sobota, 29 grudnia 2012

Po pierwszej wspólnej nocy...

Tak Joker wczoraj spał ponad 8h

... mogę powiedzieć, że jest dobrze.


Przywieźliśmy go wczoraj ok 11:30, pozwoliliśmy trochę przetrzeć się zapachom, dlatego Joker siedział w transporterze około 10-15 minut, potem otworzyliśmy klapkę, mając nadzieję, że Joker powoli wyjdzie, jak to robi Bajka. Niestety wyskoczył jak oparzony, co dla Bajki było szokiem. Rzuciła się na niego, ale szybko je rozdzieliliśmy. Zauważyliśmy, że więcej krzyczała i podnosiła łapy, za to Joker nic, leciutko się zjeżył, ale tylko fukał.

Bajka poszła do łazienki, w drzwiach której są dziurki. Zapachy były dość nieznośne - to niesamowite, co zwierzęta z siebie wydobywają, by odstraszyć przeciwnika! A potem ustaliliśmy plan. Każde z nas weźmie kota do pokoju, potem się wymienimy, żeby żaden kotek nie miał tylko jednego pana, a na drugiego się śmiertelnie obraził.

Szybko zdecydowaliśmy, że Joker będzie w sypialni, wstawiliśmy mu tam jego miski i kuwetę. Ręcznika, który miał w transporterze, użyliśmy jako pośrednika między nimi. Natarliśmy nim Bajkę lekko, potem daliśmy znowu jemu, bo dotknąć go nie można było.


Po godzinie u nas, czuł się... jak u siebie ;)
Zamknęłam się z Jokerem, a Michał z Bajką w drugim pokoju. Przez pierwsze 20-30 minut siedział w kącie, ja spokojnie czytałam książkę, bo wiedziałam, że taka operacja wymaga sporo czasu i cierpliwości. Zaczął się rozglądać, następnie zwiedził cały pokój, wraz ze sprawdzeniem możliwości wejścia na półki z książkami itd. Zbliżał się do mnie niesamowicie szybko, z czego się cieszyłam, ale chyba go ucieszyło, że czytam sobie i go olewam, a do tego leżę raczej nieruchomo, więc nie stwarzam dla niego zagrożenia. Kiedy zaczął chodzić po łóżku i sprawdzać twardość moich nóg, normalnie myślałam, że zapiszczę. On, taki niedostępny! A potem wskoczył na parapet i leżał... jak u siebie. Już wiedziałam, że będzie dobrze. Patrzcie, jaki wyluzowany, jak nie Joker! ;)

Spędziliśmy tak czas do 17-18, co 2h się wymieniając. Trochę drzemaliśmy, trochę czytaliśmy, dużo do nich mówiliśmy. Potem zostawiliśmy Jokera, który od 14:30 spał pod kołdrą, czasem wystawiając łapy ;)

Późnym wieczorem otworzyliśmy drzwi od sypialni. I ta nas wszystko zaskoczyło. Joker siedział na łóżku, a Bajka chciała wejść do pokoju, ale jak już prawie była w środku, z wielkim jak u wiewiórki ogonem, wycofywała się szybko. Boi się go, boi się przeraźliwie. Jest cały czas spięta i patrzy wciąż w kierunku drzwi od sypialni, czy on przypadkiem nie wyjdzie. A kiedy się mierzą, Joker nic nie mówi, nie fuka, nie jeży się już (na nas przestał fukać wczoraj, to też świetny znak!), pokojowo nastawiony kot, a Bajka tak się boi! Bałam się, że będzie agresywna, więc ta sytuacja jest lepsza, ale... lepsza jedynie dla mnie, bo ona ma straszny stres.

Zdecydowaliśmy, że noc spędzimy osobno (to się nazywa poświęcenie!), ja z Jokerem, a Michał z Bajką. Cóż... Zasnęłam o 3, bo Joker spał od 14:30-23, więc był bardzo wyspany i ciekawski swojego azylu. Ostatecznie i tak robił podkopy, by spać pod kołdrą, ze mną - tam czuje się po prostu najlepiej.
 Poza tym w nocy w końcu zjadł, wypił i zrobił siku.
Największym wyróżnieniem dla mnie było, kiedy Joker spał na moich nogach, już nad ranem (ma ułatwione zadanie, bo śpię zwykle na wznak) ;)

A rano? Zobaczcie sami, bawił się z Michał najpierw, po chwili zaczął go głaskać, no i sami zobaczcie TUTAJ ;)

Dzisiaj znowu tak spędziliśmy dzień, tyle że drzwi były otwarte. Żadnej zmiany, Bajka jest taka wystraszona :( Ale próbują, podchodzą do siebie i się wycofują.

Kiedy tylko Joker może, wychodzi, zwiedza drugi pokój, a wtedy Bajka powarkuje, ale już bez takiej konsekwencji, jak wczoraj.
Potrzebują czasu i cierpliwości, a tego u nas w nadmiarze - po to wzięliśmy urlop ;)




piątek, 28 grudnia 2012

Agape znaczy miłość



Od początku chciałam 2 koty, ale Michał miał całe życie psy, więc tak się cieszyłam, że zgadza się na kota przy mojej alergii, że poszłam na kompromis, bo nie chciałam już bardziej przeginać. Bajka ma teraz 2,5 roku. Kilka tygodni temu, w noc z niedzieli na poniedziałek, gdy zasypialiśmy, przed 1 w nocy, powiedział nagle "Myślę ostatnio nad drugim kotem". Przysięgam, że ON to powiedział! Oczywiście zasnęłam nad ranem. Michał pomyślał o towarzystwie dla naszej kotki, bo w ostatnim półroczu bardzo się uspokoiła, łasi się, jest bardziej dostępna, słowem: trudno uwierzyć, że to ta sama kotka. I stwierdził, że smutno jej bez towarzystwa. Oczywiście, zgadzam się itd, ale szczerze mówiąc, intencje są dla mnie mało ważne - liczy się, że będzie drugi kot, z tego powodu jestem niezwykle szczęśliwa!

Od razu byliśmy zdecydowani pomóc kotu z jednej z poznańskich fundacji. Wybraliśmy Agape Animali. Zadzwoniłam w listopadzie tylko, by zapytać, jak długo trwa proces adopcyjny. Rozmawiałyśmy 40 minut, podczas których opowiedziałam jej o moich doświadczeniach z kotami, dlaczego chcemy drugiego kota. Były różne pytania: o to, czy planujemy dzieci (i co wtedy z kotem?), czy mamy stabilną sytuację finansową itd. Kto nie rozumie, dlaczego o takie rzeczy pytają, ten nie ma wyobraźni. 

Odpowiadałam i tłumaczyłam cierpliwie, ale szybko zrozumieli, że mają do czynienia z prawdziwą kociarą ;)
Obiecałam zadzwonić w połowie grudnia i wtedy dogadać szczegóły, ponieważ planowałam urlop między świętami, a wiem, jak ważne jest, by być z kotami w pierwszych dniach dokocenia.


Wstępnie wybraliśmy ze strony Fundacji 2 koty - Docenta (piękny, 4-letni) i Jokera (2-letni). Podczas spotkania okazało się, że Docent może iść do domu, gdzie będzie jedynym kotem, a Joker jest niezwykle płochliwy i niedostępny.

Pierwsze spotkanie adopcyjne odbyło się w piątek, tydzień przed świętami. Spędziliśmy w kotulni niemal 3h. Nie udało mi się dotknąć nawet Jokera, ale postanowiliśmy go wziąć. Wierzymy w to, co mówią dziewczyny: potrzebuje czasu, a w domu tymczasowym wskakiwał swojej pani na kolana, więc doszliśmy wszyscy wspólnie do wniosku, że duża liczba (14) kotów go stresuje, a nie ma też zapewnionego jednego opiekuna, bo codziennie przychodzi tam inny wolontariusz.

Zdecydowaliśmy się na niego, bo jest duży (Bajka też, muszą być równe siły...), jest dorosły, czyli nie będzie szalał, a poza tym jest pokojowo nastawiony do innych kotów, nie wdaje się w bójki, a nawet nie reaguje na zaczepki. A Bajka mu na pewno nie odpuści próby wtargnięcia na jej teren.
Poza tym ze względu na wiek, wielkość i płochliwe usposobienie przy pierwszych kontaktach, nie ma szans na adopcję. Więc kto jak nie my? Jest tam najdłużej spośród wszystkich kotów. Oczywiście, że myślałam nad mruczącą i tulącą się Nutką czy spokojnym Winstonem. Ale one szybko znajdą swój dom.

