czwartek, 31 marca 2011

Liczymy, czy się zmieścimy

Zostało kilka dni- już nic nie dadzą treningi, jedynie chodzi o zachowanie rytmu, ale te wzmacniające kolana i uda, robię prawie codziennie. Bo piszczel i kolano muszą dać radę w niedzielę.
Wczoraj wydałam trochę kasy na podkolanówki kompresyjne- noszą je podczas biegu nie tylko ludzie, mający problemy z krążeniem, a ja mam dość spore- może stąd ból? Już nie wiem. Wczoraj je wypróbowałam, wypróbowałam również metodę Jeffa Gallowaya, którą zamierzam zdobyć półmaraton w najbliższy weekend. Polega ona na marszobiegu. Rzucam się na tempo 8minut na kilometr, więc wybieram przeplatankę 2 minuty marszu+ 1 minuta biegu, do modyfikacji w trakcie startu, choć wolałabym się tego trzymać. No i poszło! Taka byłam załamana, nie chciałam już startować iw  ogóle, a tu...wybawienie znalazłam właśnie w w/w Gallowayu. Sugerował mi to Staszewski i ludzie z jego blog-forum, ale dopiero, kiedy Michał pokazał mi tabeleczki i statystyki, pomyślałam o tym na poważnie. Wybrałam, jak pisałam, 2 minuty marszu+ 1 minuta biegu i tak robiłam na początku, około 2-3 kilometra zwiększyłam proporcję na 2:2,a  po 5. kilometrze gdy nie było pod górkę i czułam się na siłach, to kilka razy biegłam 3 minuty. To działa! Teraz widzę, że miało być odwrotnie, czyli 2 min biegu+1 minuta marszu, ale co tam...).

Piszczel na razie o mnie zapomniała (to już drugi trening bez bólu!), kolano czułam cały trening, ale w różnym natężeniu z przeważaniem tego mniejszego, więc nie jest źle! To było moje pierwsze 10km, więc już piszę, jak poszło- bo było inaczej, niż nawet na 8-kilometrowych treningach. Gdy z lasu wbiegałam na Maltę, czas miałam taki, jak zwykle i jak pomyślałam, ze jeszcze drugie tyle przede mną, poczułam się bardzo zmęczona. Ale po chwili....jakbym się unosiła! Zmęczenie, niechęć, jakikolwiek ból czy opór w nogach natychmiast ustąpiły, zaczęłam delikatnie i powoli przyspieszać, czułam się fantastycznie! Ale liczyłam wciąż, że przebiegnę dystans pewnie w 75-80 minut, co daje mi średni wynik i w ogóle blee (tak jakoś miała Maria Pańczak na Maniackiej Dziesiątce). Że się nie nadaję, że się nie uda, że się nie zmieszczę. Jakieś 2 kilometry przed końcem skupiłam się, policzyłam jeszcze raz i pomyślałam, że gdybym drugą dziesiątkę przebiegła tak samo, półmaraton skończyłabym z czasem 2h 30min! Czyli o pół godziny mniej, niż zakładam! Oczywiście od razu dałam gazu i udało się: 1h 15 minut, czyli tempo 7:30 na kilometr.
Wczoraj zrozumiałam, ze potrzebuję bardzo dużo czasu na rozruch, że dopiero po tym 5. kilometrze jakoś idzie. Zrozumiałam też, że nawet jak pobiegnę/pomaszeruję wolniej, to chyba jednak się zmieszczę! Muszę tylko pamiętać, by bardzo powoli zacząć i nie pruć do przodu, za wszystkimi. Niektórych z nich pewnie zostawię za sobą na koniec... Oby! Mogę być przedostatnia, ale ostatnia już nie ;) Szczególnie, że nie widzę Marii Pańczak na liście startowej ;( A brak mojego osobistego pacemakera oznacza, że jestem zdana tylko na siebie i będę musiała bardziej, niż myślałam, kontrolować tempo.

