piątek, 29 kwietnia 2011

Królowa Kinowych Promocji

 Świetny rytm filmu- nie pozwalał się nudzić, a jednocześnie nie pędził. Oczywiście, że przewidywalny film, ale... podobno Fatih Akin zrealizował "Soul kitchen" z najlepszymi przyjaciółmi. Razem pisali scenariusz, a na koniec w nim wszyscy wystąpili. Czuć, że są zgrani, że wszystko styka, jak powinno. Scenariusz pyszny- nigdy się tak nie śmiałam na niemieckojęzycznym filmie, poważnie! Nie każdy widział, to nie zdradzam, powiem tylko, że trzeba film koniecznie nadrobić. A kucharz został moją ulubioną postacią z filmów obejrzanych w tym roku ;) Ogromny plus również za muzykę! I już zacieramy rączki na myśl o nadrobieniu pozostałych filmów Akina.
Oglądać! Dawno się aż tak nie śmiałam w kinie!

Jeszcze filmowo- za tydzień w Muzie "Puzzle", o których pisałam TU. Serdecznie polecam, nie spodziewaliśmy się, że to
wejdzie do kin. Natomiast za 2 tygodnie będzie "Wyjście przed sklep z pamiątkami", na który po weekendzie majowym już kupimy bilety. Nie zwlekajcie, na pewno będą tłumy- w końcu film o Banksym za 5zł!
A w poniedziałek w Apollo (pamiętacie, że w poniedziałki bilety na 2 ostatnie seansy kosztują 18zł- dla 2 osób?) o 18 "Poznasz przystojnego bruneta", a o 19 "Erratum" i na ten drugi właśnie bardzo chcę iść. Ciekawe, czy jak zwykle rozczaruję się polskim kinem? Ale trąbią wszędzie, że Kot doskonały, no to sprawdźmy. Szczególnie, że ten ostatni Allen słaby podobno.


Mówią, że przed nami gorąca wiosna i gorące lato. Oby! Chcę umierać z gorąca, chcę słońca, każdego dnia. Jest już tak pięknie, że w pracy słów brakuje, siedząc i spoglądając przez okno.... Nawet bzy już kwitną- a mają to przecież w zwyczaju raczej po "zimnej Zośce". W weekend majowy będzie, jak w każdy weekend, czyli trochę rowerów, trochę biegania, a do tego chcemy się wybrać do zoo. Dzień jeszcze do ustalenia (choć patrząc na prognozę pogody, wszystko wskazuje na sobotę, później będzie trochę chłodniej), więc gdyby ktoś miał ochotę, zapraszamy. Bilet grupowy jest chyba tańszy ;)
Najbliższe cele, żebyście nie myśleli, że się obijam:
1. Do końca maja biec 10 km w czasie 65 minut.
2. Do końca maja mieć na liczniku rowerowym 500 km (na razie jest niespełna 100)

Poza tym pozdrawiam panią Beatę, która uczyła się ze mną włoskiego kiedyś w Dante, a dzisiaj wpadła do nas na makaron i kawę z ciachem ;)
 Miłego sportowego leniuchowania! 

środa, 27 kwietnia 2011

Krótko. Jazzowo.

Dzisiaj 80. rocznica urodzin Krzystofa Komedy. Uwielbiam jego muzykę.
Z tej okazji o 23:00 na tvp kultura będzie dokument o nim, nie przegapcie!
 Wino, kawa, jazz i kolejne 18 km rowerkiem za mną.... Zbieram siły na jutrzejszy bieg i kino.

Miłego wieczoru!


wtorek, 26 kwietnia 2011

Breakfast on Pluto i cała (filmowa) reszta


"Il gabbiano Jonahthan Livingstone" Richarda Bacha to moja pierwsza przeczytana po włosku książka. Sto kilka stron- szału nie ma- wiem, ale jaka radość, że się udało uchwycić sens, że tak wiele zrozumiałam! Siete fieri di me? ;) Choć bez słownika się nie ruszałam, to i bez niego byłoby ok (ale mam coś takiego, że kiedy tylko mogę, chcę zapisać każde nowe słówko ;) Oddałam ją i... od razu wypożyczyłam kolejną, bo trzeba iść za ciosem ;) W tym roku, we Włoszech, zamierzam kupić stos książek, by się zaopatrzyć na jakiś czas ;)

"Wszystko w porządku" oczywiście nie zawiódł, serdecznie polecamy! Komedia, choć gorzka. Trailer. Aktorstwo rewelacyjne. Wychodząc z kina kupiliśmy bilety od razu na kolejny czwartek, 28.04.11, o 20:45 będzie "Soul kitchen" Fatih Akina. Dość głośno było o tym panu za sprawą filmu "Głową w mur", później było  na "Krawędzi nieba" znane i "Zakochany Nowy Jork". Nie widziałam nic tego reżysera, więc jestem ciekawa, czym mnie zaskoczy. Bilety po 5zł, jak zawsze, nie zwlekajcie ;)

