu po powrocie do domu czuł się "jak po normalnym treningu", a dzisiaj przyjmuje gratulacje cały dzień w pracy i schody nie są dla niego koszmarem. Muszę o tym pamiętać. Po półmaratonie się nie rozciągnęłam i było ze mną bardzo źle.
Pogoda za to wczoraj była idealna- ok 3 stopni, niewielki wiatr, mocne słońce.
Z ciekawostek:  wciąż mamy największą biegową imprezę w Poznaniu- bieg ukończyło 4619 osób.Wciąż ciężko mi przekazać, jak jestem dumna, naprawdę. Co jakiś czas dotykam Michała, sprawdzając, czy żyje, a on się śmieje i myśli o kolejnych biegowych celach. Jest prawdziwy, jest maratończykiem i jest mój!


 Parola del giorno: vincitore- zwycięzca ;)


niedziela, 16 października 2011

Poznań Maraton 2012



Dzisiaj Michał i mój ojciec pobiegną maraton w Poznaniu, co oznacza, że Michałowi w tym tygodniu serwowałam dietę "carbo loading" ;) A dzisiaj (dla odmiany ;D) Maratończycy pobiegną w tym roku trochę inaczej, niż zwykle, ze względu na wszechobecne remonty, oto mapka: Plan mamy taki, że będę rowerem dojeżdżać w poszczególne miejsca, by dostarczyć naszym zawodnikom wody, batoniki itd. Można mnie spotkać na 18. km( ok 11:45, most św. Rocha, tuż przy polibudzie), dalej rowerem bliżej ronda rataje (28.km, ok 12:40), następnie Droga Dębińska (37.km., ok 13:26)., na 99%, bo tak naprawdę co się wydarzy, nikt nie wie. 


Przyjdźcie, pokibicujcie, będę miała ciasto ;) pokrzyczcie, a za rok pobiegnijcie ze mną ;) Wczoraj przejechaliśmy te punkty rowerami, by sprawdzić, czy będę miała gdzie rower przypiąć itd. Wszystko gra, miejsca są dobre. Będę miała fioletową bluzę i niebieską chustę na głowie.
Alena, która u nas spała (to jej 6. maraton!) i Michał są już po śniadaniu, za godzinę wychodzimy. Jest stres, ale uspokajam ich rozmową o...bieganiu ;)


wtorek, 11 października 2011

Almodovar/ Ozon

Dziękuję Ani, naszej przewodniczce w zgłębianiu języka włoskiego za wyciągnięcie nas z domu- w piątek w końcu wybraliśmy się do kina- tym razem na Almodovara. Jego ostatni film "Skóra, w której żyję" wzbudza spore kontrowersje i jak zwykle przy jego filmach utworzyły się dwa obozy odbiorców- tych, którzy uwielbiają i tych, którzy znieść nie mogą. Tych drugich tradycyjnie nie potrafię zrozumieć- uwielbiam Pedro Almodovara. Porusza tematy ZAWSZE ważne, najczęściej związane z naszą seksualnością, transseksualnością, homoseksualizmem, brakiem porozumienia między ludźmi.
Jak daleko można się posunąć w wymierzaniu kary? Czy moralnie dopuszczalne są eksperymenty nad ludzkim ciałem? Wreszcie: dokąd zmierza dzisiejsza medycyna? A zdjęcia... Oboje z Michałem odnieśliśmy wrażenie, że z każdym filmem Almodovar ma lepsze zdjęcia- wciąż nad sobą pracuje. Tym razem zrobił film naprawdę piękny- cudownie się patrzy na te nieprzypadkowe kadry, zbliżenia, kolory. Wszystko jest tak, jak powinno być. Fabuła? Jak to u Almodovara- jazda bez trzymanki. Obejrzyjcie, naprawdę warto. Plus świetny Banderas- dojrzały aktorsko.
Pogoda nie nastraja pozytywnie, dlatego wróciliśmy do oglądania seriali, które przeplatamy z filmami. Ostatnia seria Dextera rozpoczęta, a tymczasem dzisiaj obejrzeliśmy kolejny film Ozona- "Czas, który pozostał".
Cóż, smutny, bo o umieraniu. Troszkę ziewałam, ale nie wiem, czy to nie dlatego, że czuję się dzisiaj paskudnie przez ten deszcz. Ozon trzyma poziom, wciąż cudowne scenerie, piękne zdjęcia, doskonale dobrani aktorzy, scenariusz taki, jak ma być- niczego za dużo, niczego za mało. Wiedziałam, że ten film nie będzie radosny, że mnie przybije, bo kiedy ktoś bardzo młody umiera, to jakoś trudno mi się z tym pogodzić... Ale nie poradzę nic, że nie mam chęci na nic przyjemnego i optymistycznego, gdy brakuje słońca, wciąż mży i wieje. Myślę, że jesień to też dobra pora do nadrobienia Kieślowskiego. Lubicie?