Myślę, że czekaliśmy na siebie z Jokerem. W Fundacji radość przeplata się z rozpaczą, bo jest tam tak długo, że wszyscy go strasznie pokochali, a jednocześnie cieszą się, że go chcemy.

Z Jokerem jest tak, że nawet kilka rodzin go wybrało, przyjeżdżali kilka razy na spotkania adopcyjne, ale ponieważ nie zdołali go dotknąć, a on nie przejawiał najmniejszej ochoty na kontakt, rezygnowali z niego.

Pojechaliśmy po niego w środę. Na zdjęciu pamiątka, którą ma Michał po pierwszym spotkaniu z Jokerem. Nie, nie jest agresywny, tylko jak go Michał chwycił, by włożyć do transportera, kot się wyrwał, odepchnął tylnymi pazurami, no i masz, woda utleniona poszła w ruch.
Daliśmy mu spokój, bo był strasznie potem już zestresowany (oczywiście żaden kot nie robi takich problemów z transporterem, jak Joker - wszystkie po kolei do niego same wchodziły...), więc w czwartek miała go nam przywieźć Magda. Niestety ze względów rodzinnych, stało się to niemożliwe. Dzisiaj po 9 rano zadzwoniła Ania i powiedziała, że Joker czeka na nas w transporterze. Dokończyliśmy śniadanie dławiąc się niemal w pośpiechu, kawę wypiłam "na dwa razy" i w drogę.

Reszta jutro. Dzieje się ;)




czwartek, 27 grudnia 2012

Tata rak, mama rak...


Dawno nie pisałam o filmach. Nie oglądamy dużo, a i wspominam Wam jedynie o najważniejszych (lub o totalnych porażkach), ale mam sygnały od niektórych z Was, że niektórzy z Was czekają na te posty - głównie po to, by porównać moje odczucia ze swoimi. No to nadrabiam pisanie o obejrzanych filmach. Nie jestem żadnym krytykiem, ani znawcą, po prostu lubię dobre kino ;) Ale wspominam o tym, by wytłumaczyć się z tego, że często nie streszczam fabuły, ponieważ wydaje mi się to albo nieistotne, albo niepotrzebne w kontekście danego filmu.

Lubię czasem nadrobić coś polskiego sprzed 10 lat i spojrzeć na to inaczej, niż wszyscy, którzy oglądali wtedy ten film. Polskie kino uważam za niewarte uwagi (Polański to nie jest polskie kino, nie mam również na myśli filmów typu "Pociąg" Kawalerowicza, czy reszty z tamtego okresu), dlatego "Egoistów" (2000, M. Treliński) włączyłam z powątpiewaniem. Ale mnie zaskoczył. Dobrze zrobiony i przeważnie dobrze zagrany film. Oglądałam z zainteresowaniem, a to u mnie rzadkość, jeśli chodzi o polskie kino ostatnich 20 lat. 8/10.

"Fish Tank" (2009, A. Arnolda) to opowieść o trudnym okresie dojrzewania młodej dziewczyny z małego miasteczka w Anglii (tak przynajmniej wygląda). Ten czas nie jest dla niej najłatwiejszy głównie przez środowisko, w jakim się wychowuje - nie rozdrabniając się, głęboko patologiczne. Film nagrodzony przez jury w Cannes w 2009. I słusznie. Świetnie zagrany, z doskonałą muzyką. Fassbender oczywiście też zrobił swoje. Dla mnie trochę w klimacie "Fucking Amal", choć "Fish" nie był o szukaniu tożsamości seksualnej. Kto lubi jeden, nie powinien pominąć drugiego. 8/10.

A teraz postaram się zwięźle i konkretnie. W końcu mogę, emocje trochę opadły. "Tatarak" (2009, A. Wajdy) obejrzeliśmy 1.11., czyli prawie dwa miesiące temu. Dla tych, z którymi się nie znam: kocham absolutnie prozę Jarosława Iwaszkiewicza. Jego opowiadania to dla mnie prawdziwie piękna literatura, czytana wielokrotnie. Miłość do jego pisarstwa odziedziczyłam po mamie. Zaraziłam nią Michała (czytając "Brzezinę" powiedział: "Kończę już, ale wracam wciąż do poprzedniej strony, by przedłużyć sobie przyjemność, by się z tymi zdaniami jeszcze nie rozstawać". Bardzo go kocham :))). O filmie wiedzieliśmy tyle, że świetna rola Jandy i że warto.
Nie wiem, dla kogo warto. Chyba dla kogoś, kto nie czytał Iwaszkiewicza. Absolutna katastrofa. Przerywaliśmy kilkukrotnie, zadając sobie pytanie, czy warto brnąć dalej. Janda to zniszczyła. Wstawki monologu o niedawnej śmierci jej męża były zupełnie niepotrzebne (Wiem już, że to pomysł Wajdy. Cóż, nietrafiony), nużyły wręcz. Nie potrafię zrozumieć, że mogły kogoś poruszyć. Lubiłam Jandę. Aż do "Tataraku", przykro mi. Żaden z aktorów nie był trafiony. Sceneria już bliżej, ale też nie do końca. Moment... Zgodzę się, że każdy z nas inaczej odbiera książkę, ma inne wyobrażenia itd. 
Hm, może w takim razie nie powinnam oglądać adaptacji swoich ukochanych książek? "Kochanków z Marony" też nie powinnam oglądać? "Panien z Wilka" również?
3/10. Trzy za zdjęcia. Nie polecam.

Szykuję sobie kolejną miskę orzeszków pistacjowych, rozlewam wino i włączam dramat. Z ulubioną Tildą Swinton. Mało świąteczny, ale mamy chęć. A orzeszków mamy w tym roku 1,2 kg. Będę gruba i szczęśliwa ;)


wtorek, 25 grudnia 2012

Świątecznie

Przedwczoraj zrobiłam pierwsze w moim życiu pierogi - biegowe, bo z kaszą gryczaną, twarogiem i pietruszką. Bałam się, ale niepotrzebnie, bo wyszły absolutnie pyszne, mięciutkie, teraz już zawsze będę robić sama :) 

A tymczasem odpoczywamy - wróciliśmy właśnie od rodziców, jednych i drugich. Kompot z suszu i barszcz się robią, a my marzymy o tym, by poczuć głód...

Zobaczcie, jakie sobie prezenty zrobiliśmy, czyż nie pięknie? To cud, że jeszcze nigdy się nie zdublowaliśmy, z żadną książką, na żadną okazję :)

Bogaty Gwiazdor w tym roku, pięknie! Ale dla mnie co roku najważniejsze jest to, że spotykamy się z najbliższą rodziną i w zdrowiu. Wiem, że mamy szczęście.

Układamy się w łóżku z książkami, taki trudny wybór, tyle nowych rzeczy do czytania! 

Pozdrawiamy świątecznie z naszą piękną choinką (malutka, ale jaka gęsta!), rodzinnych i biegowych świąt ;)




poniedziałek, 17 grudnia 2012

Kwestia szczęścia

Mało gram ostatnio z powodu braku czasu, ale jak już gram, to zwykle wygrywam. W czasach liceum brałam udział we wszystkich konkursach, jakie mi się nawinęły, dzwoniłam do radia (kilka stacji radiowych, lokalnych) każdego dnia. Zgarniałam masę biletów do kina, teatrów, książki w konkursach ortograficznych (też w jednej z poznańskich stacji radiowych). Podliczyłam kiedyś wszystkie kwity - przestałam liczyć na 250 wygranych i było to w czasie późnego liceum.

Od tamtego czasu gram rzadziej (np teraz w pracy nie mogę słuchać konkretnej stacji radiowej, w której wygrywałam bardzo często), więc te wygrane zdarzają się najwyżej 10 razy do roku.
Najciekawszą wygraną był 3-miesięczny kurs nurkowania na basenie w Poznaniu. Niestety okazało się, że trzeba mieć swój sprzęt...

