poniedziałek, 28 listopada 2011

Sport to zdrowie

Poniedziałek- znowu miałam urlop (muszę wykorzystać pozostałe dni urlopowe...), więc oprócz pisania pracy magisterskiej i szukania ofert pracy, wyszłam, po kolejnej kilkudniowej przerwie, na trening. Niestety tym razem dokuczała tylko jedna noga, lewa. Kość piszczelowa- ktoś się zamieni? Bo mam jej już dość. Połowę 5km przemaszerowałam, walcząc z bólem. Robię więc dalej wspięcia i ćwiczenia na mięśnie piszczelowe, brzuszki, kledzikowe i inne ćwiczenia ogólnorozwojowe, by nie zardzewieć. I szlag mnie trafia, wiecie? Już smutek i bezsilność przerodziły się na powrót w złość.

Środa- pełna nadziei wyszłam na bieg i znowu dostałam w twarz, ostro. Bardzo silny ból piszczeli uniemożliwił mi bieg. Wróciłam rzucając mięsem na biednego Michała. Jak już się uspokoiłam, doszliśmy do wniosku, że ból może być spowodowany niewłaściwą techniką biegu. Gorzej, że chyba na jakiś czas załatwiłam sobie nogi, bo bolą codziennie, przy chodzeniu, a o biegu nie wspominam. Sport to zdrowie, yeah, right.

Sobota- prawie 7km, połowa marszem. Przebiec mogę najwyżej 200-300 metrów. Piszczele bolą, potwornie, mimo długiej rozgrzewki. Wojtek Staszewski podpowiedział kilka innych ćwiczeń na wzmocnienie mięśni piszczelowych, a ja jak już przestałam krzyczeć na drzewa, stwierdziłam, że stres powoduje tylko większe spięcie mięśni, więc muszę się uspokoić i pomyśleć, co dalej. I pomyślałam- na razie nie ma mowy o maratonie, bo nawet nie mogę biegać, więc cele należy trochę przekwalifikować na półmaraton 1.04.2012 w Poznaniu poniżej 2h. I na razie tyle.
Grudzień poświęcam na marszobiegi, które mam nadzieję wzmocnią mnie na tyle, że od stycznia (może wcześniej?) będę mogła biegać. Także na razie planuję 3-4 treningi w tygodniu, ale z założeniem 50:50 marsz i bieg, z czego zaczynam marszem kilkuminutowym, koniecznie. Jeden trening w tygodniu 1-1,5h, a reszta po ok 40 minut. Do tego jak zawsze rozciąganie, ćwiczenia kledzikowe i na piszczele, no i brzuszki- od dziś po 20 już. Są efekty, jest coraz łatwiej, więc mogę zwiększać (najpierw było po 10, dalej 2 tygodnie po 15, aż doszłam do 20 ;)) ilość. Wiem, że to wciąż mało, ale nie przeskoczę od razu do III stopnia, prawda? Powoli, systematycznie i będzie dobrze. Wierzę w to, muszę.

Dziś urlop znowu, więc dopijam kawę i jadę zostawić CV w kilku miejscach. Miłego dnia!


Parola del giorno: essere un mulo- być upartym jak osioł, przykład:

Walter è testardo come un mulo! Non capisce mai quando è il momento di lasciar perdere e andare avanti!



sobota, 26 listopada 2011

Pronomi, ti piacciono?