Z pełnymi brzuchami (pełnymi żuru, białej kiełbasy, bułeczek razowych made by me z masłem czosnkowym made by me i ciast od mam), zaopatrzeni w zieloną herbatę, kojącą nasze żołądki, obejrzeliśmy dzisiaj "Śniadanie na plutonie" z Liamem Neesonem (trailer )- film znany głównie dzięki festiwalowi Era Nowe Horyzonty. No i cóż, nie rozczarował. Dość mało horyzontowy, jeśli wiecie, co mam na myśli- aż tak trudny i ciężkostrawny nie był, a filmy z ENH mają to w zwyczaju. Był raczej z tych, na których nie ziewacie, nie doszukujecie się symboli, a przy tym wszystkim nie taki leciutki. Transwestyta poszukuje matki, która porzuciła go od razu po urodzeniu- to w dużym skrócie. Dużo dobrej muzyki ;) Z ciekawostek: reżyser to Neil Jordan- ten od "Wywiadu z wampirem" oraz "Ondine" (ten-podobno, bo nie widziałam i raczej nie zamierzam- gniot z Bachledą-Curuś i Farellem). Cóż.. 



A jak już przy filmach jesteśmy. Na pewnym blogu znalazłam interesującą rzecz. Poczytajcie. Link do dokumentu "Il corpo delle donne" jest TU. Interesująca rzecz o uprzedmiotowieniu kobiet we włoskiej telewizji. A do tego w dobrze znanym nam języku ;)

Aj! Prawie zapomniałam, że w międzyczasie nadrobiliśmy też "Wielkiego Gatsbiego"- tak, tego samego, na podstawie książki F.S.Fitzgeralda. Obraz z 1974 roku, w rolach głównych Robert Redford i Mia Farrow. Troszkę zmęczył, cóż... Książka lepsza, rzecz jasna. Choć scenariusz napisał sam F.F. Coppola.
Aby nie było totalnego lenistwa, Michał przed dzisiejszym śniadaniem przebiegł 10km... Ja mam tydzień w plecy z bieganiem, z różnych względów, ale jutro powinnam już dać radę.
A teraz marsz do łóżek z książkami! Do pracy za kilka godzin... ;>

wtorek, 19 kwietnia 2011

Primavera!

Teleny Oscara Wilde'a- nie czytałam nic bardziej erotycznego. W całym swoim życiu. Serdecznie polecam.
A dziś włoskie memory- czyli uczę się wyjątków z congiuntivo, chorób psychicznych i przymiotników- jutro teścik na włoskim.
Włoska reklama IKEA. Love ;>

Dzisiaj po raz pierwszy przebiegłam Maltę poniżej 40 minut! Sukces, serio! A w ogóle to cały trening wymyślałam sobie, jaka to jestem niedojda, że ciągle ten marsz muszę włączać, aż tu nagle, totalnie zniechęcona, przed końcem spojrzałam na zegarek i wtedy zrozumiałam, że muszę ostro dodać gazu. Udało się: 39:57 ;>

Kupiłam dzisiaj dwie książki Skarżyńskiego. Może uda się, że znajdę je w skrzynce przed świętami...? Mam nadzieję, że
pomogą mi przebiec mój pierwszy maraton poniżej 5h. Tak, marzę, by mieć czwórkę z przodu, choćby to było 4h 59 min 59 sek. Muszę tylko pobiec tempem 7 minut na 1 kilometr (półmaraton przebiegłam/ przemaszerowałam w tempie niecałe 8min na km). Dam radę? Nie wiem. Dużo pracy przede mną. Ale czuję się tak silna, jak nigdy, naprawdę. I nogi odpuściły z bólem (i piszczele, i kolana)- chyba dzięki codziennym ćwiczeniom na wzmocnienie ud). I jest już wiosna, a za 4 miesiące Włochy. Pięknie ;>
W tym tygodniu już zaczęłam jeździć do pracy rowerem, termometr rano wskazuje 9stopni, więc akurat ;> Cały dzień kręciło mi się w głowie, ale to chyba z powodu nagłego wybuchu wiosny...miejmy nadzieję, że na dobre!
 
