piątek, 30 listopada 2012

Warszawo, I'm coming!

No właśnie. Spakowana. Jeszcze tylko sprawdzenie, czy wszystko jest i spać.
Służbowo będę w stolicy w poniedziałek i wtorek (szkolenie), więc pomyślałam, że skoro wybieramy się do Agaty od stu lat... :) Jutro już jedziemy, Michał wróci w niedzielę wieczorem, a ja zostanę.
Dodatkowo Sebastian, biegowy kolega z zakładu w Szczecinie, którego gościliśmy u siebie w czerwcu z okazji Półmaratonu w Grodzisku, też został zaproszony i przyjeżdża już w niedzielę, więc emocje zapewnione z wymienioną dwójką :)

W Warszawie byłam 100 lat temu, a razem z Michałem byliśmy tylko kilka godzin, przejazdem i naprawdę nam wstyd, że dotychczas się nie udało dobić do A. Ale, czytająca Agato, nadrobimy jutro, prawda? :)

Uciekam do książki, pojawię się tu pewnie dopiero pod koniec przyszłego tygodnia, uciekam śnić o Warszawie.

środa, 28 listopada 2012

SKS

Piątek to dla nas taki dzień, kiedy czujemy zmęczenie po pracy z całego tygodnia i zwykle idziemy spać o 22. Skoro jesteśmy tacy zmęczeni w ten dzień, to dlaczego nie pić piwa ze znajomymi i zwalczyć stan "nie mam na nic siły"?
Ostatnio piątki wyglądają u nas podobnie: zaprosimy go na kawę? Ok. Wyszedł o 2, po kilku winach z nami wypitych. A w ustach aż sucho od gadania.
Albo: może sąsiedzi wpadną ok 20 na kawę? Chodzą spać jak i my, czyli z kurami, więc luzik. Przyszli. Zasnęliśmy o 2.
I tak jakoś wychodzi, że te piątki się zrobiły trochę imprezowe. Oczywiście, że fajnie, chociaż w sobotę chodzimy trochę do tyłu. I nie z powodu kaca, którego miewamy niezwykle rzadko, ale z powodu niewyspania. Ja to nazywam "niedogodnością z powodu małej ilości snu", choć obojętnie o której się obudzimy (maks 9), to nawet mięśnie bolą - czy może tak być, skoro w nocy tylko siedzieliśmy i rozmawialiśmy?! Moja mama mówi, że to nie żadna niedogodność, tylko SKS - Starość Kurwa Starość. 

W miniony piątek do Poznania przyjechała Alena ze swoją dziewczyną Asią, o której już pisałam kilka razy, więc powtarzać się nie będę. Są z Wrocławia, więc nie można ich nie lubić, sami rozumiecie.

Wpadły do naszego miasta na jedną noc, na imprezę urodzinową swojej koleżanki, więc my postanowiliśmy zabrać je na pizzę do Bar a Boo przed tymi urodzinami. Jak zawsze spędziliśmy z nimi niezwykły czas, bo obie są niezwykłe i bardzo inspirujące. Dalej było standardowo. Odprowadziliśmy je na 20 pod knajpę, w której miała być impreza, one zapytały, czy może na jedno wejdziemy i ani się obejrzeliśmy, a my znowu na autobus o 1:04 szliśmy. 
Ale obudziliśmy się z uśmiechem na twarzy, wspominając rozmowy z nimi, których nam często brakuje. Bo są fantastyczne! Do tego okazało się, że Asia zaczęła też biegać, więc namawiam ją na jakiś starcik w przyszłym roku, jak już będę mogła biegać... :)
Alena obiecała przeczytać Iwaszkiewicza, moją miłość. Alena, czytasz? :)

Lubię ostatnio nasze piątki. Ale miniony był wyjątkowy, dziękuję.