 We wtorek, na włoskim, część lekcji zajęła nam projekcja filmu dokumentalnego Mauro Cateriny (mój poprzedni nauczyciel, człowiek- orkiestra, zajmuje się wieloma rzeczami, ale przede wszystkim jest dziennikarzem Il Manifesto i nauczycielem w Dante Alighieri) dotycząca imigrantów z Nigerii. W poszukiwaniu lepszego życia trafili do Libii, gdzie w tym roku była rewolucja, jak wiemy. Barką przypłynęli na włoską wyspę Lampedusę. Im się udało, co z tysiącami innych- wiemy, że nie dopłynęli, że z 5 łodzi często dopływała 1, czasem 2. Nie będę się rozpisywała, bo każdy pewnie śledził temat w okresie wakacyjnym i wszyscy wiemy, o co chodzi.
Rozmawiałyśmy z Anią i problemach w Afryce, o tym dramacie, jakim jest ucieczka z własnego kraju z niczym więcej oprócz tego, co wzięliśmy w rękę; o problemach z odnalezieniem się w innym kraju. Bardzo ciekawa lekcja, a dokument Mauro, mam nadzieję, obejrzy więcej ludzi.
Za to w czwartek Ania dała nam nieźle popalić. Pronomi. No, non mi piacciono. Nie 1/3 zajęć, ani nawet połowę, ale przez całą - przez 1,5h wałkowałyśmy wszystkie pronomi. Aż mnie głowa na nowo rozbolała. No właśnie- boli mnie już drugi tydzień, czasem z przerwą dwudniową. Boję się, że to zatoki, bo dodatkowo mam katar. W ten poniedziałek już chyba się wybiorę do lekarza, jeśli żadna poprawa nie nastąpi. W każdym razie nasza kochana l'insegnanta w tym roku się bardzo rozkręciła ze swoim bacikiem gramatycznym. I dobrze- nie wiem, jaką będę miała pracę od stycznia, więc nie wiem też, czy będę mogła brać udział w lekcjach. Korzystam póki mogę, bo bardzo mi jest potrzebny włoski.

Ela wysłała mi link do aktualnych zdjęć z Cinque Terre (sprzed kilku dni). wygląda to lepiej, bo zaczęli już sprzątać i woda opadła, co najważniejsze. Ale wciąż przeraża. Widzicie jakie brudne morze? ;( Zastanawiamy się, czy cały rezerwat będzie możliwy do zwiedzania- nie wiemy, co i jak dużo się obsunęło i tak naprawdę jaka jest skala zniszczeń. A od siebie wrzucam zdjęcie z 5Terre, z naszych niezapomnianych wakacji w 2009 roku.

W poprzednim tygodniu głośno było znowu o firmie Benetton (artykuł), które po raz kolejny zaszokowała, chcąc jedynie zwrócić uwagę na ważny temat. Filmik z reklamą dotyczącą kampanii UNHATE. Oj tam, bo papież w photoshopie się całuje z imamem, to od razu krzyk... ;)

Dzięki Metropolitano trafiłam na cudowną stronę, m.in z bajkami! Wystarczy kliknąć ASCOLTA. Nawet MOBY DICK, madonna! LINK. Koleżanka to dla mnie w ogóle jest kopalnią linków do zapisania, więc bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy ;)


Parola del giorno: a stelle strisce- amerykański/e, przykład: 

C’è un timore che l’evoluzione del quadro finanziario europeo possa investire anche il sistema bancario a stelle e strisce.





poniedziałek, 21 listopada 2011

Zwrócona w stronę Molino

Nadrabiam zaległości. Cóż, mieliśmy ostatnio niefart filmowy. W czwartek wybraliśmy się do Muzy na "Flamenco, flamenco" Carlosa Saury i okazało się, że to pierwszy film w Muzie, podczas którego wychodzimy- w połowie. Nie sprawdziłam- przyznaję, ale... Ok, nigdy nie należałam do fanów flamenco- ani suknie, ani ten mocny makijaż, nigdy mnie nie przekonywały, choć samą umiejętność stepowania cenię bardzo wysoko. Nie wiedziałam niestety, że flamenco to też potworny, rozdzierający głowę jęk, bo śpiewem nie można tego nazwać. Teksty to okropność ("Cyganko, wypierz moją apaszkę"...), ale tu trzeba zaznaczyć, że nie znamy kontekstu kulturowego, a jednak na południu przywiązanie do ziemi jest większe, niż u nas (teksty w większości opiewały piękno Matki ziemi). Byłam przekonana, że to będzie dokument, ktoś coś opowie, a ja dowiem się ciekawych rzeczy dotyczących flamenco, historii i może właśnie coś o tym kontekście? Film Saury to połączenie kilkunastu występów wykonawców flamenco. Zero słowa, zero opowieści. Uciekliśmy z kina, za nami wyszli zresztą kolejni. Szkoda czasu.
Kolejnego dnia mieliśmy chęć na coś amerykańskiego, z dobrą obsadą. Wybór padł na "Stay", kiedy główny bohater, o skłonnościach samobójczych, zaczął przepowiadać przyszłość, wyłączyliśmy i wróciliśmy potulnie do "Dextera" na kolejne 2 odcinki. Nie znoszę Ryana Gossliga, naprawdę. W "Wysokich obcasach" przeczytałam, że teraz "każda kobieta chce być z Gossligiem, a każdy mężczyzna chce być Gossligiem". Nawet w WO zdarzają się takie bzdury, cóż... Już nie chciałam mu poświęcać więcej z mojego cennego czasu, ale pewnie to gwiazda "Zmierzchu" czy innych papek, ech.