Rzeżucha coraz większa, czas kupić pędzelki i myśleć nad wzorkami w tym roku, malujecie? My obowiązkowo, co roku. Efekty na pewno wrzucę tutaj w sobotę ;)

sobota, 16 kwietnia 2011

Home sweet home

"Wszystko w porządku" będzie w Muzie w przyszły czwartek za 5zł. Mamy już bilety ;> Podobno całkiem zgrabna komedia o dwóch lesbijkach, które są ze sobą wiele lat i wychowują urodzone przez siebie dzieci. Dzieci dorosły i pragną poznać biologicznych ojców, rzecz jasna ;) Jedną z ważniejszych informacji jest to, że gra tam Julianne Moore i Anette Bening, które bardzo lubię ;) Polecamy Nieprzyzwoicie Tanie Czwartki w Muzie.

Dzisiaj uciekam do rodziców, na wieś ;) Mama chora, więc jadę jej coś ugotować, może gnocchi ze szpinakiem? Jakieś
okna umyję, astry przytnę, poprzeglądam mapy Włoch, wyśpię się w bibliotece, a  przy okazji przebiegnę się z tatą, o. No i pogonię Bambo, którego widać na zdjęciu (miał nadzieję, że ptaki się nie zorientują, że to nie ptak siedzi w ich karmniku...) A w niedzielę do szkoły, już końcówka. Może się jakoś uda skończyć te studia mniej więcej w terminie ;)

Czy ja już mówiłam, jaki jest kolejny cel biegającej Majki? MARATON. Oczywista oczywistość, że zacytuję klasyka
polskiego. To logiczne raczej, że skoro dałam radę przebiec półmaraton, następnym krokiem są upragnione 42 kilometry. Na razie korzystam z planu 6-miesięcznego, który jest TU (zaczęłam od 2. tygodnia, dzisiaj go kończę). Tylko że ja biegam 3 razy w tygodniu (wtorek, czwartek i niedziela- czasem wymiennie z sobotą). Dorzucam rower i rolki już teraz w pozostałe dni, by się wzmocnić. Zapiszę się jednak dopiero, gdy będę miała pewność, że przebiegnięcie 21km (czyli półmaratonu) nie sprawia mi ogromnego wysiłku. Inaczej to nie ma sensu. Czas nie jest ważny, chcę być maratończykiem ;) Celuję w 5h 30 minut. I moim największym sukcesem życiowym będzie, gdy dobiegnę na metę. Po starcie z 3.kwietnia zaczęłam wierzyć, że to możliwe, ale jednocześnie zrozumiałam, jak długa droga przede mną i ile pracy jeszcze.
 Po drodze do październikowego startu chcę zaliczyć co najmniej 2 półmaratonu- czyli 12.06. w Grodzisku Wielkopolskim
i np. ten wrześniowy w Pile. Chyba, że znajdę coś w innych miastach, gdzie sobie załatwię nocleg (Warszawa- tam sporo imprez biegowych, Kraków, Wrocław, zobaczymy). Jednak półmaratony już po tym w Grodzisku będą w ramach treningów ;) Ten za 8 tyg chciałabym przebiec w 2h 30 minut, ale coraz bardziej wątpię w to, czy się uda. Chyba narzuciłam sobie zbyt szybki progres. A powinnam już wiedzieć, że bieganie nie tylko uczy i wymaga pokory, ale i postępy są naprawdę małe i powoli. Nie da się oszukać organizmu.
Wish me luck ;)
Dziś jest pięknie, nie siedźcie w domu, uciekajcie stąd, sprzed komputerów! Na rower, rolki, pobiegać lub choćby na spacer!


ps. Jeśli damy radę przebiec maraton w październiku, w marcu 2012 lecimy do Rzymu ;> Będziecie kibicować? 

czwartek, 14 kwietnia 2011

Limitless

W sobotę Michał znowu wygrał bilety do multikina w wtk. Tak się złożyło, że mnie też wybrali, więc mieliśmy 4 zaproszenia ;) Chcieliśmy iść we wtorek na "Jestem bogiem", a dziś na coś innego, ale niestety repertuar tego kina zawsze przedstawia 1 film w tygodniu, na który można się wybrać. Bo na "Niepokonanych" nie mamy chęci. Mimo reżysera i obsady... Sorry, nie jesteśmy fanami filmów typu "Essential killing"- my po prostu lubimy dobre kino ;) Ten film z De Niro ("Jestem bogiem") też trochę naciągany mi się wydawał, no ale cóż. W każdym razie wejściówki trzeba wykorzystać do czwartku, więc postanowiliśmy zaprosić Kudła i J. A w ogóle to głupi tytuł. Polski, rzecz jasna. Oryginalny to "Limitless". Polski tytuł może zwieść, a film traktuje tak naprawdę o narkotykach.

