niedziela, 31 lipca 2011

A oni wciąż oglądają...

"Kieł"- czułam dumę i radość z faktu, że tak wiele pamiętam z języka, choć byliśmy tam rok temu i nie używaliśmy greckiego. Ale to tyle z wesołych kwestii. Film wstrząsający, brutalny, kilka razy zamykałam oczy, nie mogłam patrzeć, serio. Oczywiście bardzo dobry, bardzo poruszający, ale nie dla wrażliwych dziewcząt. I jakiś niepokój w nas wzbudził, bo wracaliśmy do domu i aż się pedałować nie chciało. Dreszcze miałam. Bo widzicie, ja się nie godzę na niesprawiedliwość, głupotę, sekty i jakiekolwiek ograniczanie wolności. A to wszystko tam było (sekta może nie, choć moim zdaniem brakowało jedynie bóstwa). Film nie jest odkrywczy, ale długo o nim nie zapomnę, choć na pewno nigdy do niego nie wrócę. Boli, każdy centymetr ciała mnie boli, gdy go wspominam. Zobaczcie, jak już się nastawicie odpowiednio. Ciekawe, dość niepopularne kadry. Film naprawdę porusza. Każdy z nas dużo przeklinał podczas filmu, bo naprawdę trudno było inaczej skomentować fabułę. I już więcej o nim nie piszę, bo wciąż mam dreszcze, oj.
W przyszłym tygodniu w Muzie "Między światami" z Nicole Kidman, o 20:45, za 5zł. Podobno średni, więc warto, bo za 5zł ;)

W piątek zdecydowaliśmy się na coś lekkiego i wybraliśmy "Wszystko, co kocham". Oj, za dużo pisać nie będę, bo szkoda naszego wspólnego czasu. Nudy, nudy, nudy. Duże rozczarowanie, wszak to pierwszy polski film, który dostał się na Festiwal Sundance.
W sobotę wciąż padało, było buro, więc zdecydowaliśmy się nigdzie nie wychodzić i obejrzeć jakieś filmy (odmiana, co?). "Co nas kręci, co nas podnieca" Woody Allena- jak to on, gadany film, ale dla mnie zbyt, nie bawił, jak zwykle (tak, ostatnimi czasy co 3.film jest ok w jego przypadku. Czekam na gratkę z cyklu "Vicky Cristina Barcelona", ale chyba dopiero ten z Carlą Bruni podniesie naszego kochanego homofoba). Po nim włączyliśmy jednego z naszych ulubieńców, czyli Pedro Almodovara "Złe wychowanie". Odkładałam ten film, bojąc się nie wiem czego. Oczywiście, jak zwykle przy Almodovarze, było inaczej, niż sobie wyobrażaliśmy. Bardzo polecam. Ciężki temat, bo księża-pedofile do lekkich kalibrów należeć nie mogą, ale Almodovar podaje nam to wszystko tak, jak być powinno, ze smakiem, a wnioski nasuwają się same. I wiecie, nie jesteśmy fanami jakiejś wzniosłej, patetycznej muzyki, a u niego w filmach zawsze zachwyca.

Dzisiaj mieliśmy iść na Fisza nad Maltę, ale jest jakoś tak ponuro cały dzień, więc korzystając z okazji, że Michał przeczytał "Kroniki portowe" Annie Proulx, mogliśmy w końcu obejrzeć film. Jestem świeżo po (15 minut), poza tym czytałam książkę 3 razy, więc temat dość dobrze znam, Michał, jak już wspominałam, przeczytał niedawno książkę- w takim wypadku trudno oceniać film. Było prawie wszystko, czego się spodziewaliśmy. Plus dla Juliann Moore (i Judi Dench, którą bardzo lubię!), natomiast Kevin Spacey średnio, moim zdaniem. Totalnie nie pasował, jak powiedział zresztą Sajo, a nie chciałam mu wierzyć. I teraz zaczęłam szukać na filmwebie, gdzie u licha była tam niby Cate Blanchett. Padłam. Kto widział, chyba rozumie, że jej nie poznałam? ;) Film dobry, ale to ocena, którą nie powinniście się kierować. Zbyt zasugerowana jest bowiem książką. Podobno od jutra pogoda ma być lepsza, więc ilość oglądanych filmów u nas drastycznie spadnie z pewnością; nie obawiajcie się- ten blog w filmowy wcale się nie zamienił.
W piątek wpadli też rodzice z winem. Fajnie razem planować ten wyjazd, zostało 26 dni, can't wait. Dzisiaj się zabrałam za szukanie noclegu w Rzymie i wysłałam pierwszych 16 maili do wybranych osób z hospitality club. Jestem ciekawa, czy się uda, ale w tę organizację nie należy wątpić, więc myślę, że będzie dobrze ;)