Po Grand Prix nie mogło być inaczej- w końcu nadrobiliśmy "Gladiatora". Oczywiście, że bajeczka amerykańska, że ma wyciskać łzy i w ogóle. U nas nie wycisnął, ale świetnie zrobiony film, można podejrzeć Rzym, a na kiepski scenariusz przymknąć oko. Trochę za długi (prawie 3h), ale mimo wszystko polecam. Amerykanie potrafią, Ridley Scott szczególnie, mam do niego słabość. Właśnie! Na próżno szukać tam Włochów, rzecz jasna... ;)
Gdzieś po drodze obejrzeliśmy też, wielokrotnie polecany film Wesa Andersona "Pociąg do Darjeeling". Sam film nie był tak polecany, jak reżyser, którego J. bardzo lubi. Nie zachwycił, na co liczył nasz towarzysz popołudniowy (częsty ostatnio), ale wszystko w filmie zepsuł Clive Owen, którego oboje po prostu nie lubimy. Nic specjalnego nie można filmowi zarzucić, po prostu nie powalił. Do połowy trochę nudził, następnie dość niespodziewany dramat spowodował pewne ożywienie. Historia? Trzech braci, nie widziało się od dawna, spotyka się w pociągu. Podróżują po Indiach. Duży plus dla Adriana Brodyego. Za mało Murraya ;)

Kieślowski- wiecie, że od dawna miałam na niego ochotę. Postanowiliśmy zacząć od końca, czyli od "Trzech Kolorów". Po "Niebieskim" trudno będzie się któremukolwiek przebić. Dla mnie mistrzostwo: scenariusz, muzyka (Preisner to Preisner jednak), sam klimat, zbliżenia- tak charakterystyczne dla stanu duszy głównej bohaterki (koncentracja na pozornie nieistotnych rzeczach, mówi o tym sam reżyser w wywiadzie, dołączonym do filmy), sama Juliette Binoche, którą absolutnie uwielbiam od czasu "Nieznośnej lekkości bytu", aj! Przed nami dwa pozostałe kolory- dzisiaj w Kinie Apollo grają za 7zł "Czerwony", ale w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy- cały weekend pisałam pracę magisterską (no, wyobraźcie sobie!) i tak się na nowo wkręciłam, że postanowiłam nie przerywać tego ponownego odzyskania rytmu.

O bieganiu nie piszę- tym razem kontuzjowana lewa noga, znowu piszczele... Dzisiaj biegłam/maszerowałam 5km, a tak to sporo ćwiczę i płaczę w niemocy i tęsknocie za normalnymi treningami.

Jeszcze krótko o Mariannie Pilot. Znamy ja z bloga o tym, jak kupowała z mężem dom w Toskanii. Śledzę niemal od początku, trudno mi wskazać blog, który od tak dawna na bieżąco czytam, czasem komentuję. Sama autorka też zagląda do mnie, co uważam za niezwykłe wyróżnienie. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa- jej ojciec w tym roku został laureatem nagrody NIKE. Ale nie o tym miało być. W końcu, między przygotowywaniem orto i urządzaniem casa di contadine, Marianna wydała książkę. Przeczytałam jednym tchem, choć znam niemal wszystko, co tam zostało zawarte- to nic innego jak okrojony blog (mam wrażenie, że jednak kilku rzeczy nie czytałam wcześniej), ale... macie wrażenie, jakbyście naprawdę ją znali. Jakby te problemy były Wam znane (jasne, bo każdy z nas kupuje dom w Toskanii...) Jesteś taka bliska nam, kochającym Włochy, M., wiesz? ;) Cudownie się czyta, z prawdziwą przyjemnością sprezentuję Twoją książkę mojej mamie. Dziękuję Ci za te chwile przyjemności, których nam dostarczasz, pisząc o Molino!