Sam film? Bajeczka, na raz, dobre może na rozpoczęcie jakiegoś dłuższego wieczoru filmowego.  Ale plus dla kamery- oko grafika cieszyło i estetycznie bardzo ok. Bardzo rozczarowujący Robert de Niro.Ciekawe, że długo był na tej samej półce, co Al Pacino, a później zaczął się bawić w komedie typu "Depresja gangstera", "Poznaj mojego teścia" itd. Źle, że poszedł w tym kierunku, Pacino nie popełnił tego błędu i wyszedł na tym lepiej. To znaczy na pewno nie lepiej finansowo, ale przecież obaj już tyle z(a)robili w filmach, że teraz mogliby już bawić się z wnukami i czekać na jakieś Oscary za całokształt czy cuś.
To podobno ostatni taki wahający się pogodowo tydzień. Oby. Dzisiaj miałam trening (wtorkowy odpuściłam) i wyjątkowo dobry czas- włączyłam przebieżki- czas popracować nie tylko nad szybkością, ale i wytrzymałością. Słowem- nad wszystkim ;)


Wrzucam zdjęcie z oficjalnej strony poznańskiego półmaratonu. To mój tata ;> Wygląda całkiem żwawo, jak na 62-latka, prawda? ;)

Zielona herbata się parzy, uciekam do książki, do miłego!


niedziela, 10 kwietnia 2011

Spero che io sia bene

 Congiuntivo- piękna forma wypowiadania się po włosku. Szkoda, że tyle wyjątków ;) Ale Ania twierdzi, że powinniśmy ją znać BARDZO DOBRZE- nie tylko ze względu na to, że to nie język potoczny, ale i Włosi nie używają tej formy często. Mogą być zawstydzeni, słysząc to z ust zagramanicznych (kończymy 3. rok nauki, najwyższy czas piłować to, co powinno już dawno być płynne!). Ania jest w ogóle sfiksowana na punkcie tej formy- pisała na ten temat pracę magisterską, więc sami rozumiecie... Ale właściwie nie o tym chciałam pisać. Jeśli chodzi o włoski, największy problem mam z pronomi (diretti, indiretti i combinati) oraz...z akcentem. Tak. Ania to pierwszy nauczyciel, który taką wagę do tego przykłada i okazało się, że mam fatalne nawyki z mówienien "nie wiem w sumie jak, więc kombinuję"- i zawsze przekombinuję. A pronomi... niby pryszcz. Kiedy przeglądam przykłady- jest ok, wszystko logiczne. Gdy czytam artykuły albo książki- rozumiem ich zastosowanie. Ale sama gdy mam przekształcić zdanie...klops, duży i to mielony. Za mną weekend z tymi ćwiczeniami, bo pewnie jutro będziemy to piłować. Jest lepiej, ale do doskonałości.... Sami wiecie.
I jak tu się dziwić później, że marudna jestem na lekcjach i przekonana o błędnie zrobionych zadaniach i bez optymizmu chcę czytać moje gramatyczne ćwiczenia? Na otarcie łez mój ulubieniec Beppe Severgnini daje krótkie wykłady dotyczące mowy- taki włoski prof. Miodek. Boskie! Randomico 

Akcentu słucham też choćby z Silvio kurde, to trzeba mieć tupet, by żartować z bunga bunga podczas nagradzania najzdolniejszych studentów! Ale jemu się wybacza wszystko...

W piątek w końcu obejrzeliśmy "Il divo"- dość znany i raczej dobrze oceniany włoski film- na faktach, historia Andreottiego, "wiecznego premiera", zwanego też "Garbusem". Tylko patrzcie na historię

Dla mnie trochę przegadany, poza tym kamera... Rozumiem, że miało być, jak u Tarantino, ale Tarantino jest jeden i każda próba kręcenia w ten sposób filmu jest absolutnie niedopuszczalna. Tylko dla osób, interesujących się włoską polityką.
Wczoraj, dla odmiany, wróciliśmy do kina skandynawskiego, które znamy aż zbyt dobrze. Może dlatego przeoczyliśmy perełkę, jaką jest "Hawaje. Oslo". Jakie miasto! Jacy ludzie i jaki bieg! ;) Polecamy serdecznie. Nawet, jeśli ktoś nie jest fanem kina z tamtych rejonów, to niech obejrzy, bo film jest bardzo europejski (oczywiście wszystko, co w skandynawskim kinie być powinno, jest: naturszczycy, kilka rozgrywających się równolegle historii ludzi nie mających ze sobą nic wspólnego, których losy na koniec się łączą. Poza tym... oni nie muszą dużo mówić, by przekazać to, co ma być przekazane. I to lubimy.).
A dzisiaj po biegu, podczas domowej pizzy, wrzuciliśmy "Quicksilver", lekkie kino z lat 80. o kurierach rowerowych. Ach, młody Kevin Bacon! Też polecamy ;>

Dla zainteresowanych- a volta wrzucam coś na twittera- solo in italiano. Będę wdzięczna za poprawianie błędów. Piszcie, jak tylko coś zobaczycie. Wciąż się uczę.

