niedziela, 25 marca 2012

1. Tydzień - euforia!

Wiem, że część z Was zagląda tu nie po to, by czytać o moim tempie biegowym, dlatego będę pisała o tym raz w tygodniu, opisując cały tydzień treningowy. Najczęściej pewnie w niedzielę.

1.Tydzień planu 24- tygodniowego maratonu dla początkujących:

wtorek - 3,5 km
czwartek- 4,6 km
sobota - 3,5 km
niedziela - 6,7 km

Razem: 18 km

We wtorek postanowiłam wznowić treningi. Jak wiecie, długo cierpiałam na ból piszczeli, potem byłam chora, a następnie została mi wyrwana ósemka, po której wciąż odczuwam dyskomfort, czasem ból. Ból występuje podczas biegu - z tego powodu po usunięciu zęba nie mogłam jeszcze właściwie nic robić. Najmniejsze podniesienie ciśnienia powodowało ból, przyprawiający o mdłości.

We wtorek wydawało mi się, że będzie ok. Jezu, co to było po 2 tygodniach przerwy od biegania... Pilnowałam, by pierwsze 10 minut maszerować, a właściwie zgodnie z zaleceniami ludzi spod bloga Wojtka Staszewskiego, uprawiać chód sportowy. Potem pobiegłam, następnie czułam zębodół, cały czas, ale już mniejsza o to... Ważniejsze, że miałam słoniowe nogi, tak ciężki, że ledwo je ciągnęłam. Niecałe 4 km przeplatane w dużej mierze z marszem. Taki urok rozruchu...

W czwartek załatwiałam sprawy związane z nową pracą, które mnie emocjonalnie wykończyły, więc bieg postanowiłam odrobić wieczorem, by zasnąć spokojnie. Michał mi towarzyszył na rowerze. I znowu: 10 minut udawałam Roberta Korzeniowskiego, pamiętając o rolowaniu stopy i wyprostowanych kolanach, a następnie biegłam. Zębodół dużo mniej odczuwalny (ach, rumianek!), panowanie nad oddechem: 100%, nogi: lekkie! Michał wyzywał, że za szybko chyba biegnę, co oczywiście tylko dodało mi skrzydeł. 4,6km, w tym 20% marszu, jest pięknie. A najważniejsze: piszczele chyba odpuściły.
W domu obliczyliśmy, jakim tempem powinnam biegać (na podstawie mojego ciśnienia, wagi, wzrostu oraz tempa na 5km), okazało się, że ten długi, niedzielny, bieg przez najbliższe 4 tygodnie powinnam robić tempem 7:40! Krótsze około 7 min na kilometr. Dopiero po miesiącu zwiększyć tempo, wtedy zresztą dojdą interwały, czy może w moim przypadku przebieżki, bo na interwały chyba za wcześnie. Jeśli będę się tego trzymała (według guru Skarżyńskiego), tak zbuduję formę, że za pół roku przebiegnę maraton tempem 7 min na kilometr. A biegnę według planu, z którym Michał "zaliczył" pierwszy maraton w czasie 4h 4 min. Ja biegnę na złamanie 5h. Link do planu 24-tygodniowego na maraton dla początkujących. Przygotowuję się, oczywiście, do naszego poznańskiego maratonu w październiku. Po drodze pewnie pojadę na półmaraton do Grodziska w czerwcu i chyba do Piły we wrześniu, co będzie ostatnim sprawdzianem przed moim królewskim startem.

