wtorek, 31 maja 2011

Brytyjskie podchody


No i cóż, zacznijmy od biegania i innych znanych nam i lubianych sportów ;)
Sobota: 4,7km w 31:38 minut (tempo wciąż poniżej 7! dokładnie 6:44min na 1 kilometr, mogłam o tym pomarzyć 2
miesiące temu!), dalej bez marszu ;)
Poniedziałek: 10 km w pamiętacie założenia na maj? Nie dobrnęłam do 500km rowerem (Sajo, bij!), ponad połowę z tych 400 jedynie przejechałam, więc tu
nici. Drugim założeniem było przebiec 10 km poniżej 65 minut, to wczoraj się na to rzuciłam. 10km w czasie 69 minut, czyli czas jeszcze poniżej 7 minut na kilometr- jest progres, ale nie taki, jakbym sobie życzyła... Coraz gorzej widzę półmaraton w Grodzisku... Kurde, jest tak gorąco, że się po prostu nie da! Będą tam kurtyny wodne, no ale nawet! Musiałabym biec z wanienką wypełnioną zimną wodą, na plecach. Nie widzę ogólnie, żebym pobiegła w czasie 2h 30 minut, w ogóle tego nie widzę. Jeśli pobiegnę tak, jak ostatnio, to i tak będzie sukces, serio. żeby tylko Maria mnie nie wyprzedziła...

Nie rozumiem ludzi, którzy biegają teraz w długich spodniach, albo bluzach, albo jednym i drugim... Mi nogi
puchną (cierpię na słaby przepływ krwi w nogach), do ideału kobiecego ciała mi niezwykle daleko, ale kiedy mam trening, to naprawdę mam dupie, jak wyglądam- po prostu MUSZĘ czuć się komfortowo. Wczoraj podczas tych 10km pot zalewał mi oczy, w domu leciało ze mnie ciurkiem, jakaś masakra, a biegłam po zachodzie słońca. W trakcie treningu mijałam ludzi ubranych, jak opisałam wcześniej i od samego patrzenia, było mi jeszcze słabiej. A żeby było śmieszniej, tylko JA (a spotkałam pewnie 40 biegaczy- lasem i Maltą biegłam) miałam picie w ręce (Po raz pierwszy biegłam, popijając co 15 minut malutkimi łyczkami powerade- sorry, ale przy takiej temperaturze (27stopni) nie da rady inaczej.). Do butelki z poweradem, rozcieńczonym z wodą (bo za słodki dla mnie) wrzuciłam lód przed wyjściem z domu i brałam 2 małe łyki co kwadrans. A oni nic. Jakieś cyborgi! Czyżby się lepiej ode mnie nawodnili? Piję 1,5l tylko wody dziennie, w pracy piję tylko zieloną herbatę i pozwalam sobie na 2 kawy, które odwadniają, ale myślę, że wodą to nadrabiam. Kwestia organizmu? Misza ma to samo. A może jesteśmy tak słabi? Nie wiem, ja muszę mieć picie przy takiej pogodzie nawet na 5km biegu. Jeszcze jedna rzecz- większość, zdecydowana większość mijanych przeze mnie biegaczy, ma na sobie bawełniane koszulki, co jest naprawdę samobójcze, moim zdaniem. I to nawet maratończycy- bo mają t-shirty z logo maratonów w Poznaniu. Wielu ludzi twierdzi, że to lans biegać w oddychających ciuchach. Słuchajcie... jaki lans?! Taka koszulka kosztuje 25zł w Decathlonie, a dzięki niej nie macie potu na plecach czy klatce piersiowej, bo wszystko przepuszcza, odprowadza pot z ciała,  ale nie nasiąka! W przypadku bawełnianej, koszulka robi się ciężka, cały bieg czujecie, jacy jesteście mokrzy, bo ten materiał absorbuje pot, przykleja Wam się do pleców, a przepocona (to ważne zimą) wychładza organizm, to jakaś masakra! Dlaczego ludzie to sobie robią? Ja nawet rowerem dojeżdżam do pracy w takiej koszulce- tu akurat mi się udało, bo wygrałam ją w jakimś konkursie radiowym, ale komfort jest nieporównywalny!
W ogóle to nigdy nie myślałam, że to powiem, ale najlepiej się biega w temperaturze +5, maksymalnie 10 stopni- tak akurat
na krótki rękawek i spodnie 3/4. Jak było -3 do -5, to też ok, bez rękawiczek już, bo... za gorąco.
Za 2 tygodnie będę odpoczywać po kolejnym półmaratonie- wciąż trudno mi w to uwierzyć... Tym razem muszę się porządnie rozciągnąć, bo w poniedziałek zamierzam zjawić się w pracy ;)