Czas na mocne uderzenie w piersi. Cały tydzień uciekł biegowo. Dziś się obudziłam z myślą o zaprzestaniu użalania się nad sobą i pogodą. Po śniadaniu pobiegłam, moja ulubiona ostatnio trasa 4,6km tempem 7min na 1 km. 5 minut biegu + 1 minuta marszu, we wtorek to samo, a następnie pożegnam się z marszem. Oczywiście, że mogę zapomnieć o październikowym maratonie, ale w marcu jest maraton w Rzymie, a w kwietniu w Wiedniu... ;) Za to na poznańskim będę kibicowała wszystkim, którym trzeba ;) Gdyby ktoś z Was potrzebował noclegu przed startem, zapraszam, proszę pisać- mamy osobny pokój, łóżko dla gościa, sporo miejsca na podłodze. Mieszkamy jakieś 8 minut pieszo od startu... ;)
A dla tych, którzy rozpoczynają przygodę z bieganiem (bo wiem, że tacy tu zaglądają): niezmiennie polecam 6-tygodniowy plan PUMY.

W tym tygodniu listonosz przyniósł przesyłkę, którą znalazłam na allegro za 10zł, Shaw to jeden z moich ulubionych autorów ;)

Znowu pada ;( w takim razie lądujemy z książkami w łóżku, miłego tygodnia!

Parola del giorno: correre- biegać 

Vorrei correre piú veloce, ma devo essere più sistematica

środa, 27 lipca 2011

I ♥ Francois Ozon ;)

Poprzedni tydzień był trochę wykańczający i pogodowo słaby, więc obejrzeliśmy kilka filmów.

"Schronienie" Francois Ozona wzbudzał wiele skrajnych emocji, jak to zwykle przy jego filmach. Chociaż na pomidorach ma wysoką ocenę, ja czytałam same słabe, albo z cyklu "film poprawny, nic odkrywczego, nie zachwyca, nie przekonuje". Ciekawe, my daliśmy oboje 9/10, ale pewnie się nie znamy... Piszą, że to jego najsłabszy film, a innych jeszcze nie widzieliśmy, dlatego już się boimy wciągnięcia we francuskie kino w najbliższym czasie ;) Podsumowując: doskonałe aktorstwo, piękne zdjęcia, sugestywne ujęcia (np. od piersi w górę, rzadko pokazujące brzuch, sugerujące na brak gotowości głównej bohaterki do macierzyństwa), film, choć wcale nie optymistyczny, wprawił mnie w bardzo dobry nastrój. Tak mam, gdy widzę, że niektórzy potrafią podejmować słuszne decyzje- nawet, jeśli to tylko film... Polecamy serdecznie, szczególnie na takie dni, jakie są ostatnio- deszczowe, bure, ciemne. Muzyka również bardzo nam się podobała, a francuskie kino raczej z niej nie słynie, więc było to trochę zaskakujące.

Po "Schronieniu" w sobotę przyszedł czas na kolejny film Ozona, jeden z najsłynniejszych, "Basen". I znowu 9/10, znowu mistrzowskie aktorstwo- nie wymieniłabym ani jednej osoby z ekipy! Dawno żaden film mnie tak nie zaskoczył, jeśli chodzi o fabułę. Absolutnie polecam, jeszcze lepszy od "Schronienia". Jak on prowadzi akcję, rany!

