run-log.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2013

Humus, pęczakoburgery, lody marchewkowe... Kocham jeść!

Jestem, żyję i mam się dobrze, tylko nie mam czasu na nic...
O Warszawie będzie w najbliższych kilku postach - głównie dzięki temu, że mam urlop jutro i pojutrze :)

Wczoraj wpadli do nas znajomi. U Liminów byliśmy chyba w lutym, Natalia zawiesiła dość wysoko poprzeczkę kulinarną, częstując nas pysznymi pasztecikami oraz guacamole i tapenadą, w której maczaliśmy małe kawałki selera naciowego. Ja obrałam również kierunek ZDROWIE, ale nie wszystko (tradycyjnie), wyszło jak chciałam.
Najpierw miał być humus (tu ukłon w stronę Agaty z Warszawy, której humus był pierwszym, który właściwie do mnie dotarł, był idealnie przyprawiony! I to ona mnie zainspirowała do zrobienia tej słynnej pasty z ciecierzycy), ale nie miałam sezamu ani pasty tahini, więc pastę z cieciorki przyprawiliśmy czosnkiem, kolendrą, kuminem i peperoncino. Do tego bagietka. Wyszło pysznie. I dużo. Zapomniałam, że cieciorka pęcznieje i rano ujrzałam w garnku niemal wychodzące kulki. Zamoczyłam 0,5kg, bo dosypując, wciąż wydawało mi się za mało...
Jako "danie główne" były KukBukowe pęczakoburgery, tym razem według przepisu (był nawet por, przesmażony z miodem!), ale nie było bułki, która mogła mnie zadowolić, więc kupiłam ciabaty, które były w smaku za słodkie do burgerów. Goście nie narzekali, wszystko grzecznie zjedli, wspominając, że nie będą jeść następnego dnia śniadania...
A na deser zaserwowałam domowej roboty, moje pierwsze własne, lody marchewkowe. Śmietanę dałam 18% zamiast 30% i dlatego troszkę wodniste były, ale na szczęście nie poskąpiłam cynamonu, więc jakiś smak wyczuli i byli na tyle mili, że nawet pochwalili. Obiecuję następnym razem jednak znaleźć właściwą śmietanę.

A! Przepis od JMD, jak zawsze się udał. Jest niesamowita!
Pasta z karczochów

 Z tego wszystkiego nie było zdjęć. Goście wyszli, szybko pstryknęłam miseczkę, którą kupiłam w Tigerze, w Warszawie, w której podałam humus oraz otwarty słoiczek pasty z karczochów, którą przywieźliśmy z Włoch w zeszłym roku. Czekał długo na okazję, by otworzyć i jak spróbowałam, odjechałam. Ta pasta jest obłędna! Lepsza, niż jakakolwiek - z oliwek, z anchois. Może się jedynie równać z truflową, ale chyba i z nią wygrywa. Ani guacamole, ani humus, ani nic, to najlepsza pasta, jaką jadłam!




niedziela, 7 kwietnia 2013

Il caffe sospeso

Weekend pełen wrażeń i samych pozytywnych emocji, ale o tym w kolejnych dniach będzie, bo jestem naprawdę dzisiaj wykończona ;) Ogni cosa ha il suo momento, a teraz czas na odpoczynek.

Centrum Nauki Kopernik zaskakuje, informuje i wzrusza. Posłuchajcie. Nawet o tym nie słyszałam, a wiecie, że "łykam" wszystko, co z Neapolem związane.

Tęsknię za Włochami i jeszcze się natęsknię, bo w tym roku się nie zanosi, żebyśmy pojechali chociaż na chwilę. Powód jest prozaiczny, nie stać nas - można by znowu po kosztach, przez Couchsurfing, chociaż kilka dni urwać... Ale już się nastawiliśmy, że Bieszczady na tydzień, że w tym roku oszczędzamy. Smutno, no ale... życie, co zrobić ;) A takie artykuły tylko mnie dobijają, hehe, no ale czytam, co zrobić... ;) 
Rok szybko minie, zajmiemy się tym, co trzeba i wrócimy wtedy do Włoch :)

Tęsknię też za kawą. Robimy sobie świetną, prawie zawsze w kafetierze (Michał innej nie uznaje), a czasem idziemy do Pikawki na kawę za 2 zł przy barze, ale to jednak nie ta woda, nie ten klimat, nie Ci ludzie, no i brak croissanta to chyba największy problem... :) Cieszą mnie takie akcje, jak zawieszona kawa, ale nie do końca wierzę, że to się u nas uda. Przyczyna jakże oczywista: kawa w Polsce jest skandalicznie droga, więc kogo stać, by kupować dodatkową? Oczywiście serce pęka, że tak przedni pomysł zrodził się w Neapolu ;)


Miłego tygodnia, kochani!


piątek, 18 stycznia 2013

Poczytajcie

Wiało wczoraj wieczorem okrutnie... nie mogę wtedy spać, jak wiecie, więc obawiałam się nocy, ale na szczęście nie było najgorzej.
W takie dni myślę o czymś przyjemnym, np. o Neapolu, w którym dziewczyny uczęszczają na kurs samooobrony.