Pewnie w sobotę jeszcze napiszę i wkleję zdjęcia z pasta party z numerkami startowymi, bo wtedy właśnie idziemy odebrać pakiety startowe. W niedzielę nie wiem, czy będę w stanie napisać, ale w poniedziałek spodziewajcie się notki na 100% ;)

A później obiecuję pisać mniej o bieganiu ;)


 ps. Właśnie wróciliśmy z "Sali samobójców". Jestem tak pozytywnie zaskoczona, że aż mnie zatkało.

 ps. 2. Tak zwracamy się do Bajki codziennie.

sobota, 26 marca 2011

Zdążyć przed Marią

Zdjęcie znalazłam na polskabiega.pl, nie ja je zrobiłam ;)
 
W czwartek wróciłam po treningu do domu, było lepiej, niż we wtorek (wtedy- pulsujący, potworny ból), ale też ja byłam mądrzejsza, bo nie przyspieszałam. Załamana, bliska płaczu, ale zdecydowana, że z tego półmaratonu zrezygnować muszę. Bo za późno zaczęłam, bo wszystko idzie wolniej, niż chciałam, bo moja prawa noga jest głupia. Michał stwierdził, że powinnam jeszcze poczekać z decyzją (on! Mój osobisty Głos Rozsądku!), przez ten tydzień normalnie biegać, ale robić ćwiczenia, które jemu pomogły i mrozić nogę. I że może da radę. Zobaczymy. Ojciec dostał jakieś leki rozkurczające mięśnie w okolicach bolącej go łopatki i biega już normalnie, więc raczej wystartuje. Czyli ja, inicjatorka całej imprezy, nie miałabym się znaleźć w gronie zwycięzców?! Może jednak, koślawo, na jednej nodze, ale jakoś dam radę...? Zdecyduję pewnie w środku przyszłego tygodnia.
 
Ok, wzorując się na Grido, rozpisałam sobie wstępnie półmaraton. Biegam z marszem średnio tempem niecałe 8 minut na kilometr, od kilku tygodni, dlatego założyłam, że tak pobiegnę/pomaszeruję. Aby dostać medal (!) trzeba się zmieścić w 3 godzinach. Wszystko pasuje, jeśli utrzymam tempo lub nie umrę z powodu bólu kości lub kolana, powinnam się w takim układzie znaleźć na mecie z czasem 2h 48 minut. Na styk, wiem. Ale biorąc pod uwagę moją prawą nogę, nie oczekuję niczego więcej ponad ukończenie marszobiegu w 3h, odebranie medalu oraz... oczywiście MUSZĘ być przed Marią Pańczak.
 
Maria Pańczak ma ponad 70, zaczęła biegać dość późno, bo, jak powiedziała w jednym z wywiadów, "Dla pana Jezusa". Każdy ma swoje powody. Śmiałam się na początku, jak wszyscy, dopóki nie zobaczyłam, ile ma medali i dopóki nie zrozumiałam, że ona naprawdę startuje w tak wielu pół- i maratonach, do tego jakieś mniejsze zawody. Poza tym ćwiczy jogę, tańczy salsę w jakimś zespole poznańskim, uczy się angielskiego i robi milion innych rzeczy. Życzę sobie chociaż 1/3 jej zdrowia, refleksu i siły w tym wieku. Szacun, serio. Pani nazywana jest czasem "babcią z parasolką", bo z parasolką się chyba nie rozstaje (zazwyczaj ma ją na plecach), poza tym zazwyczaj występuje w stroju WHITE, dlatego łatwo ją znaleźć. Patrzcie. A Tu reportaż, druga część. JEden z wielu wywiadów. 
 
Moja rozpiska:
 
Na 3km chcę mieć- 22-24min
6km- 48 minut
9km- 1h 12 minut
12km- 1h 36 minut
15km- 2h
18km- 2h 25min
 
a później mam nadzieję mieć jeszcze jakąś siłę, by wyprzedzić panią Marię i wpaść na metę, by w dalszej kolejności Michał mnie zaniósł na plecach do domu, bo z pewnością będę umierała z powodu bólu prawej nogi.
 
No to w sumie jakoś tak dziwnie wyszło, że został tydzień... Masakra.
 