Zagryzając melona, omawialiśmy film i podjęliśmy decyzję o obejrzeniu jeszcze jednego filmu- tym razem jednego z naszych ulubionych reżyserów, Wong Kar-Waia "My blueberry nights" ("Jagodowa miłość"). Cóż, znaliśmy opinie większości ludzi nt tego filmu, ale wierzyliśmy, że obsada (Jude Law, Natalie Portman) zrobi swoje i film nie będzie tak okropny, jak wszyscy mówią. Poza tym to Kar-Wai, więc bez przesady. Z drugiej strony się śmialiśmy, że po "Basenie" wszystko możemy już dzisiaj odrzucić, bo ten film był za dobry, by po nim oglądać cokolwiek. In breve: nie oglądajcie ostatniego filmu Wong Kar-Waia. Nudy, fabuła w ogóle nie trzymała się kupy, aktorstwo... Jedynie Portman daje radę. Stanowcze NIE dla Norah Jones jako aktorki. Świetnie śpiewa i ładnie wygląda- niech na tym poprzestanie. Oczywiście zdjęcia dobre, ruch kamery charakterystyczny dla W.K.W. ale... och. Nudy.

W czwartek w Muzie "Kieł" o 19:15 za 5zł. Podobno warto. Będziemy.

Zauważyliście pewnie, że raczej nie opisuję filmów, które oglądamy, a jedynie piszę o moich odczuciach. Z całym szacunkiem dla Was jako moich czytelników, ale opisy znajdziecie na filmwebach czy w innych miejscach. Poza tym ufam, że moje opinie zachęcą lub zniechęcą skutecznie ;)

A w niedzielę wieczorem poszliśmy na koncert w ramach "Maltańskiej sceny muzycznej", to słynna scena na wodzie- dosłownie. W każdy weekend odbywają się tam koncerty o 19, za darmo. Rok temu było jazzowo, w tym różnie, ale przyjemny. Wczoraj grali Paula i Karol, objawienie polskiej sceny muzycznej ostatnich 2 lat. Och, jaka pozytywna muzyka! Jaka radość z grania, zarażająca wszystkich uczestników! Świetni ludzie, polecam ich płytę "Overwhere", o nich jeszcze będzie głośno. Za tydzień Fisz Emade Tworzywo Sztuczne. Wielką fanką nie jestem, wolałam chyba Bassisters Orkiestra, ale jest za darmo i blisko domu, więc jeśli będzie pogoda, to przejedziemy się z kocykiem. Paula i Karol ze sceny na wodzie, z soboty TU.


John Fante "Bractwo winnego grona"- kupiłam ostatnio. Cóż, zupełnie nieoczekiwanie okazało się to powieścią o... włoskich imigrantach, mieszkających w Ameryce ;) Dobrze się czyta, takie na raz, na wakacje Podobno Fante był inspiracją dla Bukowskiego ("Fante był moim bogiem!"- to cytat Bukowskiego z okładki).


Parola del giorno: rifugio- schronienie

Il mio rifugio si trova nella mia casa con Michał.

czwartek, 21 lipca 2011

Sono stanca

Wybaczcie mi tę ciszę, ale byłam bardzo zmęczona ostatnio, w środku tygodnia Michał mi uciekł znowu do Łodzi, a nie potrafię już spać sama, więc miałam kolejny dzień z głowy. Weekend natomiast spędziliśmy u moich rodziców- mama miała imieniny, więc pojechaliśmy na grilla. Sympatycznie się upiłam ulubionym drinkiem mamy- zieloną żabą, rozmawiając o nadchodzących wspólnych wakacjach, było bardzo miło. Niedzielę spędziłam na leżaku, czemu zawdzięczam piękną opaleniznę, a Michał w tym 29-stopniowym upale biegł od moich rodziców do nas- 19km (akurat mu wypadł po prostu długi trening tego dnia)/ Bardzo mu współczułam ;) Ale jak już się spotkaliśmy w domu, zamówiliśmy pizzę (niczym nagroda po półmaratonie, hehe) i zasnęliśmy na 2h. Potem obejrzeliśmy film i tak nam uciekł tydzień, kolejny. W międzyczasie dowiedziałam się o zawirowaniach w pracy- cóż, ta sielanka nie mogła dłużej trwać. Prezydent podpisał ustawę o "podatku śmieciowym", więc wszystko wskazuje na to, że od stycznia będę szukała nowej pracy. Ale o tym więcej za kilka miesięcy.