Parola del giorno: arenato- zablokowany, zatrzymany (ang. stuck, stumped), przykład:

Stasera la professoressa di matematica ci ha dato degli esercizi molto difficili . Sono arenato! Non riesco a svolgerli!



środa, 16 listopada 2011

Cannelloni alla besciamela


To się załatwiłam tym biegiem w sobotę...a właściwie tym, że nie wzięłam cieplejszej kurtki na czas po biegu. W poniedziałek po pracy Michał zagonił mnie z HzDIMiC (Herbata z Dużą Ilością Miodu i Cytryny) do łóżka, w którym bardzo szybko zasnęłam. Wczoraj było już lepiej dzięki temu zabiegowi, ale niepotrzebnie wzięłam podwójnie gripex- tak mnie osłabił i otumanił, że ok 14 poczułam, jak mi się kręci w głowie i zasypiam- w pracy! Dobrze, że do śniadania zdążyłam zrobić gramatykę, bo na włoski już nie dojechałam. Wróciłam i po obiedzie oraz rozgrzewającej zupie padłam do łóżka.

Chciałam Wam tylko napisać o obiedzie sprzed kilku dni, póki pamiętam. W zeszłym tygodniu, korzystając z LIDLowej promocji na cannelloni, w końcu się zabrałam za to danie. Połączyłam 2 przepisy (tradycyjnie), więc poniżej przedstawiam, jak się zabrałam za obiad:

Canneloni alla besciamela (con spinaci)

9 rur cannelloni
500 gr szpinaku (użyłam świeżego)
200 g sera żółego
ser feta (pół kostki)
1 jajko
śmietana 18%
2 ząbki czosnku
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

beszamel: 
- 4 łyżki masła
- 4 łyżki mąki
- 400 ml mleka
- gałka muszkatołowa- sól
- pieprz

Szpinak blanszować (umyty wrzucić do wrzątku na 1-2 minuty), wrzucić na sitko i potraktować zimną wodą. Ponownie do garnka przełożyć i podusić na maśle kilka minut. Dodać sól, pieprz, gałkę muszkatołową, zmiażdżony czosnek, mieszać często. Dodać jajko wymieszane z 2 łyżkami śmietany, energicznie kręcić łyżką. Po kilku minutach, jak woda odparuje, dodać pokruszony ser feta, mieszać, niech się wszystko dusi kilka minut. Pozostawić do przestygnięcia.
Jak już nie będzie gorące, nabijać szpinakiem rury makaronowe.

Sos beszamelowy:

Masło rozpuszczamy w rondelku i dodajemy mąkę. Mieszamy całość dokładnie, aby się składniki połączyły.
Smażymy około minutę, a następnie powoli dodajemy zimne mleko cały czas mieszając.
Czekamy aż całość ponownie się zagotuje, cały czas mieszając. Gdy tak się stanie dodajemy połowę startego sera, sól, pieprz i odrobinę startej gałki muszkatołowej.
Znowu gotujemy do czasu, aż wszystkie składniki się połączą.

Trochę beszamelu na spód naczynia wlać, następnie ułożyć ściśle rury, zalać resztą sosu, posypać startym serem i oregano i do piekarnika na 30-40 minut w temp 180 st.
 Milion kalorii...ale są dni, gdy nie powinno się o to dbać, naprawdę. Zjadłam 4 rury i pękłam prawie z obżarstwa. A następnego dnia biegłam Grand Prix ;)
 
Politycznie będzie: nie sposób nie cieszyć się ze zmian we Włoszech, ale... Choć Silvio Berlusconi ustąpił, nie sądzę, by na zawsze, wszak ma dopiero 75 lat... Przeczytajcie.

Obejrzyjcie. 


Parola del giorno: raffreddare- przeziębić się

Sono raffreddata, perche ero stupida durante la gara sabato scorso.



sobota, 12 listopada 2011

III Grand Prix Poznania, bieg 1.