 
 

wtorek, 22 marca 2011

Sono disperata

Cisza od tygodnia, chyba dawno tak nie było. Wpadłam w jedną ze swoich "depresji"- tym razem tych spowodowanych porażkami. A jedną z nich jest bieganie- piszczel nie odpuszcza, nie mogę robić normalnych treningów, do tego dokłada się też ból w kolanie. Wszystko bez sensu, nie wiem, co z półmaratonem- jeśli w ogóle wystartuję, to marszobiegiem, bo na nic innego liczyć nie mogę. I mrożę tę głupią nogę. I wyzywam codziennie. I nic. Mam zestaw ćwiczeń wzmacniających, które robię codziennie (niektóre co drugi dzień), okazało się, że by zacząć biegać, trzeba zainwestować czas w przygotowanie organizmu- choć pewnie nie każdy tak ma. Ech. Po tym całym śmiesznym półmaratonie będę musiała poświęcić czas na inne rzeczy sportowe, by ruszyć resztę mięśni. 

Ach, po drodze muszę jeszcze napisać magisterkę i zaliczyć górę egzaminów. Lovely.


Wsiadamy na rowerki i jedziemy na pizzę. Zawsze pomaga.

wtorek, 15 marca 2011

1819

Ekipa nam się wykrusza powoli. Ojciec ma tajemniczy ból pod łopatką od 2 tygodni, więc zastanawia się, czy nie odpuścić, a Michała boli kolano, też już dość długo. Mój trening, ten długi-najważniejszy- w niedzielę się nie odbył, czego mogliście się spodziewać nie widząc nowego wpisu. Przez tę cholerną kość piszczelową wróciłam po 3 kilometrach do domu, ledwo mogąc w ogóle stąpać. Postanowiłam zrobię dzisiaj podejście do 10km, jakby zamiast tego niedzielnego treningu. Brak właściwego treningu w niedzielę i tradycyjną załamkę ("nigdy nie będę normalnie biegać) wynagrodziłam sobie pieczoną białą kiełbasą, najpierw ugotowaną w piwie oraz domowymi tortillami i pysznym sosem czosnkowym made by me. Jak się człowiek dobrze naje, od razu mu lepiej. Ech. Nie wiem, co to będzie, naprawdę.
 
Wczesnym wieczorem w niedzielę wyruszyliśmy jeszcze rowerami po żwirek dla kota- dla mnie to było pierwsze rowerowanie w tym roku i bardzo szybko sobie przypomniałam, jak kocham mój bajk. I w ogóle jazda na rowerze... żaden ze sportów nie sprawia mi takiej przyjemności i radości, naprawdę. Spójrzcie jeszcze raz na moje cudo, rocznik '82. Z najpiękniejszą trąbką na świecie. Tylko 6,5km przejechałam, a pupcia bolała jeszcze wczoraj maksymalnie. Niestety, mam bardzo twarde siodełko, więc stopniowo muszę przyzwyczajać moje siedzenie do codziennej jazdy rowerem do pracy. 
 
Pobręczałam, pomarudziłam, że nie umiem biegać i w ogóle ble, po pracy dzisiaj przebiegłam 8,5km i zapisałam się na półmaraton. Mój numer startowy to 1819. Chcę go zdobyć, ale już wiem, że nie uda się to, co zakładałam, więc pewnie jakieś 4 km przejdę, może nawet 6. Oczywiście marsz będzie na tyle szybki, na ile pozwolą mi warunki psycho-fizyczne.

Niecałe 3 tygodnie do półmaratonu.