Biegam, biegam, nie martwcie się ;) W piątek po kolejnej ponad tygodniowej przerwie przebiegłam skromne 2,5km w ramach rozruszania stawów, kolejny trening miałam przedwczoraj- rzuciłam się na 4,6km. Czas nie tak dramatycznie, choć mam 7min na 1km (powrót po kontuzji nie jest taki łatwy i szybki, jak mi się wydawało...), ale kilka razy musiałam przejść do marszu- miałam duszności, czułam kłucie pod sercem, nie wiem. Może ta duchota przed deszczem? Jutro powtórzę tę trasę, mam nadzieję, że będzie dużo lepiej i łatwiej. Tymczasem rowerowo- w weekend "stuknęło" mi 800km na liczniki, więc cel "1000km do końca lipca" jest coraz bardziej realny ;) Planowaliśmy w najbliższą sobotę jechać nad jezioro gdzieś za Swarzędz, ale chyba nici z wycieczki rowerowej- ma być jedynie 17 stopni. Pozostają rolki, które w tym roku się kurzą, ale wciąż się obawiałam z ta kostką... Myślę jednak, że już czas wrócić na tor ;> Kostka nie boli, choć biegam z opaską stabilizującą-  mam spokojniejszą głowę.

Biegam też trochę po szpitalach, w tym roku to jakiś szczyt, naprawdę. W poniedziałek na oddziale neurologii zatrzymali moją dobrą koleżankę. Podejrzewają krwiak lub guz- ma coś wielkości 7mm na pniu mózgu, na prawej półkuli. 24 lata. Nie wiem, jak to możliwe mieć coś na mózgu w tym wieku, jest to dla mnie absolutnie niezrozumiałe. Proszę o wsparcie wirtualne dla koleżanki. I dla mnie, żeby mi wystarczyło sił odwiedzać i pocieszać wszystkich znajomych, którzy tak okropnie ostatnio chorują. Mam już tego dość, wierzcie.
Wczoraj zdecydowali się na punkcję lędźwiową, po której cierpiała kolejnych 20h, wyjąc bez przerwy z bólu. Nie pamiętała nawet, że byłam u niej... Lekarze szukają wciąż jej tajemniczej choroby, która zaczęła się od bólu głowy, kłopotów z pamięcią i halucynacji, a ja zaczynam się coraz bardziej skłaniać ku boreliozie, szczególnie, że pytali ją dziś rano, czy nie została przypadkiem pogryziona przez kleszcze. Ale lekarzem nie jestem, więc mogę jedynie szukać i czytać w internecie. Jestem przerażona cała sytuacją. Jest tak słaba, odrętwiała z bólu po tej punkcji, że dopiero jutro będą starali się ją postawić na nogi.

Wstaję wcześniej, niż muszę, by jechać okrężną drogą do pracy. Biegam już regularnie. Tylko dzięki temu śpię w miarę normalnie. Poza tym mam coraz większe wyrzuty sumienia z powodu swojego zdrowia (co to są te głupie duszności, alergie, problemy z krążeniem w obliczu tego, co spotyka ostatnio bliskie mi osoby?). Nie mam czegoś takiego, jak "dzisiaj mi się nie chce"- myślę tylko o tym, że ja mogę, jestem zdrowa, więc jeśli mi się nie chce, muszę się wziąć w garść i wyjść z domu.


Za 36 dni jedziemy do Włoch.


Parola del giorno: pioggia- deszcz

La pioggia mi deprime

poniedziałek, 11 lipca 2011

Rumbuz party

 
Architecture in Helsinki- ale była impreza! Dla mnie minusem co prawda był fakt, że zagrali dużo kawałków z tych nowszych płyt, a ja jednak zamiast modern disco wolę rock w ich wykonaniu, no ale dużo pozytywnej energii złapaliśmy wczoraj. Nie mogłam potańczyć, jak np przy Manu Chao, bo był trochę za duży ścisk, ale przyjemnie się pobujaliśmy ;) Macie jeszcze nagranie "Wandering stars" z poznańskiego koncertu Portishead, o którym pisałam. W poprzednim poście umieściłam wykonanie z innego koncertu.