Sobota jak zawsze była trudna. Niby delikatnie, bo 3,5km, ale trudniej, niż 4,6 w czwartek. Ten trzeci trening, sobotni, nigdy nie był dla mnie łatwy, nie wiem, dlaczego. Na czczo? Biegałam już tak i było ok. Wydolnościowo było ok, ale nogi ospałe, ociężałe. Dlatego rolki znowu odpuściłam popołudniu, bo w niedzielę czekał mnie długi bieg, a on jest przecież - mimo że najwolniejszy - najważniejszy w całym tygodniu treningowym. Ale trochę rowerowo było, jak zawsze. I tak zajechaliśmy do Decathlonu, więc udało mi się czapkę kupić - już nie będę podbierać Michałowi ;) Zresztą w najbliższych dniach znowu tam podjedziemy, bo muszę sobie kupić krótkie spodenki. Mam jedną parę, ale chciałam luźniejsze, a już jest naprawdę za gorąco, by biegać w długich ciuchach (w tej chwili biegam w krótkim rękawku i spodniach o długości 3/4).

Niedziela - wow! Trudno było wstać nie tylko ze względu na skradzioną godzinę snu, ale po prostu za późno poszliśmy spać, bo pracowaliśmy nad różnymi projektami. W praktyce: jedno pracowało, a drugie się obijało, zgadnijcie które co robiło ;>) Dlatego na biegi wyszliśmy o 11 dopiero... (śniadanie wypadło w tej sytuacji po 13 ;D). 4,7 km tempem 7:10 min/1 kilometr, a do tego 2 km rozgrzewki. Przeszłam 2 razy do marszu na 50 metrów, ale głównie po to, by wyrównać oddech i otrzeć pot. Bo długi bieg nie ma męczyć, tylko przygotować organizm na długi wysiłek. Tuż pod blokiem poczułam piszczele, ale tylko przez moment. Pilnuję, by po biegu i rozciąganiu oraz ćwiczeniach (brzuszki, kledzikowe i ogólna rozwojówka), kiedy już wskakuję pod prysznic, najpierw potraktować nogi od kolan w dół zimną i ciepłą wodą, tzn 20-30 sekund zimnej, potem tak samo ciepła i takie 2-3 serie. I jest super! Nie boli, daję radę! Mam takiego powera w tym tygodniu - okazało się, że mam pracę, biegam bez bólu (Dzisiaj nawet zębodół odpuścił), jest w końcu wiosna; jak niewiele trzeba, prawda? I mogę wrócić do realizacji marzenia, jakim jest przebiegnięcie w całości maratonu.

Po późnym śniadaniu pojechaliśmy rowerami sprawdzić moją trasę do nowej pracy. W jedną stronę 8km, w drugą inna trochę trasa i 9km, więc skromnie 17km dzisiaj. Jutro i pewnie we wtorek jeszcze tramwajem podjadę, a potem już raczej będę śmigać rowerem. A właśnie: w piątek tyle czasu mi zajął lekarz (ostatecznie: byłam 17. u okulisty i usłyszałam "Jest pani pierwsza zdrową osobą dzisiaj. Wzrok wzorowy"! ;> reszta też bardzo ok, patrząc na wyniki), że pierwszy dzień pracy w GS będzie jutro. Wyjątkowo na 9, a potem 8-16, klasyk biurowy. Piwo już mi się chłodzi, bo muszę się jakoś rozluźnić, by zasnąć, z tych emocji!





środa, 21 marca 2012

Mam pracę 2!

Ta historia jest naprawdę warta opowiedzenia. Bo ja wciąż się szczypię. No nie wierzę!

Jak wiecie, byłam na szkoleniu w firmie E.której pracownicy zaproponowali mi współpracę. Pisałam, jak było miło, jacy sympatyczni ludzie i dość luźna atmosfera?
Poprzedni post został napisany w piątek wieczorem - celowo. Czekałam cały dzień na telefon z GS. W sobotę pomyślałam, że skoro piątek był taki piękny, to może pan dyrektor zrobił sobie wolne i zapomniał - też bym zapomniała pewnie, gdy takie słońce zawitało do naszego smutnego kraju.
O ile w poniedziałek jeszcze liczyłam na telefon i ładowarkę miałam pod ręką, to we wtorek przestałam.  Kupiłam sobie chlebek razowy do E., tshirty i trampki, żeby było swobodnie i luźno,  na rowerze do pracy oraz w biurze skoro tak można. Dzwoniłam nawet, by przypomnieć, że będę, Smutno mi trochę było, bo to jednak poniżej moich zawodowych kwalifikacji (nie mam specjalnych zdolności ani kursów, no ale 4 lata samodzielnie prowadziłam zewnętrzne biuro bardzo dużej firmy), bardzo mało płacą, ale pomyślałam, że skoro jest tak źle na rynku pracy, trzeba to przeczekać i trudno. Korony jeszcze nie mam, to mi nie spadnie z głowy ;)