Oczywiście wygrywam drobne rzeczy, tak jak wymieniłam. Wciąż nie udało mi się trafić choćby "czwórki" w lotto (gram kilka razy do roku, a "trójki" też rzadko się zdarzą), samochodu, podróży na Dominikanę ani domu na Mazurach. Ale trzeba mieć nadzieję ;)

Kilka tygodni temu w pracy mieliśmy taki dzień z konkursami, ja akurat brałam udział w recyklingowym starciu (nie takim klasycznym, bo były odpady z hali produkcyjnej) i cóż... Nie mając praktycznie do czynienia z halą, wygrałam z osobami, które tam pracują 8h każdego dnia. Wygrałam telefon komórkowy ;)

A dziś rano okazało się, że wygrałam oliwę z Vieste, z Apulii. Był konkurs u Da Capo. A dziś wylosowały mnie rączki córeczki Kasi. Pozdrawiam obie i dziękuję. Obiecuję, że wykorzystamy olej najlepiej, jak będziemy potrafili!




niedziela, 16 grudnia 2012

Wrzenie Świata



Są takie miejsca, w których czujemy się, jak w domu, chociaż domem naszym nie są. Nie chodzi tylko o ludzi, sprawiają to również, jeśli chodzi o mnie, m.in. książki. Szlajaliśmy się po Nowym Świecie i chyba trochę przypadkiem trafiliśmy do księgarskiego zakątka Mariusza Szczygła WRZENIE ŚWIATA. Czułam się tam jak w domu. Cudowne miejsce, w którym postanowiliśmy się rozgrzać grzanym winem. Usiedliśmy, każdy wziął do ręki kilka książek i rozmawialiśmy długo o tym, ile książek kupujemy, czytamy i jak bardzo jesteśmy od tego uzależnieni. Fajne uzależnienie, tak myślę. 


Ilekroć będę w Warszawie, chcę wstępować do Wrzenia Świata.


Adres, który zapamiętajcie, wybierając się do Warszawy: Wrzenie Świata, ul. Gałczyńskiego 7 w Warszawie, wejście też od Nowy Świat 48.

ps. Dzisiaj nadprogramowo kupiliśmy za 100zł w Matrasie 5 książek. No ale jak tu nie brać, gdy Akunina dają za 11zł? Nie mamy już miejsca, czas na nowy regał, ale kto by się tym przejmował... ;)




sobota, 15 grudnia 2012

Orson, najcieplejsze wspomnienie z Warszawy


Bardzo się boję psów, od zawsze. I tak jest lepiej, bo kiedyś przechodziłam na drogą stronę ulicy, gdy z naprzeciwka szedł właściciel z psem na smyczy.
Ale kocham zwierzęta, wszystkie, bez wyjątków (tak, chciałabym mieć żyrafę, słonia, nosorożca i borsuka) i one chyba to czują, bo przychodzą natychmiast. I wtedy muszę opanować strach.

Kiedy przyjechaliśmy do Agaty, do Warszawy, okazało się, że jest tam Orson, bokser, czyli w moim mniemaniu pies WIELKI. Jak on patrzył! Jak się łasił, niczym kot! I wciąż domagał się głaskania. 
Piękne, ogromne oczy, zwracały się w moją stronę, ilekroć przerywałam pieszczoty. Nie było rady.
Zdobył mnie całkowicie, kiedy położył łapę na moim kolanie, domagając się głaskania.

Orson, nie przeszkadzało mi nawet, kiedy śliniłeś moje spodnie, serio.
I tak Cię kochałam, mimo mojej alergii. Wolałam walczyć z bólem głowy, niż pozbawić się Twojego towarzystwa.
Bo patrzyłeś z taką ufnością, tak poczciwie, że niemal od razu uwierzyłam, że nie chcesz mnie zjeść... ;)

Orson zachorował, spędziłam z nim tylko kilka godzin, zmarł kilka dni temu. Bardzo mi smutno. Pozdrawiam serdecznie właścicieli i współlokatorów. Stracili członka rodziny.



niedziela, 9 grudnia 2012

Warszawa, lubię to.



O Warszawie będzie kilka razy.

Pałac Kultury mienił się kolorami, mijałam go kilkanaście razy w ciągu tych kilku dni. Nie, nie byłam bardzo blisko, ale on zawsze był w tle. Ten chudzielec obok mnie to Agata, niezwykła osoba. Lubimy ją bardzo. Dzięki niej ten wyjazd na długo zapamiętamy. Dzięki niej chcemy tam wracać. Zawsze po spotkaniu z nią chce mi się więcej. Czytać, oglądać, zwiedzać, gotować, poznawać. Inspiruje.


Nie lubiłam się z Warszawą długie lata, ale tydzień temu odkryłam ją na nowo. To prawdziwe europejskie miasto, gotowe na przyjęcie turystów. Czysto, równe chodniki. Banał? Ha! Zapraszam do Poznania. Smród, brud, na chodnikach można poskręcać stawy skokowe... 


Polubiłam się więc z Warszawą, bardzo się zmieniła w ostatnich latach. Trochę mimo wszystko przeraża ilość wysokich budynków, bo wolę włoski styl, zdecydowanie, no ale... naprawdę jest ładnie w naszej stolicy!


ps. Tak, wiem, na zdjęciu widoczne śmieci. Uwierzcie, to wyjątkowy obrazek.



piątek, 30 listopada 2012

Warszawo, I'm coming!

No właśnie. Spakowana. Jeszcze tylko sprawdzenie, czy wszystko jest i spać.
Służbowo będę w stolicy w poniedziałek i wtorek (szkolenie), więc pomyślałam, że skoro wybieramy się do Agaty od stu lat... :) Jutro już jedziemy, Michał wróci w niedzielę wieczorem, a ja zostanę.
Dodatkowo Sebastian, biegowy kolega z zakładu w Szczecinie, którego gościliśmy u siebie w czerwcu z okazji Półmaratonu w Grodzisku, też został zaproszony i przyjeżdża już w niedzielę, więc emocje zapewnione z wymienioną dwójką :)

W Warszawie byłam 100 lat temu, a razem z Michałem byliśmy tylko kilka godzin, przejazdem i naprawdę nam wstyd, że dotychczas się nie udało dobić do A. Ale, czytająca Agato, nadrobimy jutro, prawda? :)

Uciekam do książki, pojawię się tu pewnie dopiero pod koniec przyszłego tygodnia, uciekam śnić o Warszawie.

środa, 28 listopada 2012

SKS

Piątek to dla nas taki dzień, kiedy czujemy zmęczenie po pracy z całego tygodnia i zwykle idziemy spać o 22. Skoro jesteśmy tacy zmęczeni w ten dzień, to dlaczego nie pić piwa ze znajomymi i zwalczyć stan "nie mam na nic siły"?
Ostatnio piątki wyglądają u nas podobnie: zaprosimy go na kawę? Ok. Wyszedł o 2, po kilku winach z nami wypitych. A w ustach aż sucho od gadania.
Albo: może sąsiedzi wpadną ok 20 na kawę? Chodzą spać jak i my, czyli z kurami, więc luzik. Przyszli. Zasnęliśmy o 2.
I tak jakoś wychodzi, że te piątki się zrobiły trochę imprezowe. Oczywiście, że fajnie, chociaż w sobotę chodzimy trochę do tyłu. I nie z powodu kaca, którego miewamy niezwykle rzadko, ale z powodu niewyspania. Ja to nazywam "niedogodnością z powodu małej ilości snu", choć obojętnie o której się obudzimy (maks 9), to nawet mięśnie bolą - czy może tak być, skoro w nocy tylko siedzieliśmy i rozmawialiśmy?! Moja mama mówi, że to nie żadna niedogodność, tylko SKS - Starość Kurwa Starość. 

W miniony piątek do Poznania przyjechała Alena ze swoją dziewczyną Asią, o której już pisałam kilka razy, więc powtarzać się nie będę. Są z Wrocławia, więc nie można ich nie lubić, sami rozumiecie.

Wpadły do naszego miasta na jedną noc, na imprezę urodzinową swojej koleżanki, więc my postanowiliśmy zabrać je na pizzę do Bar a Boo przed tymi urodzinami. Jak zawsze spędziliśmy z nimi niezwykły czas, bo obie są niezwykłe i bardzo inspirujące. Dalej było standardowo. Odprowadziliśmy je na 20 pod knajpę, w której miała być impreza, one zapytały, czy może na jedno wejdziemy i ani się obejrzeliśmy, a my znowu na autobus o 1:04 szliśmy. 
Ale obudziliśmy się z uśmiechem na twarzy, wspominając rozmowy z nimi, których nam często brakuje. Bo są fantastyczne! Do tego okazało się, że Asia zaczęła też biegać, więc namawiam ją na jakiś starcik w przyszłym roku, jak już będę mogła biegać... :)
Alena obiecała przeczytać Iwaszkiewicza, moją miłość. Alena, czytasz? :)

Lubię ostatnio nasze piątki. Ale miniony był wyjątkowy, dziękuję.



niedziela, 25 listopada 2012

Filmowe weekendy


Taką zapiekankę zaproponowałam ostatnio na obiad, a właściwie kolację i się sprawdziło: zarówno Michał, jak i gość byli zadowoleni. No bo jak tu nie lubić zapiekanek?
Ale to było jakiś czas temu, a wczoraj zmodyfikowałam... No dobra, w sumie to mój pomysł od zera. Widzicie, my lubimy wszystko, w mniejszym lub większym stopniu, ale ciężko wskazać rzecz, która nam nie przejdzie przez gardło (o, ja mam tak z sokiem z buraków!), dlatego jesteśmy zdania, że nawet jeśli coś średnio lubimy, to czasem warto to zjeść, by dostarczyć sobie innych niż zwykle witamin itd. Tak mamy z brukselką. Dlatego trzeba ją jakoś zawsze przemycić :)

Wczoraj zrobiłam zapiekankę makaronową z brukselką, cukinią, kurczakiem (okazał się zbędny) i polałam wszystko śmietaną 12% wymieszaną z solą, pieprzem i jajkiem.
Mniam!