Poprzedni tydzień był bardzo krótki, dlatego zabieram się do zaległości z włoskiego. No i do biegania- w tym tygodniu
naprawdę nie było jak ani kiedy. Po powrocie z pracy przygotowywaliśmy obiad, po nim drzemka, a potem kawa i rowerami śmigaliśmy na koncerty. Wracając w okolicach północy lub, jak w piątek, 1 godziny, zjadaliśmy kanapkę i padaliśmy na łóżko. Poranki były trudne, dość ciężko pedałowało się do pracy. 


Oriana Fallaci "Siła rozumu"- każdy z nas wie, z jakich tytułów znana jest ta włoska dziennikarka. Książkę polecam. Jeśli ktoś nie wie, o czym jest, to zaznaczę tylko, że o islamie. Krytycznie. Fallaci pisze to, co większość z nas myśli, ale boi się powiedzieć. Dużo kontrowersji wzbudziła, co jest zrozumiałe, a jednocześnie płynie z niej jasny i oczywisty wniosek o micie projektu multi-kulti. Książka jest z 2004 roku, cały czas bardzo aktualna. Właśnie czekam na jej pierwszą, najgłośniejszą książkę, "Wściekłość i duma". Bardzo, ale to bardzo lubię czytać Fallaci.

Trzy miesiące temu kupiliśmy w Grouponie kupon do włoskiej restauracji "Mollini" za 30zł, o wartości 60zł. Wiedzieliśmy, dokonując zakupu, że dołożymy do 100zł z pewnością, bo to dość drogie miejsce, ale pomyśleliśmy, że i tak się opłaca, a okazja będzie (jak wtedy planowaliśmy), bo będziemy świętować obronę Michała. Na razie świętujemy koniec jego pracy (w środę w końcu zawiezie ją do Łodzi), obrona pewno wkrótce ;) W poprzedni poniedziałek zadzwoniliśmy, by zarezerwować stolik, ale oczywiście jest więcej takich, jak my- najbliższy wolny termin to wtorek o 20, usłyszeliśmy. I nieważne, że kupon obowiązuje do 4.07. Pani powiedziała, że go uwzględnią ;) Więc jutro idziemy jeść. Nie odpuszczę owoców morza ani tiramisu pewnie ;)

W sobotę spontanicznie podjęliśmy decyzję o zwołaniu mini imprezy u nas. Miało być spokojnie, zaprosiliśmy dosłownie kilka osób, dopóki nie wpadłam na pomysł RUMBUZ Party. Tak, było bardzo gorąco tego dnia, więc wydało mi się to idealną myślą. 3/4 butelki rumu wlaliśmy do arbuza, w którym wcześniej wydrążyliśmy dziurę. Dobrze schłodzony podawaliśmy w miseczkach, jak zwykle jem arbuza (a nie w kawałkach, z których się wygryza cząstki, jak to robi większość ludzi). Tak. Jest moc. Siedząc na balkonie, nie słyszeliśmy pierwszego dzwonka. Po drugim pobiegłam otworzyć. A tam powitał mnie pan z ochrony z informacją, że są skargi o hałas na balkonie. Ojoj! Na mnie?! Gonię Michała, jak tylko mocniej tupnie, by nie przeszkadzać sąsiadom, a tu proszę... Wstyd, wstyd, a najgorsze, że nie wiem, którzy to sąsiedzi- zaniosłabym ciasto. Nikt z nas nie zauważył, że już północ i tak krzyczymy... Ale oprócz arbuza było też spaghetti aglio e oglio, jedno z naszych ulubionych.
Kaca wynagrodziliśmy sobie w niedzielę zakupami oraz fasolką po bretońsku ;)



Parola del giorno: soffocare- dusić 

Anni fa rimasi chiuso nell’ascensore per ore ed ore che mi mancava l’aria e quasi soffocavo!