Wybaczcie ilość linków, ale niedziela upłynęła nam po włosku od samego rana- nawet teraz słuchamy Mondo Cane. Pamiętacie? Och, co to był za koncert! Mike Patton. Kocham. Szczególnie po włosku! Pewnie o nim napiszę niedługo znowu. Bo Patton to żywa legenda i nie wolno o tym zapominać. Jezu, chyba odkurzę wszystko Faith No More!
A teraz z Pattonem, książką i kakao do łóżka. No.. Mike może być wyjątkowo między nami- oboje go uwielbiamy ;)

 Ciao, sogni d'oro.

sobota, 9 kwietnia 2011

Le vacanze, le vacanze!

 Czas trochę o wakacjach napisać, bo zarezerwowane od wielu tygodni, a nie mam kiedy Wam napisać, tak zaprzątało mi głowę bieganie.

Wakacje ustalone- oczywiście Włochy, nieoczekiwanie: rejon Rzymu (Marche, blisko L'Aquilli, gdzie było pamiętne trzęsienie ziemi w 2008r.), nieoczekiwanie domek, nieoczekiwanie z moimi rodzicami ;) Sami zaproponowali, bo od lat szukają pary do apartamentu i w ogóle podróży. Więc po kilku latach przerwy, jeśli chodzi o wyjazdy z rodzicami i rok po wyprowadzce z domu, wracamy do korzeni ;) Cieszymy się wszyscy, bo bardzo tanio wtedy wychodzi ten apartament, do tego będzie lodówka, więc można wziąć coś z PL, koszt dojazdu to pikuś, gdy się rozkłada na 2 pary w tym wypadku. Bosko! A domek ma 2 kondygnacje, 2 łazienki, więc my na górze, rodzice na dole, nikt nikomu nie przeszkadza! Przynajmniej będzie para do gry w memory i scrabble ;) No i można wziąć duuużo książek ;) Powiem tak: jestem szczęśliwa, że mam takich rodziców, z którymi można coś takiego zorganizować, są po prostu normalni, no i podobnie jak my, kochają Włochy ;) Jedziemy późno, bo pod koniec sierpnia, więc jest dużo czasu, by uzbierać kasę. No i będzie jak w zeszłym roku- Wy wszyscy wrócicie, zapomnicie o urlopie, zejdzie Wam opalenizna, a my będziemy Wam machać chusteczkami na pożegnanie ;)
Zdecydowaliśmy się zostać w Rzymie na noc (rodzice wrócą sami)- ja byłam tam już 2 razy (za każdym razem tydzień), dla Michała to będzie pierwsza wizyta w Wiecznym Mieście i stwierdziliśmy, że dwa razy nie będziemy jeździć, bo się to nie opłaca, a 1 dzień to trochę mało. Tydzień i 2 tygodnie to też mało. Kocham Rzym i nie wiem, czy życia by wystarczyło, aby poznać go tak, jakbym chciała. W związku z tą wyprawą, szukamy noclegu w tym pięknym mieście- chcemy, oczywiście, skorzystać kolejny raz z Hospitality Club, ale może macie tam kogoś zaufanego? Nie zamierzamy za ten nocleg płacić, sami rozumiecie ;) Reszta jest wciąż planowana, jeśli chodzi o zwiedzanie, więc jak coś ustalimy na pewno (nasze szlaki różnią się od rodziców, więc na miejscu będziemy się rozdzielać;)), dam znać.

 Josif Brodski (kolejny, obok Muratowa i Tarkowskiego, rosyjski italofil) "Lubię nie tyle podróż, co przybyć gdzieś i tam osiąść. A tak zwyczajnie miotać się z miejsca na miejsce, łypiąc na bok- nie, tego nie lubię. [...] Dajmy na to we Włoszech, gdziekolwiek się znajdę, staram się żyć, pomieszkać. A nie paradować tam jak turysta". Coś w tym jest- lubię mieć bazę, poczuć klimat danego miejsca, poznać się trochę z ludźmi, którzy tam mieszkają. Dlatego zawsze byłam przeciwna objazdówkom, mimo próśb i licznych namów moich znajomych. Dla mnie to bez sensu: zaliczać szybko dane miejsca, bez żadnych dyskusji z mieszkańcami. Takie 1-nocne romanse nigdy mnie nie interesowały. Naprawdę wolę zobaczyć mniej, ale dokładnie i wyczuć specyfikę miejsca, w którym jestem. Cieszę się, że znam trochę Rzym, ale jakbym jechała pierwszy raz, to chyba bym zarezerwowała od razu tydzień tam na miejscu.