Bajka znalazła sobie kolegę (zdjęcie kota tej rasy znalazłam TU). Ale jest socjopatą, tzn Bajka, a nie ten kolega. Od początku. Sąsiedzi mają pięknego brytyjczyka, a ten zauważył, że mamy piękną europejkę i wczoraj nas odwiedził (balkony w naszym bloku umożliwiają takie przejścia, mimo 8. piętra jest to całkowicie bezpieczne, również dla ludzi). Bajka była wtedy w mieszkaniu, ale przez szybę go dostrzegła. Michał usłyszał syk i warczenie, spojrzał i nie chciał wierzyć w to, co widzi. Otóż nasza drobna (!) Bajeczka zwiększyła się dwukrotnie, tak się najeżyła i wydawała z siebie niepokojące dźwięki. Chciała wystraszyć intruza, który wszedł na jej terytorium. A tak naprawdę sama się bardzo zestresowała, bo nie miała wcześniej do czynienia z innymi kotami. Tak się wystraszyła, że zasikała nam łóżko, co zostało jej, ze względu na okoliczności, szybko wybaczone (skrucha była naprawdę zauważalna ;)) Przez cały okres wieczoro-nocy sytuacja się powtarzał: kot sąsiadów przychodził pod nasze okno i zagadywał grzecznie, a Bajka robiła niedźwiedzia. Nie wiemy, co teraz- sąsiedzi nie trzymają go na smyczy, bo twierdzą, że nie wyskoczy (co za brak wyobraźni...), więc przyłazi do nas, a Bajka połowę dnia spędza na balkonie. My się boimy, że ona mu coś zrobi po prostu... (niczego więcej się nie obawiamy, jest wysterylizowana). Zobaczymy. Tym sposobem zasnęłam o 2. Bo kocur wciąż ją wołał, a ona głupia szalała. Myślicie, że się zaprzyjaźnią?


W międzyczasie w niedzielę pojechałam, by zdać warunek z filozofii kultury. Pierwszy raz w życiu umiałam tyle, że...zabrakło mi kartek! Nie miałam szans prosić o więcej- skutecznie uciszył mnie wykładowca ;( Jak tylko dostałam pytania, już wiedziałam, że mam za mało papieru, dlatego pisałam "kratka w kratkę", napisałam 2,5 na 3, bo więcej się nie zmieściło. Bardzo możliwe było, że mnie gość obleje, bo nie lubi, jak ktoś pisze drobno i w ten sposób, no ale co miałam zrobić? Stwierdziłam, że nawet, jak mnie obleje, to trudno, wniosek o poprawę warunku i tylko całość sobie powtórzę, a tym razem wezmę cały zeszyt, by kartek nie zabrakło... Cóż, dostałam 4 ;>

30stopni dzisiaj, ale cudnie, nie? ;>
 A teraz idę spać, by mieć siły na włoski jutro i żeby później jeszcze wpaść do mamy do szpitala- trzymajcie kciuki za udaną operację.

czwartek, 26 maja 2011

Asparagi!