Wino nawet kupiłam, żeby się zrelaksować przed pierwszym dniem w pracy, film chcieliśmy obejrzeć z Michałem jakiś lekki, bym miała spokojny sen. Położyłam się dosłownie na kwadransik, by po całodziennej jeździe rowerem w wietrze odpocząć. A tu telefon dzwoni. Wyskakuję z łóżka, bo telefon ładowałam na drugim końcu pokoju i mruczę pod nosem "Tata zawsze dzwoni, gdy się położę". A tu numer, który wydał mi się znajomy, ale nie chciałam uwierzyć. We wtorek? O 19?
A pan dyrektor dzwoni, że im się rekrutacja przedłużyła i czy jest szansa, żebym lekarza załatwiła w tym tygodniu, by już zacząć pracę w najbliższych dniach. Najpierw usiadłam. Poszłam do drugiego pokoju, do Michała. Upewniłam się, że rozłączyłam się z moim przyszłym szefem i potem już skakałam. Pijana ze szczęścia byłam ;)
Koordynatorka w firmie E. niepocieszona, no ale myślę, że szybką znajdą godnego następcę, taka niezastąpiona to ja nie jestem w końcu ;)

Byłam dziś w firmie po papiery, jutro szkolenie BHP, w piątek lekarz, po którym jadę prosto do pracy, na mój pierwszy dzień. Aj!
Kupiłam już sobie kubek. W truskawki. Niech przyniosą mi szczęście. Chociaż... potrzebuję? Trochę zawsze, ale ostatnio mam go nadmiar, aż się upijam. Przyznam się do czegoś. Od czwartku żyję inaczej, pierwszy raz w tym roku. Nie przesadzam. Wiedziałam, że tamta praca nie będzie na długo, ale nie miałam problemu ani krzywej miny na myśl, że muszę tam iść. Cieszyłam się, że coś jest, że będzie normalny rytm życia pracującej Majki. I zaczęłam się cieszyć ze wszystkiego, tak jak zawsze, tylko zapomniałam, jak to jest - w ostatnich prawie 3 miesiącach. Byłam w tym okresie bardzo spięta, nerwowa, odizolowaliśmy się z Michałem od znajomych, nie mieliśmy ochoty nigdzie wychodzić. Martwiliśmy się trochę, chociaż ja jak zawsze bardziej i jak zwykle trochę dramatyzowałam. Mam takie skłonności, trudno. Nie uwierzylibyście, jak cudownie i lekko się czuję od kilku dni. I teraz pomyślcie, że na to wszystko na dokładkę dostałam jeszcze pracę w tym francuskim koncernie. Można się upić ze szczęścia, prawda?
I nie mówcie, że szybko znalazłam pracę, że większość szuka 4-7 miesięcy. Znam te statystyki. Dla mnie te 2,5 miesiąca były najdłuższymi, jakie sobie przypominam. A teraz... tylko czekam, jak zaczną dzwonić następni ;)

Odezwę się po pierwszym dniu w pracy, czyli w weekend. Życzcie mi powodzenia. Żeby byli ludzie, z którymi można się dogadać. Nie musimy się kochać, ale żeby było po ludzku w pracy, mniej więcej normalnie. Reszta się ułoży. A! Będę najprawdopodobniej w pokoju z druga nową dziewczyną. Może się zgodzi na Radio Pin? Trójka tez może być. Reszta już gorzej. Ale...najwyżej się dogadamy! ;)

Słucham ostatnio na okrągło nowej płyty Bruca Springsteena i Dillon. Pierwszy zaskakuje, że w tym wieku nagrał jeden ze swoich najlepszych albumów. Druga tak urzeka, że.. posłuchajcie sami. Tu i tu. Kocham!



piątek, 16 marca 2012

Mam pracę!