A po zapiekance był film, ale zanim o nim, cofniemy się trochę, filmowo właśnie..
Na "Śnie Kasandry" (2007, Woody Allen) byłam w kinie dawno temu, a ostatnio odświeżyłam sobie to z Michałem, który oglądał po raz pierwszy. Cóż, to nie jest typowy Allen (aż można mieć wątpliwości, czy Allen w ogóle maczał w tym palce), ale dobry dramat, dobrze zagrany, zgrabnie poprowadzony. Mi się podobał ( tak, lubię Allena, również ten film, bo podobno jego fani "Kasandry" nie znoszą) i będę go polecać, nastawcie się jednak na dobry dramat, nie kojarząc go z tym wybitnym reżyserem.

Z kolei ja w końcu dotarłam ostatnio do "Siódmej pieczęci" (1957, Ingmar Bergman), którą to Michał absolutnie uwielbia. Cóż, dużo złego na temat tego filmu powiedzieć się nie da, bo to Bergman, bo świetni aktorzy, ale dla mnie jednak za dużo symboliki i średnio do mnie trafiają takie filmy o cienkiej granicy pomiędzy życiem i śmiercią itd. Ale podziwiam ludzi, którzy widzą w tym filmie geniusz - może po prostu jestem za głupia? Cóż, bywa. Bardziej ten film cenię, niż lubię. Mimo wszystko dla mnie 7/10.

W międzyczasie obejrzeliśmy też "Małe dzieci" (2006, Todd Field) z jak zawsze doskonałą Kate Winslet. Dla mnie klasyczny przykład nieszczęśliwej kobiety, która związała się z niewłaściwym mężczyzną i nie ma odwagi żyć po swojemu. Pomijam już fakt, jakie okropne są amerykańskie przedmieścia z tymi fałszywymi, głupimi ludźmi... Oczywiście, że generalizuję. Ale ona właśnie trafiła do najgorszego z takich miejsc. 7/10.

Wracam do pierników, bo same się nie rozwałkują... :)


poniedziałek, 19 listopada 2012

Dolce far niente

Wzięłam na dziś urlop, żeby pisać mgr. Nie zrobiłam nic. Tzn nie zupełnie nic: rozciągałam i masowałam udo 2 razy (Za chwilę po raz 3.), obejrzałam 2 filmy (nie, niezwiązane z magisterką), poczytałam trochę, robiłam ćwiczenia z włoskiego, miałam zrobić polędwiczki wieprzowe nadziewane szpinakiem i gorgonzolą, ale nie wyszły, więc zrobiłam coś na kształt... I tyle. Czyli nic.
Jakiś taki beznadziejny dzień.
A! Oczywiście! Byłam w lumpie, jak co tydzień. Tym razem jedynie koszulka za 7zł, ale idealna pod nowa granatową marynarkę, którą zdobyłam kilka tyg temu za całe 20zł.
Tak, uwielbiam lumpeksy, a ostatnio mam znowu na nie nawrót. Bez szaleństw, nie jestem ortodoksem z cyklu "Tylko tam teraz kupuję", no ale w sumie od mniej więcej 8-9 tyg chyba nie było takiego, żebym nic nie kupiła, serio. Tylko spodni nie mogę tam kupić, no jakoś nie trafiam. Za to koszul mam od groma.
Nie martwcie się, nie będzie tu żadnego modowego bloga teraz :) 


Czy Poznań naprawdę nie lubi rowerzystów? Smutne. Kilka tyg temu gościliśmy u siebie sąsiadów, którzy kilka lat mieszkali w Krakowie i mówili, że byli załamani tamtejszą rowerową infrastrukturą. Że wąsko, że mało ścieżek, że niemili kierowcy i że się nie da rowerem do pracy tam jeździć, bo równa się to z samobójstwem. Tym bardziej dziwi taki wynik, Poznań na dalekim miejscu wg Rower Tour, a Kraków wyżej od nas. Nie rozumiem chyba czegoś...

Czytam Akunina (dobre, wciąga, a to znaczy, że dobry kryminał, right?), przeplatam z ćwiczeniami na passato remoto, ale opornie idzie... Głupi to czas, nie lubię go, ale wiem, że muszę znać. Jak to mówiła nasza nauczycielka Ania "Bez remoto nie byłoby bajek, wszystkich powieści...". Prawda. Skoro czytam/i/lub chcę czytać książki po włosku, muszę znać ten czas.

A wracając do sąsiadów, Eli i Wojtka, lubię ludzi, którzy przy pierwszym spotkaniu chcą pożyczać mi książki (wiecie, już po 3 zdaniach wywiązała się dyskusja o Kunderze...Ale nie bójcie się, nie zawsze taka jestem). Przeczytałam od niej "Filozofa i wilka" Rowlandsa. Ciekawa, choć nie rewelacyjna, nie czyta się jednym tchem, ale nie nudzi. Zawsze chciałam mieć wilka. I właśnie o tym jest ta historia: profesor filozofii kupuje wilka. Piękna przyjaźń, zwierzęta są cudowne. Przeczytajcie, jak gdzieś dorwiecie. Autor książki przypomniał mi, że miałam kupić i przeczytać Jane Goodall - może gwiazdor przyniesie?


Miłego tygodnia!

niedziela, 18 listopada 2012

Zmiany

Od dziś o bieganiu będzie TU. Chociaż na razie jest o niebieganiu...

Porządku, porządkami, wracam do pisania tego, co trzeba. Odezwę się jutro.

Miłego wieczoru.

Jutro mam wolne, aj!




czwartek, 15 listopada 2012

Skąd oni się biorą?







Złapało mnie przeziębienie, chwilowe osłabienie, ale nie mogę znowu iść na zwolnienie, więc ostatnie dni po pracy przesypiam. Obudziłam się i postanowiłam z Wami czymś podzielić. Zadziwiał mnie już w przeszłości, ale dziś powalił. 


Dobranoc.

niedziela, 11 listopada 2012

ITBS - po wizycie u Dr Marszałka


To już 9 tyg bez biegania...
Dziś post dla tych biegających.


We wtorek byłam u Marszałka, bo już ujechać z nogą nie mogłam, z kolanem dokładnie, jeśli ktoś zapomniał. Obalił kilka mitów, które gdzieś wyczytałam i się ich trzymałam - np. ITBS (u mnie to dokładnie Zespół Tarcia Pasma Biodrowo-Piszczelowego) wcale nie wynika ze słabych mięśni ud, jak wszędzie trąbią, tylko z napięcia pasma. Jak tego uniknąć? Rolować mięśnie na butelce po treningach i więcej lub dokładniej się rozciągać po biegu.
Absolutnie nie mam robić kledzika dopóki nie wyleczę kontuzji. To niepotrzebne obciążenie, a wszystkie ćwiczenia, przez które noga jest długo prowadzona wyprostowana, szkodzą, bo nie rozluźniają, tylko napinają pasmo. A kontuzja wynika z napięcia właśnie.

Zmartwił się, że 8 tyg mam przerwy, a wciąż boli przy próbie biegu od 2-3 km.Masował mnie, ale stwierdził, że trzeba jednak kłuć metodą dry needling. W czworogłowy. Nie boję się igieł, jednak nie patrzyłam. Uczucie było takie: wkuwa się i jest ok, ale potem jakby strzelił w główkę igły, no i była masakra. Zobaczyłam przed chwilą na youtubie i robią to inaczej - mi tak chyba nie dłubał tą igłą, bo wydawało mi się, że po wkłuciu jest tylko 1 krótki strzał... Powodował łzy w oczach i niemal przekleństwa. Chwilę przed igłowaniem, powiedział, ze jest to dość nieprzyjemne, ja odpowiedziałam, że w tym gabinecie przeżyłam taki ból przy masowaniu troczków mięśniowych, łączących kostkę z shinem, że na pewno nie może mnie spotkać nic gorszego. Chwilę później zmieniłam zdanie. Zaręczam, że było to dużo gorsze.