No dobrze, szparagi są krótko, w zeszłym roku przegapiłam, w tym postanowiłam je ugryźć. A jak się wydaje, że się czegoś nie lubi, bo się nie jadło od dzieciństwa, to najlepiej ugryźć zupą, jakkolwiek to brzmi- wszyscy wiedzą, o co chodzi. Przepis wzięłam od Elajzy. Zaznaczam, że białych nigdy nie lubiłam, zielone- i owszem. Wiecie, z zupami jest tak, że zawsze można ja tak doprawić, by była dobra ;) a jak się okaże, że nie da się zjeść, można dorzucić włoszczyznę, albo kilka ziemniaków czy por i smak się zmienia na zjadliwy ;) Zupa zrobiona, zjemy jutro ;>


Dziś po krótkiej drzemce miałam bieg, do tego duuużo ćwiczeń PO, ale najważniejsze! 2 z 3 sióstr Michała zaczęły biegać! Kibicujemy, kibicujemy! Początki są straszne, aż za dobrze je pamiętamy (chociaż ja wciąż uważam, że jestem na samym początku....), ale mam nadzieję, że dziewczyny się nie zniechęcą i kiedyś spotkamy się razem na jakimś starcie ;> Ania i Doris powinny dać radę (aż się zmobilizowałam dzisiaj do szybszego biegu, skoro konkurencja- prawie w rodzinie- mi rośnie!). Dzisiaj zakończyłam marszobiegi, już miałam normalny, ciągły bieg, tempo 6:39 minuty na kilometr.


Nieprzyzwoicie Tani Czwartek dzisiaj odpadł- zobaczyłabym chętnie Allena (akurat grają "Poznasz przystojnego bruneta"), ale szkoda, że o 17 jest seans- wtedy dopiero wychodzę z pracy.
A z tematu kinowego jeszcze... Kino Apollo wprowadziło nas w błąd. Na stronie napisali, że wszystkie seanse tego dnia
będą za 6zł, dzisiaj dzwoniłam i okazało się, że 1. dotyczy to tylko 2 ostatnich filmów, 2. będą to "hiciory", jak się wyraziła pani, np w najbliższy poniedziałek "Rejs" oraz "Pulp fiction". Podejrzewam, że utrzymają ten trend i w każdy poniedziałek będą grać wszystkie znane nam doskonale filmy, które widzieliśmy po 10 razy (no dobra, "Pulp fiction" widziałam może z 6 razy). Liczyliśmy mimo wszystko na trochę nowsze kino. No ale nie wybrzydzajmy, zobaczymy, jak będzie. Z drugiej strony fajnie iść dużą grupą na Tarantino i mówić jednocześnie z aktorami, hehe. Za 6zł, no w sumie... ;) Chociaż mogli to zorganizować podobnie, jak Muza.
A za tydzień w Muzie Afrykamera, jak co roku o tej porze. Tak się zastanawiam właśnie nad chociaż jednym filmem z
Czarnego Lądu. Może jednak coś wybierzemy? Newsletterowicze mają bilety za 12zł, pamiętajcie.
Mam nadzieję, że nie zamkną nam Muzy na całe wakacje, jak mają to w zwyczaju co roku....

Miłego!

środa, 25 maja 2011

Imieninowo



W poniedziałek kupiłam pierwsze truskawki w tym roku, ponieważ cena stała się jednocyfrowa, w końcu! 9zł za kilogram. Pani powiedziała, że tak będzie w tym tygodniu, a później "idziemy ostro w dół", no oby! Tymczasem już dzisiaj zeszło na 8zł ;> Jak co roku jednak najbardziej czekam na czereśnie, za które, jak co roku, jestem w stanie się oddać. No ale muszę powiedzieć, że truskawki smakują już jak truskawki, słodkie, choć do tych naprawdę i w 100% słodkich brakuje pewnie około tygodnia- może dwóch, o ile pogoda się utrzyma.

Mra, zupełnie nieświadomie, zrobiła mi ogromny prezent imieninowy, odwiedzając nas wczoraj. Przyniosła nasze ulubione wino (ale tak dobrego Montepulciano dawno nie piliśmy! zdjęcie mówi wszystko- wypiliśmy we dwoje całą butelkę, Mra nie skosztowała ;>) i pyszne lody (kto ma wiedzieć, ten wie, że majka lody uwielbia!). Zrobiłam pasta putanesca, czyli makaron z anchois, który doprawiliśmy kaparami. No i muffiny czekoladowe, które się nie dopiekły, chociaż trzymałam dłużej, niż powinnam. Naprawdę nie wiem, jak można zepsuć muffiny ;/ ale zjedli, bez marudzenia ;) Tak się najedliśmy i zagadaliśmy, że zdjęć nie robiliśmy!