Oczywiście jak tylko pozbyłam się przeziębienia, nastąpił koniec "polskiej złotej jesieni". Leje, wieje, jest obleśnie. W tym czasie nie pozostaje nam nic innego, jak oglądać filmy, czytać książki lub... zapisywać się na kolejny rok nauki w Dante Alighieri ;> Już wkrótce ruszamy, to ostatni rok i już mi z tego powodu smutno, serio. Myślałam o grupie egzaminacyjnej pod kątem certyfikatu CELI 3, ale może w drugim semestrze...? Jakoś nie czuję się na siłach. Wciąż mi się wydaje, że ledwo liznęłam języka, a tu zaczęłam przecież czytać książki po włosku. No nie wiem. Wracam do congiuntivi, żeby zapisać zaległy test w końcu. Żeby Ania uwierzyła, że choć trochę przyswoiłam materiał z kursu C1 ;)
Dzisiaj przypomniałam sobie, jak bardzo lubię utwór Hindi Zahry. Posłuchajcie. Smakowite na jesień, prawda?
Bardzo dziękuję wszystkim, którzy napisali do mnie, wspierając w poszukiwaniach pracy, szczególnie tym, których chęć pomocy była tak daleka, że nawet padły pewne propozycje. To wzruszające, że większość z Was zna mnie tylko z tytułu tego bloga, a wyciąga rękę, gdy potrzebuję pomocy. Dziękuję! Tak czy inaczej, wciąż rozglądam się za pracą ;)
Parola del giorno:  avere un santo in paradiso- (dosłownie: mieć świętego w raju) mieć znajomego na dobrym stanowisku, w lepszym towarzystwie- kogoś, kto zawsze pomoże , przykład

La situazione lavorativa qui è davvero tragica. Ora lavori solo se hai un santo in paradiso che ti aiuti a prendere un posto



poniedziałek, 3 października 2011

Cambiamenti


W minionym tygodniu przeziębienie wróciło- w dniu, w którym opuściło Michała, "przeszło" na mnie. Nie biegałam, nie ćwiczyłam, a kurowałam się rosołem i herbatką z miodem i cytryną. Wciąż trochę pociągam nosem i się lekko duszę, ale chyba najgorsze za mną. Szkoda, ze wypadło to w dni, o których wszyscy mówicie "Jak pięknie teraz jest! Jak ciepło!". Cóż, tak wygląda, ale ja się trzęsłam wciąż z zimna, więc nic z tych pięknych dni nie miałam, nawet już rowerem nie jeździłam. Szamotuły odwołuję, nie ma co ryzykować teraz takiego wysiłku. Najbliższy półmaraton pewnie dopiero 1.04. czyli nasz poznański. Żałuję, ale pewnych rzeczy nie przeskoczę. Liczę w takim układzie na naprawdę świetny czas w kwietniu. A jesienią i zimą zostają mi tylko starty w Grand Prix Poznania.

Jakby tego było mało, dowiedziałam się o zakończeniu mojej "kariery" w firmie- mam umowę do końca roku i nie zostanie ona przedłużona. Miło, że wiem o tym na 3 miesiące przed faktem, ale i tak szkoda, no trudno. Od kilku dni przeglądam już oferty pracy- skoro mam 3 miesiące, to może uda się znaleźć miejsce, gdzie będę mogła wykorzystać znajomość włoskiego? Dajcie znać. Gdybym znalazła coś ciekawego przed upływem tego kwartału, też mogę odejść- mój pracodawca tylko czeka, by przestać utrzymywać moje biuro.
Jest słabo z ciekawymi propozycjami, ale wierzę, że coś się znajdzie dla Majki... ;) 
A w wolnej chwili wspominam wakacje. Dokąd zawiezie mnie ta Vespa w kolejnym roku? 

Uciekam spać- jutro muszę wcześniej wstać, by zrobić sobie wycieczkę do Urzędu Miasta i wypełnić deklarację, uprawniającą do głosowania w miejscu innym, niż zameldowania. Miłego tygodnia!


Parola del giorno: cambiamenti- zmiany

I cambiamenti sono necessari.