W międzyczasie zadzwonili z GS z zaproszeniem na rozmowę (CV wysłałam na początku lutego!). Godzinę później z E., że mam przyjść w środę na szkolenie... W GS byłam kilka godzin wcześniej (nie chciałam odwoływać). Rany... To część wielkiego francuskiego koncernu, dyrektor fantastyczny, pracownicy wydawali się niezwykle mili. Pan dostał 1300 aplikacji, ja byłam ostatnią osobą, z którą rozmawiał. Miał dzwonić dzisiaj. Miało być cudownie - tam naprawdę było świetnie! No ale mnie nie chcieli. Znowu. ;(

Ale nie załamuję się, bo na razie mam pracę. Strasznie mało płacą, oczywiście umowa zlecenie. Wiedzą, że raczej nie będę długo, chyba, że zaproponują inną umowę. Byłam 2 dni na szkoleniu w tym tygodniu (dlatego nie pisałam do Was), są bardzo zadowoleni, zaczynam w środę.
Właściwie pod względem atmosfery, ludzi itd nie mogę złego słowa powiedzieć. Mam bardzo przyjemną koordynatorkę w pokoju, który dzielę chyba z 6 osobami. Jestem wśród nich najstarsza, jak mi się wydaje. Wykonujemy typową papierkową robotę. Nie ma do zrobienia nic na wczoraj, nie ma dużego stresu, ale jakiś lajcik też nie. Zawsze jest dużo pracy. Na przerwy wyganiają co 2-2,5h (na kwadrans), jeśli ktoś musi zostać dłużej, nie robi tego za darmo. Ludzie świetni, naprawdę. Młodzi, otwarci, bezkonfliktowi, nie ma żadnych spięć ;)
Mam pracę, czuję niewiarygodną ulgę, ale rozglądam się dalej. Mój pracodawca to wie. Zresztą... nikt mnie nie będzie pamiętał kilka tygodni po odejściu, ponieważ zatrudniają 30-40 osób miesięcznie, to widzicie jak to wygląda... No ale mam! Nie ta wymarzona jeszcze, ale zawsze to coś, jest rytm, normalne godziny (pon-pt 9-17, potem mogę zmienić 8-16), jest blisko (ok. 6km), więc będę jeździć rowerkiem. Cieszę się, że jest cokolwiek, że coś będę robiła. I że jest to biuro.

Wprowadzono mnie w błąd na początku, ponieważ dostałam informację, że praca będzie zmianowa - z tego powodu zrezygnowałam z włoskiego w Dante... Jest mi bardzo przykro, ale teraz już nie będę tego odkręcać. Szukam nativa jakiegoś, albo nauczyciela (ale Ani chyba nikt nie przebije...) na 2-3 lekcje w miesiącu u mnie lub u nauczyciela. Może kogoś polecacie?
 
W międzyczasie stwierdziłam też, że nie ma sensu, żebym startowała w Maniackiej Dziesiątce, chociaż jestem na liście startowej... Napisałam więc do Artura Kujawińskiego, organizatora biegu, że skoro nie biegnę, to może się na coś przydam i jestem zainteresowana wolontariatem podczas imprezy. Dzisiaj było spotkanie (zaskoczyła mnie niska frekwencja, tylko 20 osób się zgłosiło, a stawiło się na zebraniu ok. 12), jutro, drodzy biegacze, gdy na mecie dostaniecie medal, Majka wręczy Wam butelkę wody ;)
Michał i tata biegną, oczywiście (tata chyba na 50 minut, Michał 46), wcale się nie cieszą z pogody, jaką zapowiadają, bo będzie najzwyczajniej w świecie za gorąco. No ale nic, przynajmniej ja nie zmarznę.