Mra to jeden ze skarbów, który nam uciekł do Anglii. Pewnie kiedyś wróci ze swoim spragnionym wciąż wiedzy mężem
naukowcem. Mamy przynajmniej nadzieję, że wrócą, tylko... gdzie my wtedy będziemy?
W każdym razie cieszymy się, że w końcu nas odwiedziła, a nawet poznała Bajkę ;> no i trzymamy kciuki- za wszystko ;) chcemy tylko zdementować plotki, jakoby nasz kot miał ADHD...


A dzisiaj po włoskim wpadłam odwiedzić nasz kinowo-głośny fyrtel, zagłębie origamisty i księgarzy, czyli Dejfa i Saja. Na
herbatę. A dostałam ciastka, ciastka-kamienie (ugryźć można tylko po umoczeniu w czymkolwiek), zupę, duże ilości magicznej herbaty Saja i kawę. Wracałam do domu z pełnym brzuchem. Misza wziął urlop i składał dalej pracę, więc uznałam, że nie muszę być wieczorem w domu, hehe ;)

Oj! Dzieje się filmowo w Poznaniu. Wiecie, że w czwartki bilety w Kinie Muza kosztują 5zł. Co jakiś czas wspominam też o poniedziałkowej promocji w Kinie Apollo- tego dnia na 2 ostatnie seanse bilet kosztuje 18zł i jest on przeznaczony dla 2 osób. Chyba jednak zrozumieli, że przy tym, co robi Muza, to za mało. Od najbliższego poniedziałku, tb 30.05. wejście na wszystkie filmy tego dnia kosztuje 6zł! To oznacza, przy dobrym repertuarze, wyjście do kina 2 razy w tygodniu i koszt całości 11zł/osoba w tygodniu. Cudo! ;)

Uwierzycie, że kończę III rok nauki włoskiego? Pamiętacie te początki? O dio. A pamiętacie imprezę z zeszłego roku? Niestety w tym roku mnie ominie. ;( Świętują 11.06. a dzień później będę biegła w półmaratonie w Grodzisku, więc jakiekolwiek wyjście i gdziekolwiek odpada. Całą sobotę będziemy jeść makaron i nawadniać organizm litrami wody. Ech.
Dzisiaj o wszystkim króciutko. Powoli spać- muszę się wyspać, bo zostały mi 2 dni nauki na filozofię. W sobotę chcę tylko powtarzać. 

Mra, dziękuję jeszcze raz ;*


niedziela, 22 maja 2011

Leniwie

We wtorek byliśmy wycieczką na Banksym. Dobry dokument, polecamy. Oczywiście można się jedynie domyślać, czy to był film o Banksym, czy o jego znajomym, czy może kto jest postacią fikcyjną w tej opowieści- jak to u Banksyego, wszystko ma podwójne dno. Bilety za 5zł, pełna sala- jak łatwo można zachęcić ludzi, by chodzili do kina ;) Wyjątkowo we wtorek było tak tanio, bo to w ramach festiwalu z muralami w tle. 
Michał składa już pracę dyplomową, a Majka uczy się do warunku z filozofii kultury (29.05.!)- zbliżam się już do połowy materiału, więc jest lepiej, niż kiedykolwiek, bo zazwyczaj wszystko zostawiałam na "3 dni przed'.

W międzyczasie przeczytałam kolejną książkę po włosku ("Novecento"), króciutką, 60stron, a teraz wzięłam już taką ponad 200 stronicową Susanny Tamaro. Jest dobrze, wkręciłam się, muszę powiedzieć.