Ledwo się dokulałam tego dnia do domu, nawet skarpetki nie mogłam zdjąć samodzielnie, o spodniach nie wspominam. Kolejnego dnia było ciut lepiej, ale na schody spoglądałam z dużą pokorą i przejście kilku stopni zajmowało mi dłuższą chwilę.
Pan doktor powiedział, że przez 2-3 dni będę obolała, a potem mam masować to miejsce to suchym kłuciu. Dziś jest niedziela, wciąż omijam to miejsce. I nie mogę rolować na butelce, ani porządnie masować. A dzisiaj wg zaleceń lekarza miałam pobiec! Ale u mnie wszystko się dłużej goi, mam bardzo niski próg bólu.


Wczoraj napisałam do niego maila. Odpowiedział, że rzadko się zdarza, ale jednak czasem występuje takie zjawisko, że ból utrzymuje się dłużej. Do czasu ustąpienia tych dolegliwości, mam masować czworogłowego na zasadzie przesuwania tkanek, a jak ból minie, mam potruchtać, albo spróbować marszobiegiem.
W przypadku wystąpienia bólu kolana podczas biegu, mam przejść do marszu i potem znowu pobiec, obserwując, czy to pomoże.

Reasumując: masować, rozciągać czworogłowy, rolować na butelce. Nic więcej, żadnych ćwiczeń.


A teraz czas zjeść rogala...kolejnego ;)


ps. Co do dzisiejszego dnia, mam podobne zdanie, jak koleżanka stąd.
Bardzo fajny post, a płytę Marii Peszek polecam - jak nigdy, bo chyba pierwszy raz do mnie trafiła tak naprawdę. 

Miłej niedzieli!


niedziela, 4 listopada 2012

Campodimele


Jak zwykle mieliśmy szczęście - gdy wiedzieliśmy już, że w tym roku pojedziemy do Terraciny, zaczęliśmy szukać niewielkich miejscowości w jej okolicy, które możemy zwiedzić.
Michał ma tego farta, że w pracy może słuchać Tok Fm (u mnie nikt by się nie zgodził pewnie, zresztą nie ma czasu, by słuchać rozmów, zbyt często u nas w biurze dzwoni telefon), a tam od poniedziałku do piątku można posłuchać krótkiego felietonu Piotra Adamczewskiego, po 11.
Polecam wszystkim, którzy mają okazję. Oczywiście często mówi o śródziemnomorskiej kuchni, ale naprawdę nie zawsze.

 I kilka dni po decyzji o wyjeździe do Terraciny, Adamczewski popełnił audycję o Campodimele. Bardzo interesujące miejsce, zwane inaczej Miasteczkiem Długowieczności, ponieważ średnia długość życia jego mieszkańców wynosi ponad 90 lat! Zaczęliśmy szukać. Okazało się, że leży ok 30 km od naszej bazy wakacyjnej!
A na dodatek została wydana książka o Campodimele właśnie! (recenzja po włosku dla chętnych :))


Natychmiast ją zamówiliśmy i jednocześnie poinformowaliśmy rodziców o jednym z najważniejszych kierunków tegorocznych wakacji. Książkę oczywiście warto kupić, wskazuje na to choćby wydawnictwo, które ją wydało. Chyba nie nacięłam się na nic od Czarnego. A poza tym jest zgrabnie opisane życie mieszkańców Campodimele, których nota bene jest niewielu, niespełna 700
Jaka jest recepta na długowieczność? Nic zaskakującego - żyć zgodnie z naturą, jeść to, co mamy ze swojego ogrodu, bez chemii, ruszać się sporo (praca w ogrodzie to ten ruch, w Campodimele nawet po "80-tce" trzeba samemu doglądać ogrodu), uśmiechać się i prowadzić raczej towarzyskie niż samotne życie. Poza tym mało kto pali, a wino pije się tam tylko symbolicznie, bardzo rzadko.

Wybraliśmy się tam w środku tygodnia przed 12, miasteczko to klasyczny przykład dla zwolenników ruchu Slow Food (jest tam nawet restauracja tego typu), ale i slow life. Jest niezwykle spokojnie i leniwie, nawet jak na małe włoskie miasteczko. Kupiłam u miejscowych figi. A właściwie dostałam, bo uznali za niedorzeczne ważyć i kasować mi 4 figi. Pyszne :)

Zagadnęłam mieszkańców, nie byli zadowoleni, że przywiodła mnie do nich książka Tracey Lawson, ponieważ "Ta książka to bzdury, w zeszłym roku zmarł mój sąsiad na zawał, miał 56 lat" - powiedziałam, że w takim razie "Wyjątek potwierdza regułę", ale uznali to za kiepski żart... Podejrzewam, że mają dość turystów, którzy odwiedzają Campodimele, by odkryć tajemnicę długiego i zdrowego życia.



"amfiteatr" w Campodimele




czwartek, 1 listopada 2012

Pożegnanie Chustki

Leżę, czytam i poprawiam pracę dzisiaj, bo cmentarz odwiedziłam w sobotę. Poprawiam pracę magisterską, oddałam II rozdział w końcu... :) Jakoś lżej i lepiej dzięki temu, teraz już z górki, bo połowa za mną.
Mam tylko nadzieję, że tej drugiej nie będę pisała też 1,5 roku ;) 

A wczoraj w końcu miałam włoski, z Justyną. Ach, cóż za dziewczyna! Rozmawiałyśmy o życiu, mniej więcej omówiłyśmy, jak będą wyglądały nasze wspólne lekcje co środę, które uskutecznimy w pewnej sympatycznej kawiarni na Starym Rynku. Długo nie mogłyśmy zgrać pierwszego terminu, bo albo ja byłam chora, albo ona, albo jeszcze coś.

Kto jeszcze nie widział, niech zobaczy, jakie cudo mój kolega znalazł. Kurosanty, moi drodzy. Myślę, że trzeba się bardzo napracować, by tak napisać nazwę rogalików. Uch, pomysłowość ludzka nie zna granic, szczególnie, gdy błądzimy po sferach nam nie znanych. Rozumiem, że można nie wiedzieć, jak to się pisze, ale w takim razie po co wymyślać? Zresztą, dalszy komentarz naprawdę jest zbędny.
 

Chciałam Wam dać odrobinę radości w taki dzień, w dzień zadumy i refleksji. 
A teraz prysznic.

Myślałam, że dzisiaj o niczym takim się nie dowiem, ale w poniedziałek zmarła dziewczyna, której blog podczytywałam. Kolejne żniwa zebrał rak. Bardzo smutne. 

Chustko, już mi brakuje postów, które mimo wydźwięku dość jasnego, jednak dawały wiele radości. Śmiałam się często nad Twoim blogiem, naprawdę. I tak bardzo Ci kibicowałam! Pomarańczowa chustka już zawsze będzie się kojarzyła z Tobą, niezwykle pozytywnie. Dziękuję Ci.



środa, 24 października 2012

Maraton w Poznaniu 2012

Michał po: ubrany, rozciągnięty,
 po piwie, 
ruszamy do domu :)


Żebyście nie myśleli, że zapomniałam o maratonie :) Michał debiutował w 2011 roku z czasem 4h 04min, który to czas oczywiście go totalnie nie zadowolił... Chciał pięknie zadebiutować poniżej 4h, no ale dobrze. Ponieważ Michał mój nie ma w sobie żyłki współzawodnictwa i zawody totalnie go nie kręcą, startuje w maratonach tylko 1 raz w roku + ewentualnie półmaraton w Poznaniu wiosną. A biegnie w tych zawodach, by sprawdzić, czy to, co nabiegał, jest właściwe. W tym roku zależało mu na złamaniu 3h 50min. Na metę przybiegł prawie minutę szybciej! Czy mogłoby być lepiej? Następnego dnia rowerem pojechał do pracy, a po niej wyruszył na 30 minut roztruchtania i do końca tygodnia robił roztrenowanie - lightowe biegi co drugi dzień. W tym, tygodniu biega poważniej, ale uważa, że wciąż na luzie - studiuje tabelki Skarżyńskiego i chyba już myśli o kolejnej życiówce. Jak twierdzi "Przy śniadaniu w pracy zastanawiałem się, czy coś wczoraj biegłem"... Ja uważam, że jest stworzony do biegów ultra. Myśli zresztą nieśmiało o "setce". Ale nie ukrywajmy, że Michał solidnie się przygotowywał do obu maratonów, biegał solidnie 4 treningi w tygodniu i gimnastyki siłowej sporo robi, nie zapominając o długim i porządnym rozciąganiu.