Kulinarnie.... chciałabym pierwszy raz spróbować flaków...z anchois, w Rzymie ;> a obecnie- dzisiaj mamy zapiekankę z kaszę jaglanej z twarogiem. Ciekawe, co wyjdzie-, no i mam nadzieję, ze skutecznie pozbyłam się goryczki...

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Veni, vidi, vici!

Wstaliśmy ok 6:30, zjedliśmy śniadanie, popiliśmy kawą i zaczęliśmy się zastanawiać, co my w ogóle wyprawiamy. Ruszyliśmy po 9, by oddać wiatrówki do szatni i trochę się rozejrzeć. Ledwo zdążyliśmy na start, choć mamy go pod samym nosem, hehe. Rodziców oczywiście nie znaleźliśmy, ale o to mogło być trudno przy ponad 4000 startujących osobach. Oboje byliśmy zdenerwowani- co tu ukrywać, ale jak zobaczyliśmy tych ludzi wokół siebie i to samo zdenerwowanie na ich twarzach- dla wielu to też był debiut!- było nam lepiej. Bałam się bardzo o nogi, powtarzałam, że muszę szurać od początku, a później Gallowayem, czyli marszobieg, inaczej nie dam rady. Ale to było trudne, gdy WSZYSCY oprócz mnie biegli. Znałam jednak aż za dobrze ból piszczeli, więc już przy Galerii Malta maszerowałam, dając się wszystkim wyprzedzać. Oczywiście, gdy tylko wbiegliśmy na Jana Pawła, poczułam przeszywający ból obu nóg. Przy Śródce było tak źle, że chciałam się cofnąć do domu, ale po chwili postanowiłam jeszcze trochę powalczyć. No i cóż, około 6km przeszło! Do tego czasu biegłam cały czas przedostatnia- za mną był tylko jakiś dziadek, który ostatecznie chyba nie ukończył biegu. Było to potwornie deprymujące, naprawdę. Byłam bliska płaczu, że w ogóle wszystko bez sensu i co to będzie. Ale ok 7km zaczęłam wyprzedzać tych wszystkich cwaniaków, którzy mnie zostawili z bólem! Zagapiłam się i kilka razy biegłam bez przerwy ponad 10 minut, później już z rozsądku przechodziłam do marszu. Na 10. kilometrze było źle- już byłam bardzo zmęczona, czułam nogi, było mi potwornie gorąco, czekałam na toi toi (nie zauważyłam na 5. km!), nie chcąc skończyć jak Paula Radcliff , pot wycierałam frotką, którą miałam na nadgarstku. Poza tym był to czas na  Łęgach Dębińskich, gdzie była przed nami długa prosta i niewiele cienia, a słońce grzało potwornie! Po tamtym punkcie z napojami i toaletami już bardzo pilnowałam, by po każdych 2 minutach biegu były 2 minuty marszu, bo inaczej nie wytrzymam do końca. Od 7km widziałam wciąż plecy dziewczyny, która 80% maszerowała, w końcu ją zgubiłam po 12.km (miałam w planach wyprzedzić ją na mecie, ale właśnie na 12.km wiedziałam, że to chyba ostatnia chwila, kiedy mam siłę przyspieszyć). Wciąż kontrolowałam czas, wtedy już wiedziałam, że będzie na styk. Czułam nogi, bolał mnie palec u nogi, nie wiedziałam, co będzie. Potwornie chciało mi się pić- przeklinałam siebie, że nie wzięłam czapki na takie słońce!