niedziela, 25 listopada 2012

Filmowe weekendy


Taką zapiekankę zaproponowałam ostatnio na obiad, a właściwie kolację i się sprawdziło: zarówno Michał, jak i gość byli zadowoleni. No bo jak tu nie lubić zapiekanek?
Ale to było jakiś czas temu, a wczoraj zmodyfikowałam... No dobra, w sumie to mój pomysł od zera. Widzicie, my lubimy wszystko, w mniejszym lub większym stopniu, ale ciężko wskazać rzecz, która nam nie przejdzie przez gardło (o, ja mam tak z sokiem z buraków!), dlatego jesteśmy zdania, że nawet jeśli coś średnio lubimy, to czasem warto to zjeść, by dostarczyć sobie innych niż zwykle witamin itd. Tak mamy z brukselką. Dlatego trzeba ją jakoś zawsze przemycić :)

Wczoraj zrobiłam zapiekankę makaronową z brukselką, cukinią, kurczakiem (okazał się zbędny) i polałam wszystko śmietaną 12% wymieszaną z solą, pieprzem i jajkiem.
Mniam!


A po zapiekance był film, ale zanim o nim, cofniemy się trochę, filmowo właśnie..
Na "Śnie Kasandry" (2007, Woody Allen) byłam w kinie dawno temu, a ostatnio odświeżyłam sobie to z Michałem, który oglądał po raz pierwszy. Cóż, to nie jest typowy Allen (aż można mieć wątpliwości, czy Allen w ogóle maczał w tym palce), ale dobry dramat, dobrze zagrany, zgrabnie poprowadzony. Mi się podobał ( tak, lubię Allena, również ten film, bo podobno jego fani "Kasandry" nie znoszą) i będę go polecać, nastawcie się jednak na dobry dramat, nie kojarząc go z tym wybitnym reżyserem.

Z kolei ja w końcu dotarłam ostatnio do "Siódmej pieczęci" (1957, Ingmar Bergman), którą to Michał absolutnie uwielbia. Cóż, dużo złego na temat tego filmu powiedzieć się nie da, bo to Bergman, bo świetni aktorzy, ale dla mnie jednak za dużo symboliki i średnio do mnie trafiają takie filmy o cienkiej granicy pomiędzy życiem i śmiercią itd. Ale podziwiam ludzi, którzy widzą w tym filmie geniusz - może po prostu jestem za głupia? Cóż, bywa. Bardziej ten film cenię, niż lubię. Mimo wszystko dla mnie 7/10.

W międzyczasie obejrzeliśmy też "Małe dzieci" (2006, Todd Field) z jak zawsze doskonałą Kate Winslet. Dla mnie klasyczny przykład nieszczęśliwej kobiety, która związała się z niewłaściwym mężczyzną i nie ma odwagi żyć po swojemu. Pomijam już fakt, jakie okropne są amerykańskie przedmieścia z tymi fałszywymi, głupimi ludźmi... Oczywiście, że generalizuję. Ale ona właśnie trafiła do najgorszego z takich miejsc. 7/10.

Wracam do pierników, bo same się nie rozwałkują... :)


poniedziałek, 19 listopada 2012

Dolce far niente

Wzięłam na dziś urlop, żeby pisać mgr. Nie zrobiłam nic. Tzn nie zupełnie nic: rozciągałam i masowałam udo 2 razy (Za chwilę po raz 3.), obejrzałam 2 filmy (nie, niezwiązane z magisterką), poczytałam trochę, robiłam ćwiczenia z włoskiego, miałam zrobić polędwiczki wieprzowe nadziewane szpinakiem i gorgonzolą, ale nie wyszły, więc zrobiłam coś na kształt... I tyle. Czyli nic.
Jakiś taki beznadziejny dzień.
A! Oczywiście! Byłam w lumpie, jak co tydzień. Tym razem jedynie koszulka za 7zł, ale idealna pod nowa granatową marynarkę, którą zdobyłam kilka tyg temu za całe 20zł.
Tak, uwielbiam lumpeksy, a ostatnio mam znowu na nie nawrót. Bez szaleństw, nie jestem ortodoksem z cyklu "Tylko tam teraz kupuję", no ale w sumie od mniej więcej 8-9 tyg chyba nie było takiego, żebym nic nie kupiła, serio. Tylko spodni nie mogę tam kupić, no jakoś nie trafiam. Za to koszul mam od groma.
Nie martwcie się, nie będzie tu żadnego modowego bloga teraz :) 