piątek, 11 marca 2011

P-R-Z-E-B-I-E-G-Ł-A-M

Wczoraj po pracy się zebrałam w sobie i ruszyłam na podbój Malty. Powtarzałam sobie, by od stoku (tam mniej więcej zaczynam) aż do kładki za Galerią Malta biec tak wolno, jak tylko będę potrafiła, by uśpić kość piszczelową, która dała o sobie znać we wtorek. Kiedy już tam dobiegłam, poczułam, że jest dobrze- łydki odpuściły (jak zawsze po 20 minutach biegu), z oddychaniem zero problemu (jak można mieć problem przy takim wolnym tempie...), więc pomyślałam sobie, ze kolejny azymut (zawsze je wytyczam), to termy. Pewnie przy nich będzie ciężko i wtedy pomaszeruję chwilę. Ale jak do nich dobiegłam, okazało się, że nie ma dramatu, więc postanowiłam zrezygnować z przebieżek na rzecz pierwszego przebiegnięcia Malty bez nawet 20-sekundowego marszu. 
Przy starcie kajakarzy już było gorzej, ale powtarzałam sobie, że jeszcze jakieś 300 metrów do okropnej góry, którą muszę pokonać, a później wyrównać oddech i dalej jakieś kolejnych 300 metrów do końca, więc musi się udać, choćbym miała zwolnić do 10 minut na 1 kilometr! Obyło się bez tego, pokonałam znienawidzoną przez wszystkich górę, dalej już końcówką sił, ale nie przestałam biec ani na sekundę przez całe 41 minut.
Śmiałam się, jak dziecko po biegu ;) Po chwili przyszła dopiero minuta na refleksję- miałam problem, by zmusić nogi do pokonania schodów do domu (pamiętacie? chyba 2 tygodnie temu było podobnie, choć wczoraj bez porównania lepiej). Szłam, przestając się cieszyć z tego małego zwycięstwa z samą sobą, ponieważ dotarło do mnie, że nie nadaję się na żadną Maniacką Dziesiątkę za tydzień, nie wspominając o półmaratonie za 3 tygodnie. Bo założenie planu jest takie, że w niedzielę mam przebiec 10 km, czyli 2 Malty. Gdy skończyłam biec i pomyślałam, że miałabym zrobić to drugi raz, poczułam mdłości, serio. Nie jestem na to gotowa. Nie wiem, co będzie. W minioną niedzielę  na dystansie 8,5km trochę szłam przez ból w nogach, a mimo wszystko było źle.
 Mama mi zmyła głowę, że nie mam jej zostawiać i muszę przestać marudzić, tylko wziąć dupę w troki i zapisać się,
najwyżej się przejdę. Nie wiem. Słuchajcie, zobaczymy w niedzielę. Postanowiłam skorzystać z rady Małego i po 1 kółku może zjem krówkę...? Albo pół ;) Najwyżej połowę drugiego kółka przejdę, ale spróbuję, to już pojutrze... Boże, w co ja się wpakowałam. W życiu bym nie myślała, że tak trudno przebiec 10 km. A, najważniejsze. Wczorajsze tempo to 7:42 minuty na 1 kilometr- nie mogłam uwierzyć, że miałam na 5km poniżej 8 minut na 1 km! No ale to naprawdę małe zwycięstwa. Nasz guru Staszewski (patrz: komentarze) radzi mi, żebym po 1. kółku w niedzielę się porozciągała i trochę pomaszerowała, żeby nie przesadzić. Zobaczymy.

 
 

środa, 9 marca 2011

Il gattopardo

Wyobraźcie sobie, że w poniedziałek jakimś cudem udało mi się podnieść z łóżka, a nawet nie musiałam używać większej siły do tego. Schylając się lub w przysiadzie, czułam trochę nogi, ale uwierzcie, że nie raz i nie dwa w życiu bolały mnie już bardziej. To pozwoliło mi powiedzieć z samego rana "Sono Rocky Balboa, per sicuro" i ruszyć do pracy. Wtorek upłynął na myśleniu o zgrabnym tyłku Radka Pazura, który miałam zobaczyć tego dnia w Teatrze Apollo. Firma, z okazji Dnia Kobiet, w tym roku postanowiła zaprosić panie na spektakl "Goło i wesoło". Ok, dużo śmiechu, ale tak jak Ci panowie, zrobić tego nie umieli ;) Młody Pazura oczywiście absolutnie wszystkich pozamiatał. Lubię go dużo bardziej, niż Cezarego.
 