Pojeździłam dzisiaj rowerkiem. Siodełko mam nadzwyczaj twarde, tej wiosny naprawdę kupię nakładkę żelową... Albo zmienię siodełko. Tylko musi być białe, bo takie pasuje do roweru ;) W każdym razie już ledwo siedzę, a przejechałam dzisiaj tylko 10 km. Idę się wymoczyć, żeby jutro dojechać na Maniacką jakoś ;>

Piękny weekend się zapowiada, wykorzystajcie go dobrze, odkurzcie rowery! Jak mi mięśnie pozwolą, jutro lub w niedzielę rozpocznę sezon na rolkach. Biegać jeszcze nie mogę - boję się tak drastycznie podnosić ciśnienie, ze względu na zębodół; nawet kawę zminimalizowałam do 1 i to słabej.

Miłego!


Ząb numer osiem

Należy się kilka słów wyjaśnienia... Jak już się wychorowałam, zaczął mnie boleć ząb. Brak snu w nocy. Nie zwlekam z tą częścią mojego ciała i następnego dnia już byłam u dentysty. Kolejnego dnia ząb mi usunięto. Nie byłoby sprawy, gdy nie to, że to była ósemka... Dolna, prawa, "siedziała" częściowo w kości. Zdjęcie było mało ciekawe, dentystka moja ukochana chciała wysłać mnie do chirurga, po namyśle i moich błaganiach jednak zdecydowała się spróbować, ku mojej radości, oczywiście. Bo dam sobie zrobić wszystko w jej gabinecie, jest cudowna. Znam ja od 10 lat, leczy całą moją rodzinę i kilkoro znajomych, którym ją poleciłam.
Znieczulenie zadziałało, dr Krajecka zaczęła akcję z obcęgami. Ciągnie już, kiedy ja krzyczę, że boli. Na pewno? Tak. Kolejna porcja znieczulenia. Pani doktor stara się go rozhuśtać, bo wykręcić się nie dało. Po 2 minutach ząb ani drgnie. Huśta dalej, kolejne 2 minuty, nic. Prosi o przerwę, bo jej ręka cierpnie. Dla mnie luz - boli mnie tylko dolna szczęka, o które pani doktor się opiera, reszta znieczulona. Huśta dalej, nic. Krople jej potu spadają na mnie. Decyduje się na dłutowanie, bo ząb siedzi zbyt głęboko. Potem znowu chce go rozbujać obcęgami, w końcu ruszył, ale delikatnie. Huśta, sapie, chcę, by to się już skończyło, bo czuję siniaka na policzku od dłoni dentystki. Krzycząc "Jest nasz!" huśta i ciągnie. Ma go. Jest ogromny. Na zdjęciu nie był cały widoczny. Pani doktor powiedziała, że gdyby miała studentów, wzięłaby go dla nich, bo jest wyjątkowym kolosem. I po raz kolejny mówi, że to ostatnia ósemka, jaką się podjęła wyrwać (moja poprzednia miała zakręcone korzenie i pani cudem wyjęła ją od razu w całości). Pani doktor ostrzega, że niedługo miejsce będzie bolało, a przed nami cały weekend. Mam dzwonić w poniedziałek, gdyby nadal było źle.