Czy Poznań naprawdę nie lubi rowerzystów? Smutne. Kilka tyg temu gościliśmy u siebie sąsiadów, którzy kilka lat mieszkali w Krakowie i mówili, że byli załamani tamtejszą rowerową infrastrukturą. Że wąsko, że mało ścieżek, że niemili kierowcy i że się nie da rowerem do pracy tam jeździć, bo równa się to z samobójstwem. Tym bardziej dziwi taki wynik, Poznań na dalekim miejscu wg Rower Tour, a Kraków wyżej od nas. Nie rozumiem chyba czegoś...

Czytam Akunina (dobre, wciąga, a to znaczy, że dobry kryminał, right?), przeplatam z ćwiczeniami na passato remoto, ale opornie idzie... Głupi to czas, nie lubię go, ale wiem, że muszę znać. Jak to mówiła nasza nauczycielka Ania "Bez remoto nie byłoby bajek, wszystkich powieści...". Prawda. Skoro czytam/i/lub chcę czytać książki po włosku, muszę znać ten czas.

A wracając do sąsiadów, Eli i Wojtka, lubię ludzi, którzy przy pierwszym spotkaniu chcą pożyczać mi książki (wiecie, już po 3 zdaniach wywiązała się dyskusja o Kunderze...Ale nie bójcie się, nie zawsze taka jestem). Przeczytałam od niej "Filozofa i wilka" Rowlandsa. Ciekawa, choć nie rewelacyjna, nie czyta się jednym tchem, ale nie nudzi. Zawsze chciałam mieć wilka. I właśnie o tym jest ta historia: profesor filozofii kupuje wilka. Piękna przyjaźń, zwierzęta są cudowne. Przeczytajcie, jak gdzieś dorwiecie. Autor książki przypomniał mi, że miałam kupić i przeczytać Jane Goodall - może gwiazdor przyniesie?


Miłego tygodnia!

niedziela, 18 listopada 2012

Zmiany

Od dziś o bieganiu będzie TU. Chociaż na razie jest o niebieganiu...

Porządku, porządkami, wracam do pisania tego, co trzeba. Odezwę się jutro.

Miłego wieczoru.

Jutro mam wolne, aj!




czwartek, 15 listopada 2012

Skąd oni się biorą?







Złapało mnie przeziębienie, chwilowe osłabienie, ale nie mogę znowu iść na zwolnienie, więc ostatnie dni po pracy przesypiam. Obudziłam się i postanowiłam z Wami czymś podzielić. Zadziwiał mnie już w przeszłości, ale dziś powalił. 


Dobranoc.

niedziela, 11 listopada 2012

ITBS - po wizycie u Dr Marszałka


To już 9 tyg bez biegania...
Dziś post dla tych biegających.


We wtorek byłam u Marszałka, bo już ujechać z nogą nie mogłam, z kolanem dokładnie, jeśli ktoś zapomniał. Obalił kilka mitów, które gdzieś wyczytałam i się ich trzymałam - np. ITBS (u mnie to dokładnie Zespół Tarcia Pasma Biodrowo-Piszczelowego) wcale nie wynika ze słabych mięśni ud, jak wszędzie trąbią, tylko z napięcia pasma. Jak tego uniknąć? Rolować mięśnie na butelce po treningach i więcej lub dokładniej się rozciągać po biegu.
Absolutnie nie mam robić kledzika dopóki nie wyleczę kontuzji. To niepotrzebne obciążenie, a wszystkie ćwiczenia, przez które noga jest długo prowadzona wyprostowana, szkodzą, bo nie rozluźniają, tylko napinają pasmo. A kontuzja wynika z napięcia właśnie.