Niedzielny bieg pozwolił mi nie tylko bardziej poznać moje ciało (bo dowiedziałam się o kolejnych mięśniach, o których nie miałam pojęcia- który to już raz?), ale i zrozumieć, dlaczego każdy plan treningowy rozpoczyna się od "Nie zaczynaj tego planu, jeśli nie jesteś w stanie przebiec 30 minut bez przerwy lub 5 km". Otóż DO 5km jest dość przyjemnie, naprawdę. A później zaczynają się schody, dość strome w moim przypadku. W tym tygodniu zaczynam przebieżki, to lubię, choć wykańczają maksymalnie. Przebieżki to nic innego, jak interwały, wykonujemy je pod koniec treningu- nigdy na początku, ciało musi być rozgrzane. I tak w  tym tygodniu miałam w planie wtorek- 4km+4x20sP, czwartek-5km, sobota- 4km+4x20sP, niedziela- 10km. tajemnicze 4x20sP oznacza Cztery 20-sekundowe przebieżki. Gwoli ścisłości, bo są tacy, którzy nie biegają i nie wiedzą- biegam raczej stałym tempem, a wtedy nie pracują wszystkie mięśnie z tych, które powinny. Przebieżki to nic innego jak przyspieszenia- wtedy pobudzamy do działania inne mięśnie- te, które są uśpione przy wolniejszym biegu. Wykańczają trochę te zabawy w zwierzaka, ale dzięki temu budujemy wytrzymałość. Na bieganie.pl możemy przeczytać:
 
"Przebieżki, przyspieszenia. Kiedy truchtasz z intensywnością konwersacyjną, mięśnie pracują zawsze tak samo – i jedne się wzmacniają a drugie nic nie robią. Więc przebieżki mają być lekarstwem na to. 20 - 30 sekund szybszego biegu i przerwa. Możecie też sobie liczyć kroki – 60 kroków to będzie mniej więcej 20 sekund. 90 – 30 sekund. Tempo musi być szybsze – ale nie wyścigowe. To ma być bieg, którym wszystkim wkoło pokazujesz jak pięknie biegniesz – wyprostowana sylwetka, ręce pracują, wszyscy wkoło muszą Ci zazdrościć, że biegniesz tak szybko i na takim luzie. LUZ. I przerwa w truchcie aż odpoczniesz na tyle, żeby kolejna przebieżka mogła być tak samo dobra jakościowo. Musisz czuć jak w trakcie przebieżki pracują Ci mięśnie – pupa, nogi. Wizualizuj sobie siebie jako lamparta. :)"
 
Lampart przemawia do mnie, rzecz jasna, najbardziej. Bo przebieżki robię naprawdę z wielkim uśmiechem na twarzy, często na koniec pokazując, jak wbiegam na metę, gdy się unosi wskazujące palce obu rąk, tak jak np. TEN PAN Bo kiedyś tak właśnie wpadnę na metę! ;> Mam wrażenie, że już pisałam Wam o przebieżkach i nawet wklejałam ten cytat.... Pamiętajcie, że to moje kolejne podejście do biegania (miejmy nadzieję, że ostateczne, że nie będzie przerw, jak kiedyś), więc i kolejne do przebieżek ;)
 
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, w niedzielę zapiszę się na 3. Poznań Półmaraton 2011- wtedy wypada mi trening 10km.
A dzisiaj było chyba +7 i tym wiosennym akcentem Was pozdrawiam ;) 

 

niedziela, 6 marca 2011

Stanca morta

Wczoraj widzieliśmy "Miasto kobiet" Felliniego i zaczęłam wątpić w dobry wybór tematu mojej magisterki. Film przez wielu uznawany za dzieło FeFe, dla nas jest bełkotem, wielkim rozczarowaniem. Ech, nie wiem. Tylko Marcello Mastroianni, nawet straszy, siwy,w  okularach...wciąż robi wrażenie ;)
 