Spotkałam też większość Drużyny Gazety - przed, w trakcie i po. Wrzucam zdjęcie z kilkoma osobami po biegu, Michała też wzięliśmy :) Lubię je. Będę na nie patrzeć jak na motywator. Cieszę się, że wszystkim się udało, że większość pobiegła według swoich założeń i że chcą dalej biegać. Jednocześnie im bardzo zazdroszczę, bo ja próbowałam po ponad 5 tygodniach przerwy i kolano wciąż boli. Jest mi bardzo źle :( Michał podpowiada, że to może być sprawa butów. Nie chce mi się w to wierzyć, ale w sobotę dam szansę jego Nike Free (na szczęście możemy nosić ten sam rozmiar dzięki mojej słoniowej stopie). Jeśli będzie bolało, wybiorę się do dr Marszałka.

Cieszę się, że mogłam pomóc kilku osobom, najpierw na 16.km, gdzie miałam podać butelkę wody Aśce z Drużyny, ale... zostałam na całą godzinę, żeby reszcie pokibicować, biegło prawie 20 moich znajomych! Potem ruszyłam na 31.km, gdzie rozdawałam żele Czepiakowi i tak naprawdę reszcie, bo Czepiak dała mi żel, by jej podać, a dla pozostałych miałam galaretki z Decathlonu, o których Wam kiedyś pisałam. Jemy je podczas długich biegów. Rozdałam wszystko, poklepując tych, którzy tego potrzebowali, krzycząc słowa otuchy i po cichu im zazdroszcząc. No tak już mam. Ale żeby nie było - życzę Wam wszystkim dobrze :)))
Potem spotkałam się z większością już na mecie - oddałam bluzy, które mi dali na pocieszenie, dopytywałam, jak poszło i znowu zazdrościłam, że tak świetnie wszyscy wyglądają!

Staram się nie myśleć o bieganiu w kategorii przebiegnięcia maratonu, tylko chciałabym przede wszystkim wyleczyć nogę, by biegać w ogóle. Bo naprawdę to polubiłam. Tylko jak tu się nie zniechęcić, gdy się robi niemal codziennie te ćwiczenia, masaż butelką, rozciąganie... 
I nic.



wtorek, 23 października 2012

Touching the void

Dzisiaj o trzech ostatnio obejrzanych filmach. Nie ma tego dużo, bo nie ma głowy do dobrych filmów.

Maria łaski pełna (Maria Full of Grace, 2004), amerykańsko-kolumbijska produkcja, w której główna bohaterka z braku pieniędzy, pracy i perspektyw, zgadza się przeszmuglować narkotyki z do Nowego Jorku. Za jedną taką "jazdę" ma zainkasować kwotę, która pozwoli jej jej kupić dom w Kolumbii. Kuszące? Nawet bardzo, szczególnie dla kogoś, kto marzy, żeby się wyrwać z małej kolumbijskiej dziury. Imię, plakat i kilka innych rzeczy są dość symboliczne.
Przypadkiem trafiliśmy na ten film któregoś wieczoru, gdy włączyliśmy TVP Kultura i nie uważamy tego czasu za zmarnowany. Dobrze poprowadzony, zgrabnie zagrany. Smutny - takie filmy (o dziewczynach, które zrobią wszystko, by zmienić swoje życie, naprawdę wszystko) zawsze sprawiają, że mi smutno. Żal tych dziewczyn. Szczególnie, że takich historii, głównie stamtąd, jest sporo.

Tym razem na konkretnych faktach, na podstawie historii Joe Simpsona i Simona Yatesa, obejrzeliśmy Czekając na Joe (Touching the Void, 2003). To historia alpinistów, którzy postanowili zdobyć ostatni nieprzetarty szczyt w Andach. Kilka takich filmów już było, powiecie, ale ten jest najlepszy. Uwierzycie, że drżałam? Oczywiście też z zimna, patrząc na skute lodem góry, na śnieg, na samą myśl, jak im musi być zimno.
Ogromne wrażenie zrobił na mnie film, bardzo realistyczny, nie wiem, czy można by było lepiej oddać klimat. Nie chcę zdradzać za dużo, nie chcę Wam psuć, bo kto jeszcze nie widział, ten po prostu MUSI.
Dla mnie 10/10.

Czerwony Kieślowskiego. Bo w końcu trzeba skończyć trylogię. Oczywiście nie jest tak dobry, jak Niebieski z ukochaną Binoche, ale ogląda się z zainteresowaniem. Tytułowy kolor trochę przytłacza, bo jest naprawdę wszechobecny. Ani historie, ani bohaterowie nie porywają tak jak w Niebieskim, ale i tak warto zobaczyć - zaskakujące są dla mnie zachowania dwojga głównych bohaterów, podoba mi się też motyw przypadku. Teraz czekam na ostatnią część. Tak, ostatnią, czyli drugą, bo po co oglądać trylogię po kolei, jak można inaczej? Ech, zgubił nas pośpiech tym razem ;)


A piszę o filmach dzisiaj, żebyście zdążyli kupić bilet za 5zł na czwartkowy pokaz w Muzie. Kto widział (zaliczam się do tych szczęśliwców), nie musi pędzić na przepiękny "Le quattro volte" o 16, który Wam serdecznie polecam, ale potem, na 17:30, wybieram się na "Na północ od Kalabrii", polski dokument. Myślę, że może być ciekawie. Trwa tylko 1h. I kosztuje tylko 5zł.



niedziela, 21 października 2012

"We're all amazing!"

No to niech będzie najpierw o Jurku.
Cóż, znamy go wszyscy (tzw. czytający lub świadomi) biegacze, jeśli się choć trochę interesujemy naszym światkiem biegowym, co najmniej od książki "Urodzeni biegacze", a teraz mamy książkę o tym, jak Scott Jurek się odżywia i w ogóle "Jedz i biegaj" to jego historia o bieganiu. Tu trailer książki (dziwne zwyczaje, doprawdy), patrzcie, jaki on chudy! :)

To wielokrotny zwycięzca ultramaratonów z Stanach, nie tylko tam zresztą. Wklejam TU jego osiągnięcia, ale nie będę Was zanudzać liczbami (bo jeśli ktoś nie biega, to co mu mówi, że w biegu 24-godzinnym przebiegł ponad 240km? A jak ktoś biega, to to jest dla niego i tak abstrakcja. Linkuję wystarczająco; kto chce, doczyta.

Dla wielu ludzi (dla mnie od dłuższego czasu już nie) zaskakujące jest, że on nie je mięsa. Nie tylko nie je mięsa, ale też jajek i serów - jest weganinem. Tak naprawdę jego paliwo to rośliny, fasola, ziemniaki.
Niezłe, co? Normalny (niebiegający) człowiek pomyśli, że to możliwe, bo przecież, żeby biec i wygrać bieg 160-kilometrowyw  górach, trzeba mieć siłę, a siła jest wtedy, gdy zjemy mięso. Nic bardziej mylnego. Może jeszcze wieprzowina? Tak, to świnie najbardziej faszeruje się antybiotykami i całym tym ustrojstwem, żeby ich droga na ubój była krótsza.
Scott Jurek przestał jeść mięso nie z powodów ideologicznych (sorry, ale hasło "Nie jem mięsa, bo zwierzęta nas nie jedzą" nigdy do mnie nie trafiało), ale dlatego, że jest po prostu niezdrowe.