czwartek, 7 lipca 2011

Oczarowani

Zdjęcie z profilu Malta Festival na Facebooku.
Powiedziałam: "Michał, ja nie wiem, czy ona śpiewa na żywo, jest za dobrze"- później stwierdziliśmy, że nawet lepiej, niż na płytach. Przy minimalnym wysiłku artystów osiągnęliśmy muzyczny orgazm. Nie przesadzam. Oni się trochę zestarzeli od pierwszej płyty, prawda? Baliśmy się, że te wczesne kawałki będą jakoś przearanżowane na modłę muzyków w okolicach 50tki. Pewnie by pasowało. Ale oni wykonali je tak, jak kiedyś i..nie mogło nic bardziej pasować! Byłam w szoku, naprawdę, a podczas absolutnie nieziemskiego wykonania "Wondering stars", odpadłam całkowicie. Jak to możliwe, że Beth, walcząca z nieprzemijającą depresją, trochę zniszczona używkami, wychodzi na scenę w sztruksach czy jeansach i bluzie z kapturem i bez żadnego gwiazdorzenia, czarowania, robi z nami coś takiego, że Maltę większość opuszczała w milczeniu?
Zjawiskowa, naprawdę. O głosie, którego nie można do niczego nie porównać- ten głos na żywo boli jeszcze bardziej,
wwierca się w ciało, mózg, gdzie bądź. Przyznam, że nie wierzyłam, że ona tak wyciągnie te najwyższe nutki, najdłuższe pociągnięcia. Wyciągnęła wszystko, co chciała, tak jak prawie 15 lat temu TU. Wyciągnęła wszystko tak i zmieniała co chwilę tonację w taki sposób, że ludzie kręcili głową, jakby pytało "Jak ona to robi?". Emocjonalnie pobiła u mnie koncert Radiohead sprzed 2 lat. Piszę to dla Was i wciąż mam dreszcze. Idę do Michała, do pokoju obok. Siedzimy i słuchamy Portishead. Bez przerwy.
Ale powoli kończymy kawę, wsiadamy na rowery i jedziemy na Architecture in Helsinki.




Parola del giorno: Può darsi -może, prawdopodobnie, przykład z naszej kochanej strony:


Marco:  Scusami, voglio accompagnare i bambini a scuola.  Ti trovo quando ritorno a casa?
Cara:  Può darsi.

środa, 6 lipca 2011

Papa was king of the jungle...


(zdjęcie z profilu Malta Festival na Facebooku)

Wczoraj rano w Radiu Merkury powiedzieli, że będą bilety na Manu i żeby słuchać uważnie. Zastosowałam się. Padło pytanie "Jakimi inicjałami posługuje się Manu Chao?", zadzwoniłam "Nie wiem, czy jest jakiś haczyk, ale nie może być nic innego, jak M.C.", "Gratulujemy" ;) I tak wygrałam podwójny bilet na Manu Chao ;> Ach, kochane "Babie Lato"- tak dużo mają dla nas wejściówek różnorakich, aj! Polecam, to najlepsza audycja poranna do pracy (od 9-12). Mówią bardzo dużo o tym, co się dzieje w naszym mieście i często dają bilety do kina lub na koncerty.

Manu Chao- co za wulkan! 2h grania bez przerwy! Ten "malutki" (niski) człowiek to wulkan pozytywnej energii, czym mnie absolutnie zaskoczył. Bilety dostałam zupełnie dla siebie nieoczekiwanie, zawsze go lubiłam, ale nie uwielbiałam (mam spory dystans do tzw. politycznej muzyki), nigdy nie widziałam fragmentów jego występów. Wyszedł na scenę i nas wszystkich absolutnie porwał. Bez przerw między utworami- nie rozmawiał z nami, nie dziękował po każdym utworze, ale kończąc jeden kawałek, od razu "przechodził" do kolejnego, jeszcze podczas oklasków jak w jakimś transie.