Było tak: jeszcze w środę ustaliliśmy, że pomimo opłaconego startu (10zł) i nadanego numeru startowego na cały sezon III Grand Prix Poznania (nr 525) nie wystartuję w sobotę 12.listopada, bo noga wciąż bolała. Ćwiczenia zwiększyłam- 2 razy dziennie, więcej i dłużej. Najbardziej chyba pomogła mimo wszystko zasada mrożenia po ćwiczeniach (zmrożony żel kompresyjny) 15 minut, następnie kąpiel i polewanie gorącą wodą nogi przez 2 minuty, po prysznicu znowu mrożenie 15 minut. Faktycznie to nie wiem, co pomogło, ale odkąd mroziłam w ten sposób, szybciej zaczęło się leczyć. I nagle w czwartek, robiąc masaż...niczego nie poczułam! Żadnego bólu! Podbiegłam po mieszkaniu- nic! Ze szczęścia oszalałam, odkurzyłam plan treningowy... Michał mnie szybko sprowadził do parteru, mówiąc, że po zaleczeniu kontuzji powinno się jeszcze 2-3 dni poczekać. No ale GP za pasem... Ustaliliśmy, ze dalej ćwiczę i mrożę, w piątek pobiegnę 3km i od tego uzależnię sobotni start. Pobiegłam te 3 km, nie wzięłam celowo zegarka, żeby się nie stresować. Pewna sztywność mięśni była (2 tygodnie bez biegania!), ale ogólnie na luzie. Nie bolało ani w trakcie ani po biegu! Więc stwierdziłam, ze dzisiaj pojadę, najwyżej będę zasilać tyły podczas biegu. Od razu ustaliliśmy, że biegnę bez zegarka, bo to mnie może tak spiąć, że zejdę z trasy, jak znam siebie. Sad but true, ale poddaję się wtedy, kiedy właśnie mam jeszcze szansę na walkę. 
Wstaliśmy dzisiaj o 7, po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Rusałki. Rozgrzewałam się, biegałam, robiłam dużo wspięć- raz po raz bolała noga. Było już tak, że się zatrzymałam i powiedziałam "Michał, wracajmy tramwajem do domu, to bez sensu". Ale pomyśleliśmy, że chociaż zobaczymy, jak zaplecze wygląda itd. Rozbiegałam ten ból, więc chyba był spowodowany stresem (Sztywność mam wtedy WSZYSTKIEGO). Grido z Agnieszką, Bas, Johnson z debiutująca żoną, oczywiście Michał- oni wszyscy mi bardzo pomogli, wysłuchując moich jęków i przytakując na moje "Najwyżej zejdę z trasy" ;). Nie tylko nie zeszłam, ale pobiegłam szybciej, niż chciałam. założyłam tempo treningowe, bo czego można oczekiwać po 2 tygodniach przerwy... Nie wzięłam zegarka, ale postanowiłam się nie ścigać, marząc po cichu o czasie w okolicach 33-34 minut, czyli naprawdę treningowo. 32:07- to mój czas netto! (wyniki) Do 2.kilometra było średnio, wsłuchiwałam się w jęki towarzyszących mi pań i sugerowałam się ich problemem z oddechem. Musiałam sobie dosłownie mówić "Majka, spokój, oddychaj normalnie, nie jak one" i już po chwili było ok. Ale czułam nogi, co było dla mnie niespodzianką- do tego stopnia, że nie wierzyłam, że po 2-3km będzie lepiej, bo zawsze tak przecież mam podczas biegu. Kiedy po 2km był podbieg (oczywiście niespodziewany dla mnie), to nagle wszystkich zaczęłam wyprzedzać, na górce! To dzięki metodzie małych kroczków, która podejrzałam u Urbasia w programie "Rozgrzewka". To dało mi dużo siły i dopiero zaczęłam biec. Troszkę za wcześnie przyspieszyłam jednak i ok 3km zwolniłam na chwilę, by wyrównać oddech i przyspieszyć znowu ok 4km. Kiedy na 4km zobaczyłam Marię Pańczak, już wiedziałam, jak będzie. Wyprzedzając ją, grzecznie się przywitałam, później już tylko "wycinałam" kilka dziewczyn, które wciąż biegły przede mną, faceta z wózkiem (joggerem). Na finiszu brakło sił, ale zobaczyłam Michała i Basa z aparatami, wiec ruszyłam na te 200 metrów hehe! Na video widać, że przed filmującym Basem kuca Michał ;) Na zdjęciu Michała widać, że czułam się średnio, dopiero po chwili zobaczyłam, że to oni i że czas na uśmiech numer pięć- pamiętajcie, że to była już sama końcówka. ;)