Zmartwił się, że 8 tyg mam przerwy, a wciąż boli przy próbie biegu od 2-3 km.Masował mnie, ale stwierdził, że trzeba jednak kłuć metodą dry needling. W czworogłowy. Nie boję się igieł, jednak nie patrzyłam. Uczucie było takie: wkuwa się i jest ok, ale potem jakby strzelił w główkę igły, no i była masakra. Zobaczyłam przed chwilą na youtubie i robią to inaczej - mi tak chyba nie dłubał tą igłą, bo wydawało mi się, że po wkłuciu jest tylko 1 krótki strzał... Powodował łzy w oczach i niemal przekleństwa. Chwilę przed igłowaniem, powiedział, ze jest to dość nieprzyjemne, ja odpowiedziałam, że w tym gabinecie przeżyłam taki ból przy masowaniu troczków mięśniowych, łączących kostkę z shinem, że na pewno nie może mnie spotkać nic gorszego. Chwilę później zmieniłam zdanie. Zaręczam, że było to dużo gorsze.

Ledwo się dokulałam tego dnia do domu, nawet skarpetki nie mogłam zdjąć samodzielnie, o spodniach nie wspominam. Kolejnego dnia było ciut lepiej, ale na schody spoglądałam z dużą pokorą i przejście kilku stopni zajmowało mi dłuższą chwilę.
Pan doktor powiedział, że przez 2-3 dni będę obolała, a potem mam masować to miejsce to suchym kłuciu. Dziś jest niedziela, wciąż omijam to miejsce. I nie mogę rolować na butelce, ani porządnie masować. A dzisiaj wg zaleceń lekarza miałam pobiec! Ale u mnie wszystko się dłużej goi, mam bardzo niski próg bólu.


Wczoraj napisałam do niego maila. Odpowiedział, że rzadko się zdarza, ale jednak czasem występuje takie zjawisko, że ból utrzymuje się dłużej. Do czasu ustąpienia tych dolegliwości, mam masować czworogłowego na zasadzie przesuwania tkanek, a jak ból minie, mam potruchtać, albo spróbować marszobiegiem.
W przypadku wystąpienia bólu kolana podczas biegu, mam przejść do marszu i potem znowu pobiec, obserwując, czy to pomoże.

Reasumując: masować, rozciągać czworogłowy, rolować na butelce. Nic więcej, żadnych ćwiczeń.


A teraz czas zjeść rogala...kolejnego ;)


ps. Co do dzisiejszego dnia, mam podobne zdanie, jak koleżanka stąd.
Bardzo fajny post, a płytę Marii Peszek polecam - jak nigdy, bo chyba pierwszy raz do mnie trafiła tak naprawdę. 

Miłej niedzieli!


niedziela, 4 listopada 2012

Campodimele


Jak zwykle mieliśmy szczęście - gdy wiedzieliśmy już, że w tym roku pojedziemy do Terraciny, zaczęliśmy szukać niewielkich miejscowości w jej okolicy, które możemy zwiedzić.
Michał ma tego farta, że w pracy może słuchać Tok Fm (u mnie nikt by się nie zgodził pewnie, zresztą nie ma czasu, by słuchać rozmów, zbyt często u nas w biurze dzwoni telefon), a tam od poniedziałku do piątku można posłuchać krótkiego felietonu Piotra Adamczewskiego, po 11.
Polecam wszystkim, którzy mają okazję. Oczywiście często mówi o śródziemnomorskiej kuchni, ale naprawdę nie zawsze.