Co było potem? Jezu. Drodzy czytelnicy, ból życia za mną. W piątek tydzień temu. Wróciłam do domu, znieczulenie powinno trzymać jeszcze min 2 godziny. A ja już czuję rwanie i pulsowanie, bo dziura krwawi. Dzwonię do niej i mówię, że jest hard-core. Pyta "Co, znieczulenie puściło?", "Pani doktor, mam wciąż sparaliżowaną prawą stronę twarzy, ale zębodół naprawdę boli". Włożyłam gazę, by nie krwawić, zjadłam pierwsze tabletki, a następnie do 4 rano co jakiś czas wymieniałam gazę i leżałam, patrząc w ścianę, z lekko otwartą buzią. Nie bardzo wiem, co się działo. Podobno jęczałam. Nie mogłam przełykać (ból gardła potworny), mówić, jeść, ruszać się, nic. Następnego dnia bolało mnie całe ciało, głównie ręce i nogi - mięśnie od napinania z bólu. Od piątkowego popołudnia do poniedziałku równo co 3h brałam tabletki przeciwbólowe, aż w niedzielę wieczorem zaczęłam nimi wymiotować, co drastycznie spotęgowało ból wszystkiego od szyi w górę... Schudłam 2,5kg. Jogurt zjadłam w niedzielę dopiero, a wcześniej płyny - kombinowałam: Michał miksował mi banana z mlekiem, dorzucałam otręby, zarodki, żeby mieć jakąś siłę, bo właściwie snułam się między łóżkiem, a łazienką.
Najgorsze było w piątek wieczorem, ale potem niewiele lepiej... Nie muszę mówić, że przeciwbólowe nie pomagały, a jedynie ćmiły lekko ból?
W poniedziałek zadzwoniłam po tatę, by mnie zawiózł do dentystki, bo byłam zbyt słaba, by jechać autobusem, zresztą nie spałam z bólu całą noc. Z bólu i obawy, że się uduszę, ponieważ miałam spuchnięty przełyk - do tego stopnia, że jogurt był za gęsty, by go przełknąć... Wyobrażacie sobie? Oczywiście dostałam antybiotyk, a następnie pani doktor oczyściła dziurę i dała jakieś lekarstwo, które miało przyspieszyć gojenie, zlikwidować szczękościsk (otwierałam usta na 2 cm, nie wiem, jak ona cokolwiek dojrzała i zrobiła...) oraz działać przeciwbólowo 24h. Dobę później powtórzyłyśmy zabieg. Cóż, w poniedziałek wieczorek zjadłam filiżankę kaszy jęczmiennej z kawałkami warzyw i kurczaka - gryzłam! Takie dziwne uczucie, naprawdę. Dzisiaj czuję lekki dyskomfort, ale nie boli, nie biorę przeciwbólowych od kilku dni, odzyskałam siły, gardło nie dokucza. Płuczę rumiankiem 2-3 razy dziennie. Minął tydzień, a ja wciąż czuję. Możecie sobie wyobrazić, jaki to był ząb. Po prostu grzmot.

Szczerze nie cierpię ósemek.



poniedziałek, 5 marca 2012

Przytargaj książki, edycja IV

  
W sobotę poczułam się trochę lepiej, więc postanowiliśmy wybrać się w niedzielę do CK Zamek na akcję dziewczyn z Czytelniska, już 4.edycję "Przytargaj książki". Według MM Poznań na stołach znalazło się tym razem 4000 książek! Ja przyniosłam 5, nie wiedziałam, czy znajdę dla siebie cokolwiek, więc wolałam nie ryzykować podczas debiutu. Tylko spójrzcie na nasze zdobycze! A był też Konwicki, Irving Stone czy biografia Depeche Mode, z której musieliśmy zrezygnować. Z pewnością pojawimy się na kolejnym spotkaniu, w maju. Mamy jeszcze kilka książek, z którymi nie czujemy się w żaden sposób związani.
Oczywiście najwięcej było harlequinów i takiej typowo babskiej literatury, ale ktoś mi np. sprzątnął sprzed nosa Folleta, Michał widział "Wielkiego Gatsby'ego", ktoś inny Eco! Trzeba szukać, mieć refleks i rozpychać się, bo tym razem było dużo takich bab (dosłownie!), które nie dopuszczały innych do stolika. Nie wszyscy pamiętali o podstawowych zasadach kultury, książki były rozrywane, niszczone, deptane... Udało nam się jednak coś złowić ;> Jednak jak widać na zdjęciu po lewej, wybory nie były łatwe i dyskusje trwały, co bierzemy, a co zostawiamy - w tym czasie J robił nam zdjęcia. Mylące jest nasze otoczenie, uwierzcie - nie byliśmy tam sami!