Ok, po czwartkowym super szybkim biegu coś mi się zrobiło, tzn miałam spuchnięte oko, bolało, ale nie zdecydowałam się na lekarza, mimo lekkiej paniki. Od wczoraj zakraplam czymś przeciwalergicznym, zeszła opuchlizna, ale zostało zaczerwienienie i kulka na początku oka. Pies wie, co to jest. Jest lepiej, nie boli i widzę, a niektórzy mówią o ZAWIANIU oka. W życiu nie słyszałam czegoś takiego, ale kłócić się nie będę. Wystraszona mimo wszystko, odpuściłam krótki sobotni trening i poćwiczyłam w domu (na zewnątrz wiało)- steper, rozciągania, przysiady i takie tam. Przed dzisiejszym biegiem. 
A dziś, po śniadaniu, zrobieniu muffinek kokosowo- kakaowych, zebraliśmy się na bieg. Michał 15km, a ja 8,5km. Ból łydek towarzyszył mi od początku aż do końca biegu- przegięłam ze steperem wczoraj, niepotrzebnie. W 1/3 biegu pomyślałam, że skrócę trasę, bo nie dam rady. W połowie już byłam tego pewna, a później coś drgnęło i pomyślałam sobie, że skoro i tak bolą nogi, mam to w dupie, boleć nie przestaną, a nic im się nie stanie od kolejnych 4 km. Drugie okrążenie stawu zrobiłam "na pełnej lucie", serio, to był chyba ten słynny drugi oddech, który biegacz dostaje w momencie, gdy myśli, że już nie ma totalnie sił. Ale po drugim okrążeniu trzeba było wrócić do domu, miałam 2 trasy do wyboru, a już było źle, ale ostatecznie postanowiłam nie skracać, biec przez Maltę i parkiem os. Tysiąclecia do domu. Przeplatałam marszem wszystko- z powodu bólu łydek. Ale! To mój pierwszy taki długi bieg, zajął mi 65minut, co daje czas 7:42min na 1 km! Szok, biorąc pod uwagę ilość marszu, jaką miałam. No ale musicie wiedzieć, że do domu dotarłam w stanie agonalnym, naprawdę. Mgiełka przed oczami w windzie i po ścianie do mieszkania. Masakra. Wchodzę niemal z płaczem, że się nie uda, że nie umiem, liczymy czas i nagle euforia, bo nie ma takiego dramatu, jak myślałam, hehe. Ale czułam, że umieram, tak naprawdę. Podniosłam kolano do góry, rozpoczynając rozciąganie, choć nie miałam w ogóle siły. I wtedy poczułam, że po prostu MUSZĘ iść do łazienki, natychmiast. Nie będę Was katować szczegółami. Ale nie myślałam, że mogę mieć taki problem, spowodowany wysiłkiem. To mi uzmysłowiło, jak słaby mam jeszcze organizm, ciało, jak jestem nieprzygotowana do dłuższych biegów. I patrzcie: biegam od 5 tygodni, 3 razy w tygodniu. Z bieganiem jednak nie jest, jak z rowerem, nie tak szybko nabieram siły i formy. Spałam później 2 h. Obudziłam się i zrobiłam najlepszą z dotychczasowych lasagne w moim życiu, popijając czerwonym winem, rzecz jasna. I powoli zaczęłam się czuć lepiej, fizycznie. A psychicznie dopiero po rozmowie z ojcem, który, jak się okazało też ma jakieś bóle łopatki, nogi przy 6km (on, kulturysta, były triathlończyk!), co oznacza, że jest jednak człowiekiem i zrobił UUUUUU, usłyszawszy o moim czasie dzisiejszym. A później miałam miłą pogawędkę z Małym, który mnie bardzo podniósł na duchu, a uwierzcie- jest to bardzo ważne dla początkującego biegacza. Wszyscy Ci maratończycy piszą, jaki to mam świetny czas mimo początków, więc powoli zaczynam w to wierzyć. Dużo mam jeszcze do zrobienia, ale jak pomyślę, ile już za mną, ile wyrzeczeń, bólu, czasu...szkoda teraz przerwać z powodu niezadowolenia po treningu, prawda? Ten tydzień będzie dość ciężki pod względem ilości zajęć, więc bądźcie wyrozumiali, nie widząc mnie tu do czwartku pewnie... Kolejny tydzień treningów za mną, kolejny długi trening, kolejna granica przekroczona-  w momencie gdy myślałam, że nie jestem w stanie czegoś dokonać. Dokonałam, kosztem niewiarygodnej siły i późniejszego zmęczenia oraz bólu mięśni, ale okazało się, że można. A dobry trening to taki, po którym nasze ciało krzyczy, że ma dość, więc właściwie wszystko ok....chyba? Boję się tylko, że jutro nie wstanę z łóżka ;)