Wyszliśmy ok 23:40, ale do północy słyszeliśmy z balkonu, że grał, nie wiem naprawdę, skąd ma siłę ;) (musieliśmy wyjść wcześniej, bo Michał- nota bene znużony koncertem, bo nigdy nie lubił specjalnie Manu- o świcie wstawał, by jechać do Łodzi). Ale wiecie, co najbardziej pozytywne było w całym koncercie? Widać było, że całemu zespołowi ten występ, ich praca, sprawia niewyobrażalną frajdę. Z pewnością nie przegapię Manu Chao, gdy ponownie do nas przyjedzie- miło było się pobujać, potańczyć- ale delikatnie, bez podskoków, bo muszę oszczędzać kostkę, która wczoraj czułam... Poza tym wytańczę się jutro na Architecture in Helsinki ;)

Za to dziś... Tak, kończymy kawę i wychodzimy właśnie na Portishead. Zobaczyć zespół, który zrewolucjonizował muzykę w latach 90.
ubiegłego wieku. Posłuchać głosu, który hipnotyzuje, zadaje fizyczny ból, uzależnia. Pogrążyć się w Krainie Mroku razem z Beth Gibbons.
 
Parola del giorno: fatica- trud
Quando sono in Italia, a fatica parlo bene, perche sono stressata.

niedziela, 3 lipca 2011

Majka is back!

Ostatnio wywołaliśmy trochę zdjęć dzięki super promocji Groupona, wrzucam z Ligurii, z 2009 roku. Zdaje się, ze to Corniglia. Podczas przemierzania Cinque Terre zrobiliśmy sobie przerwę na spritza i oliwki ;) Oj, chyba tam wrócimy za rok. Patrzymy na zdjęcia i trudno wskazać piękniejsze miejsca we Włoszech...

A walk in Milano- ciekawy film z Mediolanu, króciutki.

Patrzcie, nawet Włosi pisali o lampionach w Poznaniu. A trafiłam na tę notkę, szukając jakichś włoskich blogów, może Wy mi coś polecicie? 

W piątkowym "Co jest grane" jako DVD tygodnia wytypowano film Sorrentino "Boski" (Il divo), pamiętacie? Nas rozczarował, a tu piszą, że rewelacja. Postąpicie wg własnego uznania, rzecz jasna, ale mnie naprawdę zmęczył, więc my nie polecamy ;)
 Nauka. Zapisałam się do takiej subskrypcji: będąc ostrożną, ale i mając na uwadze swoje braki, wybrałam poziom średni, czyli B1-B2, ale wydaje mi się dość proste. Na razie nie będę zmieniała. Yay, ile w internecie można znaleźć pomocy naukowych... ;)

Właśnie skończyłam "Jeden, nikt i sto tysięcy" (w oryginale "Uno, nessuno e centomila") Luigiego Pirandello- to taki pan (1867-1936), który m.in był noblistą, znany  jako filozof, dramatopisarz. Książka, o której wspomniałam, jest ostatnią, jaką napisał, przez wielu krytyków uznana za najlepszą w jego dorobku. Trafiłam na ten tytuł i jednocześnie autora, przez absolutny przypadek, czytając jej recenzję w Gazecie Wyborczej (więcej TU), a ponieważ interesuje mnie wszystko, co włoskie (nie tylko wino, pasta czy bistecca alla fiorentina), natychmiast ją kupiłam. Została wydana we Włoszech w 1926 r. i dotąd nigdy nie była dostępna po polsku. W połowie książki już miałam myśli, że trochę rozczarowuje, choć to za wcześnie by oceniać i wtedy, nieoczekiwanie, tak zaskoczyła, że aż trudno mi było w to uwierzyć ;> Polecam. Nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje...
 
 Ale najważniejsze... Dzisiaj wróciłam do biegania, po 4 tygodniach przerwy. Robiłam ćwiczenia, "rozkręcałam" staw codziennie powoli, chyba będzie ok. czułam kostkę trochę podczas rozciągania, nawet kolana pobolewały na początku, ale to chyba dlatego, że po takiej przerwie zafundowałam stawom mały szok. Tak czy inaczej czuję się cudownie, naprawdę! Zobaczymy, jak będzie jutro, czy ból nie wróci, ale nie sądzę. Pobiegłam powolutku 17 minut, normalny trening dopiero we wtorek chcę zrobić. Czuję moc ;)


Parola del giorno: cervello- mózg 

Chi usa i muscoli, non usa il cervello