Michał i towarzyszący nam J robili zdjęcia, a potem poszliśmy do Bar a Boo, gdzie zostałam rozpoznana przez menadżerkę na podstawie grzywki ;> Tym razem wzięłam pizzę z tuńczykiem i kaparami i jak w przypadku każdej pizzy u nich, wybór był wyśmienity. Zresztą nie trzeba się obawiać o ich przyszłość, skoro w miniony czwartek po raz pierwszy zabrakło miejsc! Zamówili już kilka dodatkowych stolików, ale... cieszy to, prawda? J po raz pierwszy u nich był i z obawą patrzył na swoją znikającą pizzę ;)

Skoro już o jedzeniu... słyszeliście o Foodie Card? To taka karta, którą opłacamy na rok (89zł) i w wyznaczonych miejscach (W Poznaniu na razie tylko w czterech, ale w tym Umberto!) płacimy 50% za większość potraw. Otóż dzięki ludziom ze strony Zjeść Poznań wygrałam w piątek taką kartę! ;)

Ukojona kaszą jęczmienną z warzywami zdradzę jeszcze, że jutro mam rozmowę w E. A w środę w GS. Dzieje się, trzymajcie kciuki.

Aj! Zmiany blogowe: Parola del giorno zmienia częstotliwość, będzie się pojawiało tylko czasem. Poza tym pamiętajcie, że w czwartek w Muzie za 5zł "O północy w Paryżu" Allena o 19:15! To tyle, odpalam "Medicina Generale", potem prysznic, książka i spać. A jutro zamierzam zdobyć pracę, o.


czwartek, 1 marca 2012

Morto Lucio Dalla

Na "Debiutantów" nie miałam jak iść. Na włoski, choć to pierwszy tydzień i aż 2 lekcje, też nie. Przykuto mnie niemal do łóżka (to Michał, który pilnuje, bym wyleżała choróbsko, a nie wybiegała lub wpadała na inne genialne pomysły). Wczoraj miałam 3. raz w życiu gorączkę! Bo ja nie miewam wysokiej temperatury, nad czym zawsze ubolewają lekarze. Nie przesadzajmy, bo było "aż" 37,5 ale nawet moja mama była zdumiona, gdy do niej zadzwoniłam z wiadomością, że chyba naprawdę się starzeję, skoro nawet gorączkuję.
Leżę więc i oglądam - nadrabiam to, co Michał widział, a ja nie, albo filmy typu "Kochaj, jedz, módl się" z Julią Roberts, których nigdy by ze mną nie zobaczył.
Dzisiaj obejrzałam "Moby Dicka" Johna Hustona z 1956 roku. Chyba nigdy nie wspominałam, jak kocham tę książkę i jak ona jest dla mnie ważna. Czytałam tę biblię wielorybników dwa razy i przymierzam się do trzeciego. Tymczasem film mile mnie zaskoczył, ponieważ mniej więcej odtworzył klimat książki (czy to możliwe?) i postaci były takie, jakie na miarę filmu mogły być (oczywiście Queequeg  do końca nie spełnił moich oczekiwań, ale cóż to za postać!). I dosyć wiarygodnie wszystko wyglądało, jak na rok 1956, bo wtedy to kręcili.