My nie zjadamy chętnie antybiotyków i sterydów, prawda? To dlaczego jemy mięso zwierząt, które są tym karmione? To i tak trafia do naszych żołądków. I to już jest dla mnie logiczne, ale z mięsa zupełnie nigdy nie zrezygnuję pewnie, bo je po prostu lubię.
Tylko... co my jemy z mięsa? Rozłożyliśmy z Michałem na czynniki pierwsze naszą kuchnię w ostatnich 2 latach, czyli odkąd biegamy. Zdarza mi się robić kotlety, ale z piersi kurczaka - 2 dni w tygodniu. Zdarzają się klopsy mielone, też 2 dni w tygodniu, ale wymiennie z kotletami. Więc mięso na obiad jest 2-3 razy w  tygodniu (pierś z kurczaka wrzucam do kaszy jęczmiennej z warzywami), do tego ryba, reszta to węglowodany, zdarzą się pierogi ruskie z boczkiem - i tyle jeśli chodzi o mięso! Jest też pizza z owocami morza, którą robimy 2 razy w miesiącu, ale ją wrzucam do dań rybnych i około-. Michał czasem używa szynki do chleba, ale sporadycznie (ma taki tydzień "na szynkę" co 2-3 tygodnie), czasem zrobię kurczaka, ale rzadko, bo cały dla nas to za dużo.
Zupy robię głównie na mięsie. I właściwie tyle. Serio!
Jagnięcinę uwielbiam, ale jest droga, a świnia jest dla nas za tłusta - no sorry, ale po mięsnym obiedzie nie biegnie się dobrze, bo mięso długo się trawi, w przeciwieństwie do węglowodanów, które szybko tracimy.
Jemy mało mięsa, ale dlatego, że nie mamy takiej potrzeby. Wolę rybę od świni, wolę kaszę i makarony. Wolę klopsy z ciecierzycy i marchewki, albo z kaszy gryczanej i twarogu - od tych z mielonego mięsa.
No i  zup jemy sporo.

I tyle - generalnie bardzo uważamy na to, co jemy w dniu biegu (jeśli biegniemy wieczorem) lub dnia poprzedniego (jeśli trening będzie rano).

Ale o bieganiu na razie nie myślę, bo nie biegam. Już 5 tyg! Kolano (chyba) już ok, wciąż robię ćwiczenia i rozluźniam pasmo biodrowo-piszczelowe, ale teraz jestem chora, więc wykluczyło to dzisiejszy próbny trening. Trzymajcie więc dalej kciuki.

A! Nie napisałam, czy warto "Eat&run" czytać! No oczywiście, że warto. Sporo informacji dla laików, do których przecież się zaliczam. Znajdziemy coś odnośnie jedzenia, oddychania, ćwiczeń ("Siła płynie z brzucha" i "Bieganie to nie tylko bieganie" - I Jurek tak uważa, cytat pochodzi z) i inspiracji - tak myślę, bo opisy tego, co się dzieje z żołądkiem i głową na 120.km sprawiają, że podziwiam tych ludzi. Wiedzą, że to się powtórzy, ale kolejny raz chcą to zrobić. Jak bardzo trzeba być uzależnionym od biegania, by się zdecydować na 160km po górach? Albo na ok 240km w biegu 24h? Nie wiem, ale jest to godne podziwu. I zazdrości. Wiecie, Scott Jurek pisze w taki sposób, że czujemy ból mięśni, biegniemy z nim... No, wkręciłam się. Naprawdę chce się biec, czytając tę książkę, ale nie ukrywam, że jestem podatna na takie rzeczy.

Dzień przed maratonem poszliśmy do niego, żeby nam książkę podpisał. Bardzo pozytywny człowiek - tak amerykański, że bardziej się nie da ;) Wciąż się uśmiecha, a na moją uwagę, że jest inspiracją i w ogóle amazin', Scott powiedział "Oh, we're all amazing" i w tym tonie się z nim rozmawia :)

Wracam do łóżka, bo wciąż kaszlę i psikam. Miłej niedzieli!



czwartek, 18 października 2012

Krótko

Krótko, bo załadowałam polopirynę, Michał robi mi kakao, a ja do łóżka z Salingerem wskakuję. Krem porowo - ziemniaczany ugotowałam, więc mam co jeść jutro. Zupa dobra na wszystko! 

Choruję, dlatego nie piszę - po powrocie  z pracy zjadam obiad i spać, ale nie udało się choróbska wypocić. Jutro urlop, idę do lekarza, wierząc, że 3 dni w łóżku wystarczą, by nie brać zwolnienia lekarskiego...

A dla ciekawskich: w pracy czasem jest tak, że jest kwas. Trzeba wtedy usiąść i porozmawiać. Tak zrobiłam. Jest dobrze, bo do pracy chodzimy po to, żeby pracować, ale spędzamy tam ok 8h dziennie, więc tolerujmy się, szanujmy; nie musimy się przyjaźnić, ale nie podkładajmy sobie nóg, nie o to przecież chodzi? Okazało się, że wystarczy porozmawiać i jest ok. Zapomnijmy. :)

A w następnym poście będzie o maratonie, o Drużynie Gazety Wyborczej, o S. Jurku, o moich ciasteczkach owsianych i o milionie innych rzeczy, o których wciąż nie mam czasu Wam napisać.

Ci vediamo!

wtorek, 9 października 2012

Vorrei studiare!

Miałam pisać w niedzielę, ale tak wyszło...a potem było już tylko gorzej. W pracy jest bardzo przygnębiająca atmosfera, przez co nic mi się potem nie chce, ale nie o tym miało być...

Zdecydowałam, że w tym roku odpuszczam kurs włoskiego, bo to są zajęcia 2 razy w tygodniu, do tego ćwiczenia w domu, magisterka, bieganie... Nie, bo znowu niczego nie dokończę. Znalazłam panią Justynę, do której jutro wybieram się na pierwszą lekcję i mam nadzieję, że będziemy kontynuowały tę znajomość 1x w tygodniu. Plan jest taki, żeby nadrobić zaległości i pozbyć się podstawowych błędów, które wciąż popełniam. Dlatego obłożyłam się dzisiaj materiałami z włoskiego, by wypisać to, z czym mam problem lub nad czym chciałabym popracować. Mam nadzieję, że dzięki temu w lutym wrócę do Dante z uzupełnioną wiedzą i Ania nie będzie kręcić nosem. Oczywiście mogłabym zrobić to wszystko sama, ale czuję, że baaaardzo potrzebuję nauczyciela. A co czytam, widać w tle... W sobotę spotkanie z legendą :)

Miłego!




sobota, 6 października 2012

"Podróż Bena" Doris Lessing

Lubicie Orianę Fallacci? Ja lubię. Wiem, że jest kontrowersyjna, nie zgadzam się ze wszystkimi jej poglądami (twierdziła na przykład, że homoseksualizm się leczy... cóż za średniowiecze!), ale z wieloma tak. Lubię ją czytać, choć wiem, że nie we wszystkich środowiskach jest to popularne, ale... who cares? Czytam, co lubię. Chciałabym też zaznaczyć, że należę do bardzo tolerancyjnych osób, choć pewne uprzedzenia mam, ale wstydzę się ich i staram się z nimi walczyć.

Mam tylko "Siłę rozumu", tej najważniejszej, wcześniejszej ("Siły rozumu") nie mam, ale będę miała pewnie wkrótce. Tymczasem ukazała się nowa pozycja "Kapelusz cały w czereśniach", to autobiograficzna książka, saga właściwie - tak o niej piszą. I dobrze piszą.

Ktoś ma? Czytał? Bo się czaję, ale droga okrutnie, a my znowu nakupowaliśmy ostatnio książek i chyba przesadziliśmy.. :) Wybieramy się po kolejny regał typu Billy do Ikei, do której mamy 1,5km skrótem, pieszo, ale regał waży 32 kg, a my bez auta jesteśmy, więc musimy się uśmiechnąć do kogoś :)

Dostałam ostatnio za grosze "O bibliotece" - to zapis odczytu, a nie żadna powieść Umberto Eco, ale dla znawców pisarza warto. Czyta się "na raz", bo krótkie, ciekawe, zabawne. Raczej kolekcjonerskie, jednak Eco to Eco.

Wczoraj natomiast skończyłam "Podróż Bena" Doris Lessing. Trochę rozczarowuje po "Piątym dziecku", ale wciąż odczuwam niepokój, jak podczas czytania, niemal na każdej stronie. Lessing potrafi mną tak wstrząsnąć. Jeśli ktoś nie czytał nic tej pani, to niech nie zaczyna od "Podróży...". Ja czytałam chyba 12 jej książek i ta należy do słabszych, moim zdaniem. Ale może to jest trochę spowodowane tym, że pamiętałam, jak bardzo wstrząsnęło mną "Piąte dziecko" i jak bardzo - dosłownie - bolała mnie każda strona tamtej książki. "Podróż Bena" miała być jej kontynuacją, poznajemy bohatera już nie jako dziecko, lecz dorosłego mężczyznę i pozwala nam to trochę lepiej zrozumieć pierwsza część, ale mimo wszystko... to już nie "to".

Więcej ostatnio czytam, to chyba tak pourlopowo :) Poza tym skoro nie biegam, mam siłą rzeczy więcej czasu. Oczywiście mogłabym ten czas wykorzystać na mgr, ale... znacie mnie, ech.
Wracam do książki (o bieganiu, aby cierpieć jeszcze bardziej), Michał pracuje, za chwilę pewnie zawoła mnie na jakiś film - zrobiłam dziś guacamole (moje pierwsze!), więc będziemy podjadać. A popijać zupą dyniową.