Obrazy po drodze były dość dramatyczne. Kilka osób leżało na poboczu, przykryci folią, nad nimi medyczni z kroplówkami, po chwili ładowali ich do karetek- tak co najmniej 4 osoby. Podejrzewam odwodnienie, czemu się nie dziwię, ale my w sobotę wypiliśmy ok 1,5l wody, a w niedzielę rano dodatkowo po 3 szklanki. Nie ukrywam, że wtedy, na jakimś moście (nawet nie wiem, gdzie byłam z tego wszystkiego...), gdy widziałam tych ludzi w karetkach, robiło mi się słabo- to był akurat most, pod górkę, pod wiatr, w pełnym słońcu. Coś strasznego. Zobaczyłam, że to już 17.km za mną, znajomi rodziców czekali na górze i dopingowali- dzięki nim znowu zaczęłam truchtać, ale byłam już na wykończeniu, serio. Było tak źle, że chciałam zejść na bok i wrócić do domu, naprawdę słabo się czułam, miałam bardzo suche usta, potworne pragnienie, a wiedziałam, że punkt z wodą będzie za ok 16minut, czyli 2 km. I wtedy zobaczyłam telewizję! Nie byle jaką, bo naszą WTK ;) Obok mnie truchtała jakaś pani, zgrabnie wysunęłam się na prowadzenie, lekko od niej w bok odbiegając, uśmiech numer pięć i...już wiedzieli, do kogo mają podejść ;) "Proszę pani, gdzie peleton?", Majka na to "Kenijczycy są tuż za mną" "yyyy, rozumiem, do zobaczenia na mecie", "Na razie", "...albo i nie"- dodała, gdy ją minęłam. "Słyszałam!"- krzyknęłam na odchodnym. A to paskuda! Jeszcze dziś napiszę mejla, że się udało ;) Po nich ujrzałam zakręt, za którym był mój blok- już wiedziałam, że jakieś 2 km do końca, za chwilę woda, ale już szłam, już było mi wszystko jedno. Ważne, że za mną było kilka osób, hehe. Wypiłam 2 kubki, małymi łykami, trzeci wzięłam na drogę- trochę było lepiej, ale żałowałam, że zwinęli się wolontariusze z kostkami cukru i czekolady- przecież to nie Kenijczycy tego potrzebują, oni są po 1h na mecie. To my, ci ostatni, potrzebujemy najbardziej tego picia i cukru!

 Już na malcie, już minęłam tablicę "20km", ale szłam, wśród ludzi z medalami, już wypoczętych, po piwie. Nagle ktoś krzyknął "Biegnij, już tylko 800 metrów!" i wtedy zobaczyłam Polly Elvisa na rolkach. Szybko się poznaliśmy, towarzyszyli mi do końca, przed górką wiedziałam, że przede mną jakieś 150 m i dopiero wróciłam do truchtu. I uważajcie. Łzy w oczach, nogi mi się plączą, facet z mikrofonem krzyczy coś, że Joanna dzielnie biegnie, a kibice z obu stron krzyczą i klaszczą! Masakra, oni nawet nie wiedzą, ile to znaczy tam, na mecie, naprawdę! Facet z mikrofonem trzymał mnie za rękę i nie chciał puścić, a ja zgięta w pół trzymałam łzy dla Michała. W końcu się uwolniłam, zobaczyłam go na trybunach, ale były jakieś barierki. Przeszłam pod nimi, po prostu musiałam do niego biec- bo znowu biegłam! Jak już byłam na schodach, 10m od niego, jakiś starszy facet mnie zatrzymał i krzyczy "A pani o medalu zapomniała!" JEZU. Wracam pod barierkami, modląc się, by nie pomyśleli, że oszukuję, wchodząc bokiem i odbieram medal. Zaczepia mnie rodzina Michała, mijam ich powtarzając "Zaraz będę rzygać, idę do Michała" i w końcu udało mi się przedrzeć przez tłum fanów, hehe. W końcu mogłam sobie popłakać ze szczęścia. I mdłości minęły nawet! Ale pierwsze, co powiedziałam Michałowi, to „Pić, proszę”- na mecie był stół z izotonikami i wodą, ale nic nie widziałam. Wypiłam 2 kubki izo i 3 wody. Na to piwo. W domu jeszcze 0,5l wody i pół piwa.

Mamę znalazłam na trasie około 4-5km, dostała potwornego skurczu łydki. Na poboczu robiła jakieś ćwiczenia, myślałam, że zrezygnowała. Wyobraźcie sobie, że  z tym skurczem biegła/maszerowała do końca, wpadła na metę przedostatnia, niestety zataczając się z wycieńczenia… Medyczni ją od razu wzięli na badania. Na szczęście było ok., tylko dostała zalecenie zaaplikowania sobie po powrocie potrójnej dawki potasu i magnezu. Ale wyglądała słabo.

Ojciec z kolei miał też mroczki przed oczami przez chwilę- ale myślę, że oboje z mamą nie zjedli makaronu dzień wcześniej i nie pili tyle wody, tak jak my. To naprawdę pomaga! Wiecie, mój ojciec jest z tych tough Man, z ironów. I skoro on się źle poczuł, bardzo zaczął się martwić o mnie i o mamę. Michał mu powiedział „O Majkę się nie martwię. Biegała, na pewno za chwilę będzie na mecie cała i zdrowa”. Jak on wierzył, kurde!