Później to już tylko się ustawiłam w kolejce po drożdżówkę ;) Cieszę się, że mój marchwiak vel energy cake tak smakował wszystkim po biegu ;)

Czułam nogi tuż po biegu, ale to dlatego, że jednak troszkę za szybko biegłam po takiej przerwie. Niemniej zaczęłam wierzyć, że 5 km w 29 minut jest możliwe w tym roku! Po rozciągnięciu, mrożeniu i prysznicu (2 ostatnie już w domu) wszystkie dolegliwości minęły, rzecz jasna.

Dziękuję tym, którzy byli, tym którzy wierzyli, że mogę i dla których to jednak coś znaczy- wiem, że wciąż jestem na początku przygody z bieganiem, ale mam nadzieję, że limit kontuzji chwilowo wyczerpałam... Bo ja naprawdę polubiłam bieganie i to uczucie, że mogę! Kiedy wydaje mi się, że jest ciężko, jednak potrafię się przemóc i dalej biegnę.

Wystartowały 623 osoby, co jest absolutnym rekordem frekwencji wszystkich edycji, a dodatkowo bieg ten wciąż jest największą imprezą Grand Prix w Polsce! Kolejny start 10.grudnia. Do zobaczenia! chcę tam pobiec w czasie 29:59.. Na luzie... ;)

Filmik zrobił niezastąpiony Bas, biegnę w fioletowej bluzie i czarnej czapeczce.  Czuję się cudnie.
Słuchałam już Rockyego, a teraz obejrzymy pewnie "Gladiatora". W poniedziałek wznawiam treningi, jest pięknie.



wtorek, 8 listopada 2011

Shin splints ;/

Ech, mam kontuzję od tygodnia- shin splints. Zdjęcie stąd. Rada? Wspięcia, takie jak na tym video,mrożenie, masaże do bólu. Próbowałam wybiec 2 razy, ale za każdym razem wracałam już po 1.kilometrze- każdy krok biegowy sprawia mi ból. Właściwie głównie chodzi o to, że (najczęściej to przyczyna tej kontuzji), że biegam po twardym podłożu i/lub narzuciłam sobie zbyt duże obciążenie treningowe (po przerwie wznowiłam bieganie 4x w tygodniu). Jestem w dość dużym dołku z tego powodu, dlatego nie pisałam nic. Dzisiaj odczuwam minimalną poprawę. Robię takie cykle codziennie: ćwiczenia rozciągające łydkę, wspięcia i masaż- wszystko ok 20 minut. Następnie krioterapia 10-15 minut. Dalej gorąca kąpiel. Po niej znowu krioterapia (Zasada zmiany temperatur podobno jest najlepsza).

Poza tym nie było włoskiego w zeszłym tygodniu, więc czas poświęciliśmy na filmy. A dzisiaj włoski odpuściłam- zasypiałam, wychodząc z pracy, nie byłabym w stanie dać z siebie czegokolwiek, by lekcja Ani miała sens. Po powrocie do domu od razu zasnęłam na ponad godzinę, bez obiadu.

Ech, jak już ruszę z treningami, to zawsze jakaś kontuzja się przyplącze. I jak tu być wytrwałym w bieganiu, systematycznie ćwiczyć? To wszystko mnie bardzo męczy, ani trochę nie mobilizuje do działania. Miałam cudowny tydzień treningowy, pierwszy- i na nim się skończyło. Znowu walczę z bólem, mam przerwę od biegania. Bez sensu. Poza tym Cinque Terre zalało, moją ukochaną Genuę zalało.
W takiej sytuacji nawet ten nadzwyczajny listopad nie cieszy tak, jak powinien.