A jutro też napiszę, bo chyba tęsknicie, prawda? :)


majka


ps. Szukam lekcji włoskiego w Poznaniu, ktoś zna kogoś wartego polecenia? Napiszcie do mnie, proszę, nie chcę kogoś przypadkowego, może znacie, mhm? 


niedziela, 30 września 2012

ITBS


Sorry, ale nie pisałam z ważnego powodu. Nie chce mi się nic. Mam kontuzję kolana od kilku tygodni, nie mogę wystartować z maratonie w tym roku, nie mogę nawet biegać. Nie mogę też jeździć rowerem, bo wtedy boli mnie kostka, w związku z tym mnie nosi. Ale wcale nie pozytywnie.
Kolano bolało przed wyjazdem, ale chciałam wierzyć, że przejdzie. We Włoszech biegałam z bolącym, co było największą głupotą wszechczasów. Ćwiczę, masuję butelką, mrożę. Taka moja codzienność. Jestem nie do zniesienia, serio.
Dzisiaj mijają 2 tygodnie, odkąd nie biegam w ogóle i się zastanawiam, czy spróbować. Czy jednak nie będzie bezpieczniej wybrać rolek i poczekać jeszcze tydzień.


Godzinę później.
Zastanawiałam się, wyszłam na bieg i ból wrócił przed 2km. Zawróciłam maszerując.

ITBS to paskudztwo, które już miałam. Ból po zewnętrznej części kolana. U mnie zawsze od 2 km. Spowodowany w dużym skrócie słabymi mięśniami ud i pośladków, często u pronatorów (to ja) z płaskostopiem (to ja 2). Napięcie pasma biodrowo-piszczelowego. Rozluźniam je jeżdżąc na butelce i ćwiczeniami nie tylko kledzikowymi, których nie lubię oraz masując piłką tenisową. Jak już przestanie boleć, dołożę część z tych ćwiczeń i wchodzenie na nasze 8.piętro częściej niż 3 razy w tygodniu. To już 2 lata jak próbuję biegać. Każdy normalny człowiek dawno by zrezygnował. Ale ja naprawdę chcę biegać, naprawdę to lubię.


Gdzieś na przełomie lipca i sierpnia kupiłam sobie nowe buty do biegania, którymi nawet nie potrafię się cieszyć. Asicsy Gel 1170.

Cannelloni ze szpinakiem trochę osłodziło mi dzień, ale tylko na chwilę. Piję zieloną herbatę, za chwilę wino i ląduję w łóżku z książką. Spróbujemy pobiec za tydzień.



poniedziałek, 17 września 2012

Super Babcia kończy 70 lat.



Zastanawiałam się, jak zaskoczyć moją Super Babcię w jej 70. urodziny, które przypadają dziś, 17.09. Lubimy obie coś niestandardowego, więc pomyślałam, że Babcia nie jadła pysznej pizzy w Bar a Boo, ale eee tam. Może teatr? Ale nie w poniedziałek. A jakby ją zabrać do kina na film z Rzymem w tle, który kocha - podobnie jak my? A do tego lubi Allena. Zadzwoniłam w piątek wieczorem i powiedziałam "W sobotę zapraszasz nas na kawę i ciacho, ale w poniedziałek zabieramy Cię 'na miasto'. Weź okulary do czytania, ubrać się możesz luźno. Do zobaczenia w centrum o 17". Trzy dni się zastanawiała, co wymyśliłam ;)
Musicie wiedzieć, że moja Babcia jest naprawdę wyjątkowo nie babcina. Była pierwszą osobą, do której wysłałam smsa w swoje 18. urodziny (9 lat temu) z informacją, że właśnie zrobiłam sobie dready. 
Jest niesamowita, bardzo, ale to bardzo aktywna, wszędzie jej pełno, a zdrowie, wygląd i samopoczucie zawdzięcza pozytywnemu nastawieniu do świata i niezwykłemu sercu, które nigdy nikomu nie odmówiło pomocy - jest najlepsza, naprawdę!
Dlatego wiedziałam, że nie chce wielkiego tortu, elegancji i szampana, tylko różyczkę, ciastko francuskie i kino właśnie. Wiecie jaką gafę trzasnęłam? Przed kinem powiedziałam "Babciu, jakbyś nie nadążała za napisami - bo u Allena jest sporo dialogów - to i tak najważniejszy jest Rzym, right?". Nie widziałam jej kpiarskiego uśmieszku. Po seansie ją przepraszałam. Babcia czyta jak ja, a ja czytam dość szybko. Wybuchała śmiechem nawet przede mną, a angielskiego ani włoskiego nie zna. Przeprosiłam ją po seansie - za to, że zapomniałam, że przecież jest Super Babcią. 

Szkoda, że Multikino, a nie jakieś kino studyjne, ale musieliśmy się dostosować do repertuaru. Ale to nic, Babcia się spłakała ze śmiechu. I jadła urodzinowy popcorn, a nawet piła colę ;) 
Ja nie płakałam, ale sporo się śmiałam, fajny Allen :) Fajny Rzym, świetny Beningi. I po włosku było dużo ;)




sobota, 15 września 2012

Antica Pizzeria Da Michele - piu buona pizza del mondo!




Zacznę od tego, że z racji mojego zainteresowania Włochami, kulturą tego kraju, a również jedzeniem około śródziemnomorskim, zjadłam w swoim życiu wiele pizz. Naprawdę różnych. Pizze na telefon w Polsce traktuję nie do końca jak pizzę, a zamawiamy ją 2 razy w roku - po półmaratonach i maratonach. Tutaj jemy ją tylko w Bar a Boo, bo żadna inna nie zasługuje na zainteresowanie.


Myślałam, że wiem, jak smakuje włoska pizza, ale myliłam się tak okrutnie, że aż mnie bolało serce, gdy jadłam - na myśl, że za chwilę się skończy.

Na koniec całego dnia zwiedzania Neapolu, znaleźliśmy Da Michele (wybierając się do miasta, w którym jest najlepsza pizza, szukaliśmy tego właściwego lokalu tu). Około 8-10 osób czekających na zewnątrz. Obserwując i rozmawiając z resztą, rozkminiliśmy system: obsługa wydaje numerki, następnie czekamy na wywołanie (Michał: "Jak jest 56 po włosku?!"). Udało nam się, bo staliśmy tam najwyżej 15 minut. Lokal wyglądał... dziwnie... Jak stołówka. WSZYSCY jedli pizzę, bo tylko pizza tam jest, a na dodatek 2 rodzaje: Margherita i Marinara.

Denerwowałam się, nie ma co ukrywać. Miałam zjeść pizzę życia, sami rozumiecie ;). Przejechaliśmy 2000 km autem z myślą, że będzie Pizzą Życia. Pierwsze kęsy, nic nie mówimy, patrzymy na siebie, w końcu mówię, że nie można się do niczego przyczepić. Kolejny trójkąt biorę do ręki i mówię, że bardzo dobra. Potem było jeszcze lepiej. I wtedy zaczęła się kończyć. Słuchajcie, wszystkie pizze, które potem jedliśmy, nie mogły się zupełnie równać z tą w Da Michele. Wiedzieliśmy, jak ważna jest prostota w kuchni włoskiej i że ona nas najbardziej urzeka od lat, ale w Da Michele dopiero to zrozumieliśmy. Pomidory, ser i bazylia. Wszystko. W czym tkwi siła? W pomidorach z Kampanii? W mozzarelli z Kampanii? W bazylii, przesiąkniętej słońcem Kampanii?
Również w tym wszystkim, o czym mówią na filmie: żadnych ulepszaczy, wszystko świeże. Ta pizza jest doskonała, po prostu doskonała!

Potem jedliśmy też margheritę (Często ją bierzemy we Włoszech, wiadomo) w okolicy Terraciny, gdzie mieliśmy bazę i już nigdy tak nie smakowała, zupełnie inne te pomidory, wszystko.
To była najlepsza pizza w moim życiu. Na pewno tam wrócę i na pewno będę czekać (zwykle jest 30 osób na zewnątrz, więc mieliśmy szczęście) na stolik. I Wam też radzę.
Nie chce się teraz już innej jeść, naprawdę. To straszne. Z drugiej strony... trzeba znowu jechać do Neapolu - choćby po to, by zjeść pizzę ;)


 

Miłego weekendu ;)



ps. Pizza w Da Michele kosztuje 4 euro.