A Michał…. Wybrał pacemakera na 2h, a na metę wpadł przed nim! Oczywiście nic go nie boli. Za to ja mam problem nie tylko z siadaniem, ale i wstawaniem i właściwie z jakimkolwiek ruchem. Boli mnie wszystko, nawet plecy. Ba! I ramiona+ kark, ponieważ je sobie spaliłam (były 24 stopnie, a biegliśmy w pełnym słońcu!), więc od wczoraj traktuję je panthenolem. Wszyscy się opaliliśmy ;) 

Kibice podczas półmaratonów i maratonów są w Poznaniu najlepsi- to mówią wszyscy, ale dopiero wczoraj zrozumiałam, o co chodzi. Długo biegłam ostatnia lub przedostatnia, szłam z bólem, ale oni jeszcze stali, czekali na mnie, by krzyczeć, klaskać, pomagać, trąbić, hałasować- bo jakie oni różne przedmioty mieli, rany! Jakiś starszy pan np. „Dalej lala, biegnij!”- oczywiście przy dopingu wracałam do biegu, dziękując i się kłaniając w pas, inaczej nie można było. To nie jest takietam gadanie- to naprawdę pomagało i wzruszało jednocześnie! Do tego kilka zespołów muzycznych, albo „Final countdown” z płyty na 18.kilometrze, gdy już nie kontaktowałam. Nie sposób było się nie uśmiechać! Atmosfera niesamowita!
Dodawałam sobie trochę odwagi i ściemniałam, że to nic, że jestem na końcu, gdy np. zagadywałam policję „Gdzie oni się wszyscy podziali?” ;) Ale ogólnie miałam nadzieję jednak się zmieścić w tych 3h.

Z racji, że Lech był jednym ze sponsorów, piwo było za darmo! I wiecie, nigdy tak szybko nie wypiłam kufla, naprawdę. Jej, jak wchodzi! Po powrocie zamówiliśmy po wielkiej pizzy i zasnęliśmy na 3h.  W międzyczasie przyjmowałam telefoniczne, mejlowe, smsowe i facebookowe gratulacje. Za wszystkie bardzo dziękuję i jeszcze raz dzięki za wiarę. Wiem, że dużo pisałam o tym w ostatnich 2 miesiącach, że wszyscy wiedzieliście, jak to jest dla mnie ważne, ale Wasz odzew PO i ilość gratulacji naprawdę mnie przerosła. A przecież ledwo się zmieściłam w czasie… Teraz myślę, że żaden wyczyn, hehe. Ale, jakkolwiek to zabrzmi, naprawdę czuję się silniejsza, czuję, że więcej mogę. Mimo gojących się ran ;) Wygrałam walkę ze swoim ciałem, które odmawiało mi posłuszeństwa wielokrotnie podczas tych 21km. I to jest moje największe zwycięstwo.

Dobrze, że wzięłam urlop na dziś. Naprawdę wszystko boli, nawet włoski odpuściłam. Staszewski radzi zmusić się dzisiaj do 20-30minutowego truchtu, ale nie dam rady, głównie przez ten paluszek. Michał, oczywiście, robi taki właśnie rozruch dzisiaj.

Obudziłam się dziś i pomyślałam „Nigdy więcej… aż do 12.czerwca”- półmaraton w Grodzisku Wielkopolskim, rodzice też jadą! ;) Mam 2 miesiące, by zwiększyć wytrzymałość, przyłożyć się do siły biegowej i zadbać o piszczele oraz kolana. Cel- 2h:30 minut.

Wyniki:
Mama- 3h 01min 45 sek
Tata- 2h 30min 59 sek
Michał- 1h 53min 37 sek
ja- 2h 48min 33 sek

Za mną na metę wbiegło jeszcze 17 osób ;)
 Jeszcze słowo. Biegam dzięki Michałowi- on mnie zaraził i nauczył tego, co sam umie. On czuwa nad właściwym rozciąganiem i mobilizuje do każdego treningu. Ale decyzję o starcie w półmaratonie podjęłam dzięki Polli i dzięki TEMU wpisowi. Wtedy natrafiłam na jej blog i zapragnęłam pobiec, jak ona. Bardzo inspirująca dziewczyna i fajnie, że w końcu się poznałyśmy. Pewnie wkrótce wrzucę foto z naszego spaceru do mety ;)


Jeszcze raz dziękuję!


ps. Edit: wrzucam zdjęcie z Polly i Elvisem na ostatnich 500 m i jakieś z trasy- kiedy już kogoś dogoniłam.



niedziela, 3 kwietnia 2011

Ready to go

Ubieramy się i niedługo wychodzimy. Co prawda start prawie pod naszym blokiem, ale... ja tu już nie wysiedzę chyba ;)


Niezmiennie proszę o kciuki.