Wtorek biegowo- jeszcze lepiej, niż w niedzielę. Ten sam dystans 4,6km w 31:05minuty, co daje tempo 6:41 min na kilometr!
Sobota biegowo- po raz ostatni biegłam dystans poniżej 5km z marszem. Przysięgam. Było strasznie, bo postanowiłam pobiec rano (popołudniem było wesele kuzynki), przed kawą, na kawałku chleba z dżemem. Nie da się, słuchajcie, nie da się, mięśnie śpią, zero współpracy z głową, nie wiem, jak ludzie biegają przed pracą, a do soboty byłam pewna, że to mnie czeka, bo już jest okropnie gorąco, nawet wieczorami. Nie wiem, co teraz.

Martwiłam się, że biegam, biegam i nie mogę nic nabiegać, a Michał przeanalizował mojego runloga i pokazał mi postępy:
marzec- średnie tempo 8 min/km
kwiecień- średnie tempo 7:30 min/km
maj- średnie tempo: 7 min/km

To nie z kosmosu wzięte przez mnie liczby, a wyliczone statystki run loga!
Z bieganiem tak jest, że nie widać postępów po tygodniu, ale np po miesiącu, no i co widzicie, są małe. Jestem z natury bardzo niecierpliwa, więc było ciężko znieść długotrwałą pracę i niewielkie postępy. Ale trochę pokory już nabrałam, a  obiecuję więcej ;)

Tymczasem za 3 tygodnie półmaraton w Grodzisku...

Dzień minął nam na regeneracji organizmu i uzupełnianiu braków snu, poza tym trochę nauki, siesta (nie tylko Kydryńskiego), słońce, a teraz czas na książkę i nyny. Miłego tygodnia!

wtorek, 17 maja 2011

Cholerne makarony

 
Przerzucając kanały w tv jakieś 2 miesiące temu, trafiliśmy któregoś dnia na Polsat i program "must be the music", na moment się zatrzymaliśmy. Wyszło na scenę to dziewczę i patrzcie, co narobiło TU. Polska Florence and the Machine! W końcu ktoś robi u nas taką muzykę! Oczywiście poprawkę należy wziąć na to, że dziewczyna wychowała się w Berlinie- to widać i słychać, u nas żadna szkoła, żadne towarzystwo by jej tego nie dało. Skończyła jakaś filmówkę w Berlinie, ale postanowiła jednak grać i śpiewać. Wszystko sama komponuje i nagrywa. Livki w niedzielę grała w Minodze, nie opuściliśmy tego wydarzenia. W jakimś wywiadzie czytałam, że szuka dziewczyn do swojego zespołu i życzę jej tego, bo wtedy pójdzie do przodu- no właśnie. Koncert trochę rozczarował. Oczywiście, że jest bardzo zdolna, ma dobry głos, jest zwierzakiem scenicznym, pióropusze na głowie i dupci, makijaż właściwy jej szalonej naturze, ale jednak każdy utwór był w tym samym rytmie, aranżacje byłyby bogatsze, gdyby więcej osób nad tym pracowało. Naprawdę jej tego życzę- przede wszystkim mam nadzieję, że nasz żałosny (nie tylko muzycznie) kraj jej nie zepsuje, nie zapomni. Nie powinno tak być, skoro Rojek już ją zaprosił na tegoroczny Off Festival- w przyszłym roku na 100% zaproszą ją na Open'era, ale nie wiem, czy Polska jest na nią gotowa. Czy jak zwykle tego nie popsują.
W sobotę oblewaliśmy urodziny Agaty- w skromnym, starym gronie. To było nasze ostatnie takie spotkanie na długo- teoretycznie skończyliśmy studia. Praktycznie: przede mną masa poprawek. Zabrakło w sobotę tylko tych, którzy wychowują dzieci ;)