 I kilka dni po decyzji o wyjeździe do Terraciny, Adamczewski popełnił audycję o Campodimele. Bardzo interesujące miejsce, zwane inaczej Miasteczkiem Długowieczności, ponieważ średnia długość życia jego mieszkańców wynosi ponad 90 lat! Zaczęliśmy szukać. Okazało się, że leży ok 30 km od naszej bazy wakacyjnej!
A na dodatek została wydana książka o Campodimele właśnie! (recenzja po włosku dla chętnych :))


Natychmiast ją zamówiliśmy i jednocześnie poinformowaliśmy rodziców o jednym z najważniejszych kierunków tegorocznych wakacji. Książkę oczywiście warto kupić, wskazuje na to choćby wydawnictwo, które ją wydało. Chyba nie nacięłam się na nic od Czarnego. A poza tym jest zgrabnie opisane życie mieszkańców Campodimele, których nota bene jest niewielu, niespełna 700
Jaka jest recepta na długowieczność? Nic zaskakującego - żyć zgodnie z naturą, jeść to, co mamy ze swojego ogrodu, bez chemii, ruszać się sporo (praca w ogrodzie to ten ruch, w Campodimele nawet po "80-tce" trzeba samemu doglądać ogrodu), uśmiechać się i prowadzić raczej towarzyskie niż samotne życie. Poza tym mało kto pali, a wino pije się tam tylko symbolicznie, bardzo rzadko.

Wybraliśmy się tam w środku tygodnia przed 12, miasteczko to klasyczny przykład dla zwolenników ruchu Slow Food (jest tam nawet restauracja tego typu), ale i slow life. Jest niezwykle spokojnie i leniwie, nawet jak na małe włoskie miasteczko. Kupiłam u miejscowych figi. A właściwie dostałam, bo uznali za niedorzeczne ważyć i kasować mi 4 figi. Pyszne :)

Zagadnęłam mieszkańców, nie byli zadowoleni, że przywiodła mnie do nich książka Tracey Lawson, ponieważ "Ta książka to bzdury, w zeszłym roku zmarł mój sąsiad na zawał, miał 56 lat" - powiedziałam, że w takim razie "Wyjątek potwierdza regułę", ale uznali to za kiepski żart... Podejrzewam, że mają dość turystów, którzy odwiedzają Campodimele, by odkryć tajemnicę długiego i zdrowego życia.



"amfiteatr" w Campodimele




czwartek, 1 listopada 2012

Pożegnanie Chustki

Leżę, czytam i poprawiam pracę dzisiaj, bo cmentarz odwiedziłam w sobotę. Poprawiam pracę magisterską, oddałam II rozdział w końcu... :) Jakoś lżej i lepiej dzięki temu, teraz już z górki, bo połowa za mną.
Mam tylko nadzieję, że tej drugiej nie będę pisała też 1,5 roku ;) 

A wczoraj w końcu miałam włoski, z Justyną. Ach, cóż za dziewczyna! Rozmawiałyśmy o życiu, mniej więcej omówiłyśmy, jak będą wyglądały nasze wspólne lekcje co środę, które uskutecznimy w pewnej sympatycznej kawiarni na Starym Rynku. Długo nie mogłyśmy zgrać pierwszego terminu, bo albo ja byłam chora, albo ona, albo jeszcze coś.

Kto jeszcze nie widział, niech zobaczy, jakie cudo mój kolega znalazł. Kurosanty, moi drodzy. Myślę, że trzeba się bardzo napracować, by tak napisać nazwę rogalików. Uch, pomysłowość ludzka nie zna granic, szczególnie, gdy błądzimy po sferach nam nie znanych. Rozumiem, że można nie wiedzieć, jak to się pisze, ale w takim razie po co wymyślać? Zresztą, dalszy komentarz naprawdę jest zbędny.
 

Chciałam Wam dać odrobinę radości w taki dzień, w dzień zadumy i refleksji. 
A teraz prysznic.

Myślałam, że dzisiaj o niczym takim się nie dowiem, ale w poniedziałek zmarła dziewczyna, której blog podczytywałam. Kolejne żniwa zebrał rak. Bardzo smutne. 

Chustko, już mi brakuje postów, które mimo wydźwięku dość jasnego, jednak dawały wiele radości. Śmiałam się często nad Twoim blogiem, naprawdę. I tak bardzo Ci kibicowałam! Pomarańczowa chustka już zawsze będzie się kojarzyła z Tobą, niezwykle pozytywnie. Dziękuję Ci.