Tydzień temu (przed "Oslo, więc chyba 2 tygodnie temu? Nie pisałam o tym, a warto) za to byliśmy w Muzie z Liminami na duńskim "Ekperymencie". Tu macie trailer. Film na faktach, co trochę przeraża: w latach 50. ubiegłego wieku wybrano kilkanaścioro dzieci w wieku ok. 6 lat z Grenlandii, odebrano je rodzicom i wysłano do duńskich zastępczych rodzin na 1,5 roku, by nauczyły się nowego języka, a po powrocie umieszczono je w rodzinnym miasteczku, by krzewiły na Grenlandii kulturę duńską. Było nawet spotkanie z rodzicami... Niestety bariery językowe uniemożliwiały porozumienie. Brzydzę się eksperymentami na dzieciach, aj. A ten był wyjątkowo paskudny. Chodziło głównie o to, by ludność z Grenlandii ostatecznie wyginęła, stopniowo, bo kraj ten miał być przyłączony do Danii. Przyznam, że nigdy o tym nie słyszałam. Ale już wiem więcej, bo kraj wikingów od 1978 roku jest autonomicznym terytorium zależnym od Danii. Przy okazji googlowania dowiedziałam się, że kraj ten ma "własną zawodową reprezentację piłkarzy ręcznych". Tak, mnie też trudno sobie wyobrazić, że oni grają w coś, co czegoś trzeba się trochę rozebrać. Chyba że grają w długich dresach. No i na Grenlandii spotkać można piżmowoła, który jest absolutnie przepiękny (zdjęcie obok, z wikipedii). 
Polecam film, choć naprawdę uderza fakt, jak i do jakich celów dorośli używają dzieci. To obrzydliwe.

W weekend obejrzeliśmy rosyjski "Jak spędziłem koniec lata". Z opisów znajomych, którzy go znali i entuzjazmu, którym zarazili, wynikało, że to film na niedzielę - fabuły przyjaciele nie zdradzali. Otóż to nie jest film na niedzielę. Ani trochę. Surowo, zimno, na odludziu. W takich warunkach w nawet najlepszych z nas budzą się instynkty, o które byśmy siebie nigdy nie podejrzewali. Ja nie mogłam uwierzyć w to, co widziałam. Zaczynam się przekonywać do rosyjskiego kina. Film jest doskonały, ale to jeden z tych, które bolą i o których myśli się następnego dnia i jeszcze kolejnego.

Przeczytałam też w tym tygodniu "Niewiedzę" Milana Kundery, którą to pozycję serdecznie Wam polecam. Krótko, ale niezwykle treściwie, tym razem ten czeski (a właściwie każe o sobie mówić - francuski) pisarz napisał o emigracji. Niesamowite u niego jest wrażenie, że każde słowo jest tam, gdzie być powinno, nie ma przypadku, długich opisów. Jest tyle słów i zdań, ile było trzeba do opisania danego tematu. Powoli staję się fanką jego prozy.
Nadrobiłam też opowiadania Thomasa Manna, wśród których właściwie nie znałam tylko 3, w tym, choć trudno w to uwierzyć, "Śmierci w Wenecji". Wiedziałam, że będzie dobre, bo prawie wszystko, co on napisał, takie jest, ale nie myślałam, że tak mnie poruszy. Co za miłość! Jak Mann to robi, że kiedy bohater cierpi, cierpię i ja? Kiedy kocha, to ja mam wypieki na twarzy. A kiedy umiera, to nie chce mi się już kompletnie nic.
 A Michał skończył "Idiotę" Dostojewskiego i skradł moje serce po raz 10023938334303847., ponieważ kocham literaturę rosyjską, a on jest pod ogromnym wrażeniem sposobu narracji i aktualności powieści. ;)


Dzisiaj zamiast parola del giorno, wspomnienie zmarłego dzisiaj włoskiego kompozytora Lucio Dalli. Posłuchajcie tego.

To tyle na dziś, już wiecie, dlaczego nie pisałam cały tydzień, od wtorku jest ze mną źle. Kończę, bo Michał wrócił z biegu i wyzywa, że przy komputerze siedzę, zamiast leżeć - anioł mój ;)