Oj, jak się nie chciało w niedzielę wyjść na bieg... Mięśnie bolały, zgaga męczyła. Okropności. Ale wlewałam w siebie cały dzień wodę, by jakoś stawić temu czoła.
W najbliższą sobotę wybieramy się na ślub i wesele mojej najbliższej kuzynki. Ponieważ nie będzie tam nikogo z wesela
wrześniowego mojej kuzynki, mam ułatwione zadanie i sukienkę już mam ;) Niestety ostatniej zimy dość poważnie się zaokrągliłam, więc postanowiłam sprawdzić, czy nie będzie tragedii- zachęcona tym, że ostatnio schudłam 3kg, zupełnie nieświadomie. Cóż. przeszła przez głowę i utknęła. Wycofałam się, myśląc, że pewnie nie odpięłam zamka, bo coś takiego w życiu mi się nie zdarzyło. Zamek do końca rozpięty. Wdech, spacer po mieszkaniu na ukojenie nerwów i drugie podejście. To samo.
Słuchajcie, to jakaś katastrofa! Ok, to rozmiar "S", no ale nawet! Na szczęście znalazłam inną, jasną sukienkę. Nawet nie wyglądam w niej jak beza. Ale nie macie pojęcia, jak szybko się przebrałam w ciuchy biegowe. 4,6km w 31:25 min. Nigdy w życiu tak jeszcze nie biegłam, tempo 6:45 na kilometr, a przecież co 4 minuty miałam 1 minutę marszu! Rozciągając się, robiłam już sałatkę na dziś do pracy. Niniejszym rozpoczynam coroczną AKCJĘ BIKINI, która ma na celu zrzucenie kilku kilogramów, nie wolno się jednak głodzić, więc muszę zmienić nawyki żywieniowe, których nabrałam zimą. Oczywiście, że makarony to podstawa w diecie biegacza, ale może jednak nie musimy jeść ich 3 razy w tygodniu....? Magiczna szafka (czekoladki, ciasteczka, inne zapychacze) została zlikwidowana.
Boże, jak ja się zapuściłam. Dramat.
Tak, wiem, niektórzy mają gorzej. Ale ja tak jeszcze po prostu nie miałam. 

wtorek, 10 maja 2011

Polska Biega

Już w najbliższy weekend będziemy biegać, w całej Polsce w ramach akcji POLSKA BIEGA. Chciałabym wziąć udział w takim biegu na 3-5 km najchętniej, by podarować sobie marsz... Zarejestrowanych biegów jest już ponad 500, ale w Poznaniu średnio z wyborem, bo tylko 2. Czy może wielu ludzi zarejestruje się dopiero na ostatnią chwilę? Gdybym wiedziała, że tak będzie, to naprawdę sama bym to zorganizowała ;)
Dzisiaj pierwszy z obiecanych sobie treningów 4min biegu+ 1 min marszu przez 30 minut. 4,6km i najlepszy z czasów: 34min 05sek. Czuję, że w tym tygodniu tę trasę przebiegnę poniżej 33 minut ;) Czułam się świetnie, choć nie było cały czas bardzo łatwo. Myślę, że półmaraton w Grodzisku przebiegnę rytmem 5min biegu+1 min marszu. I tak powinnam się zmieścić w 2h 30min, uwzględniając nawet siku po drodze.

O tak wielu rzeczach powinnam była napisać w poprzednim poście, ale wciąż mieliśmy gościa i nie pozwalał mi się skupić ;) A chciałam serdecznie podziękować Elizie (jej blog) za książkę z włoskimi przepisami! Tego nigdy za wiele ;> Musicie wiedzieć, że nasza koleżanka, którą poznaliśmy dzięki Tomaszowi, jest z Łodzi. Tak, tego smutnego, brudnego, szarego miasta, w którym studiował Michał. Eliza tak bardzo nie pasuje do Łodzi.... Jest przeurocza, ciepła, radosna, przyciągająca ludzi nie tylko swoim śmiechem, kocha koty i dobre jedzenie... absolutnie skradła moje serce! A poza tym smakowało jej wszystko, co przygotowałam- od nieudanego ciasta rabarbarowego, po jajecznicę z awokado, zupę pomidorową i risotto z kurczakiem, groszkiem i dużą ilością curry oraz kurkumy ;) Spotkamy się z nią pewno w ciągu 4 tyg, kiedy pojedziemy z Michałem na obronę jego pracy (już, już, już ją składa w tym tygodniu, cokolwiek to znaczy), więc nocleg mamy załatwiony (jak niewiele trzeba...wystarczy nakarmić gościa, a ten obiecuje Ci dożywotnią metę u niego. Do tego warto trochę poutyskiwać na miasto, z którego pochodzi, wtedy od razu zaproponuje, że "pokażę ci miasto od strony, jakiej nie znasz, na pewno ci się spodoba!") ;)). Jest pięknie, wiosennie, ale ja już tęsknię za leniwym przedpołudniem z Elizą. Wstaliśmy w niedzielę o 9 i do 14:30 bez przerwy rozprawialiśmy o książkach i muzyce. (Tylko do 14:30, bo musiała uciekać na pociąg.)