4 tygodnie do półmaratonu

czwartek, 3 marca 2011

Lovely day

Tym razem Michał wygrał dla nas bilety (!) w nowym, sobotnim programie lokalnej telewizji WTK (od niedawna 2 razy w miesiącu prowadzą na żywo poranki w soboty, na wzór "Dzień dobry, tvn". Odbiega standardem, ale konkursy są ;)))- na 127 godzin, na które i tak się wybieraliśmy ;) Cóż, nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak głęboko siedziała w kinowym fotelu (a przyznacie, ze doświadczenie mam spore). I wcale to nie było spowodowane genialnym filmem czy aktorstwem. Film "127h" opowiada o alpiniście, któremu w górach Utah spada na rękę kamień, ważący 350kg. Zgadnijcie, jak się stamtąd wydostał? ... No właśnie. TA scena jest naprawdę mocna. Opinie dotyczące filmu są skrajne, a ja będę go i tak polecała, bo podoba mi się ten teledyskowy sposób kręcenia filmów przez (tak w ogóle nie przepadam za nim, bo denerwują mnie "cięte" sceny, ale Danny Boyle robi to w sposób, który mnie nie drażni- to sami było w dość słabym "Slumdogu"- gdyby nie dynamika kamery, ocena byłaby dużo niższa) Boyle'a. Ale ludzie, którzy mają zupełnie inną od mojej opinię, polecają "Touching the void", w takim razie do nadrobienia, już mamy na półce. Po filmie całą drogę rozmawialiśmy o uzależnieniu, do jakiego prowadzą sporty (a raczej ich uprawianie), a szczególnie ekstremalne. To drugie mnie nie dotyczy, bo jestem dość tchórzliwa- nie wspinałabym się, nie poszłabym w góry przy złej pogodzie, jestem zdenerwowana, gdy fale na morzu są wysokie, a Michała nie ma dłużej, niż zwykle i już wyobrażam sobie, jak walczy z bałwanami, itd. W skrócie- jestem tchórzem, nie należę chyba do ryzykantów. 
Ale jaram się na maksa, gdy mi się coś uda, a tego dnia (wtorek) się udało. Przed kinem mieliśmy trening. Zaczęłam baaaardzo powoli, według wskazówek wszystkich ludzi świata, którzy cierpieli na ból piszczeli przy bieganiu. I co? Udało się do tego stopnia, że przyspieszałam pod górkę nad Maltą, do marszu przeszłam 2 razy na 15sekund, a na koniec miałam tyle siły, że finiszowałam sprintem. Czas okrutnie wolny, bo początek taki był, ale pamiętacie, że nie pracuję nad nim specjalnie, tylko nad wytrzymałością? A dzisiaj miałam krótszy trening, przebiegłam go w tempie 7min na 1 km, co jest moim absolutnym rekordem, nie zatrzymałam się na moment nawet, nie bolało mnie nic, poczułam się bogiem, serio ;) Jest dobrze, ale nie będę forsować tej nogi, bo po treningu czułam trochę łydkę. Według planu- w sobotę znowu bardzo krótki bieg (3 km), a w niedzielę 8 kilometrów- słownie: OSIEM. Bardzo się tego boję, serio. Ale... w tym tygodniu jestem tak podniesiona na duchu, ze sobie nawet nie wyobrażacie! W weekend miałam okrutny kryzys, już chciałam zupełnie rzucić bieganie, bo bolało mnie okropnie, w ogóle bleee. A Michał tylko głaskał, pocieszał i mówił, że będzie dobrze, że minie. I ja nie wierzyłam. No a minęło, ha! I mały też pisał w komentarzu, ze ból w nogach minie, ale nie myślałam, że tak szybko. Chyba te 4 treningi w tygodniu robią swoje...
 
Już jest 1900 zgłoszeń do tegorocznego półmaratonu w Poznaniu! Limit to 5000- mam nadzieję, że wystarczy dla nas miejsc! Moi rodzice mają już numerki startowe, my wciąż zwlekamy. Ale trzymam się tego, co powiedziałam- zapiszę się, gdy przebiegnę 10 km. Może już za 1,5tygodnia ;) 
 
Od wtorkowego seansu nie opuszcza mnie Bill Withers, którego bardzo długo nie słuchałam,a w filmie pojawia się w najmniej oczekiwanym momencie ;)
 
 Już 23, a o tej godzinie my, nudziarze, lądujemy w łóżku z książką, więc dobranoc ;)