Tetro F.F.Coppoli miał dość słabe recenzje, ale co Coppola, to Coppola, więc był do nadrobienia. Nie powala, to fakt, ale jest ok, 7/10 bym dała. Dobra gra młodego chłopaka, o którym cały film myślałam, że to Leo DiCaprio. Jest po prostu bliźniaczo podobny. Nasze komentarze "On ma taką urodę, że może grać bardzo młodych"; "Leo się wyrobił, świetnie gra takiego nieopierzonego" itd, cały film.. Aj, zdarza się, prawda? 
Uwaga, teraz o dobrym filmie wspomnę, ale nie za dużo, by nie zepsuć. Inwazja barbarzyńców. Tylko dla wykształciuchów- naprawdę ;) 9/10, jeden z moich ulubionych. Fantastyczny scenariusz, świetne postacie. Kto trochę czyta, kto sporo rozumie, nie pozostanie obojętnym wobec tego filmu. Absolutnie polecamy.
Prawie bym zapomniała wspomnieć o "Wszystko o mojej matce" Almodovara. On nie zawodzi. Po prostu. Nie wiem, jak można go nie lubić ;) Chyba tylko "Kiki" jeszcze nie widziałam.

W niedzielę zrobiłam pyszny obiad- dorsz pieczony na szpinaku. Polecam, to ten przepis.

Weekend upłynął nam na spotkaniach- najpierw u Dejfita, gdzie polał się szampan,a w niedzielę gościliśmy naszych przyjaciół, Monikę i Szymona- za 3 tygodnie spodziewają się narodzin pierworodnego, Franka. Dużo emocji, ale mają fajnie! ;>

Wybieracie się na "Habemus Papam"? Może pójdziemy razem? Pamiętajcie, że jeśli zamówicie newsletter w Kinie Muza, bilety możecie kupić za 12zł (trzeba tylko podać maila w kasie). To może w weekend? Póki co wybieramy się do kina na pewno w czwartek na "Flamenco" Carlosa Saury. A może też jutro do Rialto na "Pinę" w końcu. Dystrybutor nie dał zgody na 3D w Poznaniu (Polsce?), więc trzeba się zadowolić normalną wersją, która na pewno mniej zmęczy, choć w przypadku tego filmu może być trochę gorsza. W środy Kino Rialto ma jakieś super cykle, więc bilety kosztują 12zł. "Pina" o 19:45.

Zaczynam się poważnie zastanawiać nad zrobieniem kursu na przewodnika. Macie jakieś doświadczenie? Przebyty kurs? Coś polecacie? Za 1,5 miesiąca będę bez pracy, więc szukam nowych możliwości. Chociaż na kurs i tak bym się zapisała dopiero po podpisaniu umowy w nowym miejscu pracy, czyli od stycznia.
No właśnie- niby nic, ale mam kilka wskazówek, zaczynam poważnie roznosić CV (dotychczas przebierałam, robiłam rozeznanie, jedno CV zostało wysłane, ale oferty czytam co drugi dzień, regularnie)- trzymajcie kciuki. Bo tam, gdzie wylądują moje papiery w tym tygodniu, naprawdę chciałabym pracować. Jestem naiwna, wiem, ale wciąż wierzę, że wokół mnie są dobrzy ludzie, którzy dobrze mi życzą i w razie potrzeby służą pomocą. Tu pomocni, przy szukaniu pracy, okazują się moi klienci w dotychczasowej pracy. Większość z nich przychodziła do mnie co miesiąc. Słuchają, jakie mam doświadczenie, co potrafię, czego sobie życzę i przekazują dalej, a następnie wracają, by powiedzieć, że mają dla mnie propozycję pracy, uwierzycie?
Poza tym nie ma takiego dramatu z pracą, jak wszyscy mówią, przynajmniej nie w Poznaniu. A najwyżej zaczepię się na 1-2 miesiące w jakiejś galerii handlowej czy kawiarni, żaden problem dla mnie. Pracę po prostu muszę mieć, by się utrzymać. Damy sobie radę, myślę.
Tylko trzymajcie kciuki, proszę.



Parola del giorno: dietro le quinte- za kulisami, przykład:

Tutti gli attori sono dietro le quinte. Aspettano che il regista arrivi