Wklejam zdjęcie od Elizy właśnie, kiedy zamówiliśmy pizzę i piliśmy wino, opalając się na balkonie. 
Miłego!

niedziela, 8 maja 2011

2h 29min 59 sek

Damy radę? Mały z Corvusem będą pacemakerami swojej znajomej i zapytali, czy chcę się przyłączyć. Ona biegnie po czas 2h 30min. Pewnie, że chcę!- właśnie taki czas założyłam miesiąc temu, tylko czy jestem w stanie? Zostało 5 tygodni. Zrobię wszystko, bym była w stanie w takim razie. Ale największym marzeniem dla mnie będzie cały półmaraton przejść, tylko nie wiem, czy jestem już na to gotowa. Powiem za 4 tygodnie, bo wtedy będziemy wszystko wiedzieć...Tzn teraz na pewno nie jestem jeszcze gotowa, ale trzeba po prostu nad sobą popracować... Postanowiłam poświęcić jeden tydzień treningu na dopracowanie mojego biegania. Mam dość marszu! Wiem, że to wszystko siedzi w głowie, ale nie potrafię tego zwalczyć.. Wracam do ostatniego tygodnia Pumy, czyli wtorek, czwartek i sobota zrobię treningi 30minutowe w trybie 4min biegu+1min marszu, a w niedzielę choćbym padła, to przebiegnę całą Maltę bez marszu! Dopiero później ruszę z miejsca. Inaczej nie da rady.

A Michał w Grodzisku chce złamać 1h 50 min ;) To nasze drugie starty, więc teraz biegniemy już po życiówki! ;> Nasze numerki startowe to 956 i 965 ;)

Zaczęłam czytać Skarżyńskiego. Cóż, okazuje się, że najzdrowszy mężczyzna to taki, który w ciągu roku biegnie 2 maratony. No ciekawe. Michał ma ku temu pełne predyspozycje ;)

 Ale wiadomością dnia jest to, że Maria Pańczak jest na liście! Pamiętacie? Pisałam TU. To oznacza, że jeśli nic mi się nie stanie (udar, kontuzja, cokolwiek innego), nie powinnam być ostatnia ;)

Weekend za nami taki, że wciąż ciężko mi cokolwiek napisać. W piątek na chwilę zajrzeliśmy na Festiwal Poznań Wzywa, gdzie spotkaliśmy m.in Elizę z Łodzi. (Cud dziewczyna!) Wypiliśmy piwko i od razu stwierdziliśmy, że to nie jest ok, jeśli miałaby wrócić nazajutrz do domu, zaoferowałam więc nocleg, pamiętając o Saju... No właśnie. W sobotę przyjechał do nas Sajo z zamiarem poszukiwania mieszkania i pracy i to pierwsze od razu znalazł, więc jutro się przeprowadza. Wszystko zostaje w rodzinie, bo zamieszka z naszymi znajomymi ;) No więc przyjechał Sajo, za nim Eliza z Łodzi, Dejf, Boski z Gdańska, a po nich dobił Tomasz, a nawet Agata i Agnieszka, do której później dołączyć Gabor. Zjedliśmy pizzę, piliśmy wino- a wszystko to na naszym balkonie, więc słońce zrobiło swoje ;) Od czasu parapetówki nie było u nas jednocześnie tylu ludzi- ale było tak pozytywnie, jak właśnie wtedy! Jedliśmy ciasto z rabarbarem, które mi nie wyszło, ale wszyscy byli mili i mówili, że jest ok ;) Piliśmy wino i śmialiśmy się nie wiem, z czego nawet, ale... uwielbiam tych ludzi! A w międzyczasie Sajo robił origami- dostałam pięknego pasikonika, którego razem z żyrafą możecie zobaczyć ;)
Anyway, dziękuję wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do tego, że od piątku było tak miło ;))


wtorek, 3 maja 2011

Samotność długodystansowca and so on...

"Ostanie tango w Paryżu" Bertolucciego. Cóż, mocne. Tak wyszło, że wcześniej tego nie widziałam, choć lubię tego reżysera. Opisywany jest jako film erotyczny. Myślę, że trochę w tym przesady. Jest kilka scen, ale nie uderza w nich erotyzm. Sami zrozumiecie, jak obejrzycie. Uwaga, to nie jest lekki film na piątek. I nie dla dzieci ;> Tyle się już o nim pisało, że wspomnę jedynie o absolutnie powalającym Marlonie Brando. Fantastyczny aktor, zadziwia w każdej swojej roli.
Wczoraj za to obejrzeliśmy, trochę z sentymentu, "Rydwany ognia". Pamiętacie? To z tego filmu jest słynny motyw z muzyką Vangelisa (finiszujący biegacze in the slow motion). Jako ludzie dorośli odebraliśmy go inaczej, niż oglądając go kilkanaście lat temu.
A dziś...aby pozostać w temacie, to włączyliśmy sobie świetny film z 1962 roku "Samotność długodystansowca". To się nazywa walka z urzędasami i jakimkolwiek podporządkowywaniem. Dramat, ale jaki! Dla mnie główny bohater to zwycięzca, ale jednocześnie wybrał takie życie, że nigdy nie przestanie uciekać. Nigdy nie przestanie biec.

Skoro już wspomniałam... Wczoraj 10km, czas: 71 minut (Wcześniej 75), jest postęp. Niewielki, ale jest. Przede wszystkim postanowiłam walczyć ze swoją słabością polegającą na odpuszczaniu. Tak. Gdy się już naprawdę zmęczę, jestem spocona, sapię jak lokomotywa, mówię sobie "Nie, no, muszę przejść do marszu, nie dam rady". Zaczęłam z tym walczyć. Otóż, okazało się, że spocona i sapiąca, mogę biec dalej. Do cholery, mam za sobą półmaraton, a wymiękam na 10 km?! Za chwilę wracam do ćwiczeń.

Następny trening dopiero w czwartek, później weekend w szkole- egzaminy, no i akcja szukania Sajowi domu. O, właśnie. Poszukiwane: (od zaraz) miejsce w pokoju, do 400zł z opłatami. Nie pali, jest spokojny, sprząta po sobie i go lubimy, co powinno być wystarczającą rekomendacją ;)

W czwartek idziemy na koncert Translinera. Wstęp 3 zł. Podobno warto ;)

We Wrocławiu i Warszawie dzisiaj spadł śnieg. W Poznaniu nie było takiego dramatu, ale z domu ruszaliśmy się na bieg lub rower jedynie. Dużo czytaliśmy, trochę oglądaliśmy. Dzisiaj jeszcze mnie czekają ćwiczenia wzmacniające. 

Poza tym skończyłam opowiadania Capote. Wiecie, za co najbardziej uwielbiam tego porąbańca? Każde zdanie w każdym opowiadaniu i powieści, które popełnił, jest idealne. Jest dokładnie takie, jakie miało być, nie zmieniłabym tam przecinka, jednej literki. Poza tym czytając go, jesteśmy w tym czasie, który opisuje. Niezwykle plastyczne wszystko. Truman pisał idealnie. Szkoda, że się zachlał i zaćpał tak szybko. Szkoda, że nie zdążył się pogodzić z Harper Lee. Ale właściwie to przeczytałam wszystko, co zostało wydane w Polsce dotychczas. Tak, chyba wszystko. Uwielbiam go. Jeśli nie widzieliście, to polecam "Capote", ale najpierw poczytajcie trochę opowiadań i koniecznie "Z zimną krwią".

Tak... PJ Harvey sączy się z głośników, a Michał właśnie przyszedł z żubrówką.. No dobrze, uciekam, miłego! Nie zapomnijcie, że jutro idziemy do pracy! ;)