Albo podglądam, jak zrobić idealne cappuccino w domu. Mamy taki mały spieniacz mleka, ale ten przyrząd, który demonstruje urocza 6-latka, na pewno jest dużo efektywniejszy.

Marzę też o tym, by zwiedzić Muzeum Lodów w Bolonii - czy ktoś był? Proszę mnie zabrać!
A może popracuję w ogrodzie w zamian za nocleg? Bo takie rzeczy się podobno dzieją w tym ogarniętym kryzysem kraju. A skoro mowa o kryzysie... Informacja z jesieni 2012 roku pochodzi, ale cieszy. Bo mnie cieszy wszystko, co związane z rowerami i Włochami. A gdy mowa o wyższości roweru nad autem, to automatycznie zaczynam się rozpływać...

Jakoś mi dzisiaj tak zimno, dogrzewam się herbatą z miodem, myślę o risotto, które przygotuję na obiad i wyleguję się z Alice Munro w łóżku. Wciąga, ale.. przecież wiedziałam, że mnie pochłonie bez reszty. Cudownie pisze. Bez ozdobników, trafia w sam środek. Czekałam na nią.

Miłego weekendu, ja zdrowieję do reszty. A za chwilę Kurosawa na TVP Kultura!

niedziela, 4 listopada 2012

Campodimele


Jak zwykle mieliśmy szczęście - gdy wiedzieliśmy już, że w tym roku pojedziemy do Terraciny, zaczęliśmy szukać niewielkich miejscowości w jej okolicy, które możemy zwiedzić.
Michał ma tego farta, że w pracy może słuchać Tok Fm (u mnie nikt by się nie zgodził pewnie, zresztą nie ma czasu, by słuchać rozmów, zbyt często u nas w biurze dzwoni telefon), a tam od poniedziałku do piątku można posłuchać krótkiego felietonu Piotra Adamczewskiego, po 11.
Polecam wszystkim, którzy mają okazję. Oczywiście często mówi o śródziemnomorskiej kuchni, ale naprawdę nie zawsze.

 I kilka dni po decyzji o wyjeździe do Terraciny, Adamczewski popełnił audycję o Campodimele. Bardzo interesujące miejsce, zwane inaczej Miasteczkiem Długowieczności, ponieważ średnia długość życia jego mieszkańców wynosi ponad 90 lat! Zaczęliśmy szukać. Okazało się, że leży ok 30 km od naszej bazy wakacyjnej!
A na dodatek została wydana książka o Campodimele właśnie! (recenzja po włosku dla chętnych :))


Natychmiast ją zamówiliśmy i jednocześnie poinformowaliśmy rodziców o jednym z najważniejszych kierunków tegorocznych wakacji. Książkę oczywiście warto kupić, wskazuje na to choćby wydawnictwo, które ją wydało. Chyba nie nacięłam się na nic od Czarnego. A poza tym jest zgrabnie opisane życie mieszkańców Campodimele, których nota bene jest niewielu, niespełna 700. 
Jaka jest recepta na długowieczność? Nic zaskakującego - żyć zgodnie z naturą, jeść to, co mamy ze swojego ogrodu, bez chemii, ruszać się sporo (praca w ogrodzie to ten ruch, w Campodimele nawet po "80-tce" trzeba samemu doglądać ogrodu), uśmiechać się i prowadzić raczej towarzyskie niż samotne życie. Poza tym mało kto pali, a wino pije się tam tylko symbolicznie, bardzo rzadko.

Wybraliśmy się tam w środku tygodnia przed 12, miasteczko to klasyczny przykład dla zwolenników ruchu Slow Food (jest tam nawet restauracja tego typu), ale i slow life. Jest niezwykle spokojnie i leniwie, nawet jak na małe włoskie miasteczko. Kupiłam u miejscowych figi. A właściwie dostałam, bo uznali za niedorzeczne ważyć i kasować mi 4 figi. Pyszne :)

Zagadnęłam mieszkańców, nie byli zadowoleni, że przywiodła mnie do nich książka Tracey Lawson, ponieważ "Ta książka to bzdury, w zeszłym roku zmarł mój sąsiad na zawał, miał 56 lat" - powiedziałam, że w takim razie "Wyjątek potwierdza regułę", ale uznali to za kiepski żart... Podejrzewam, że mają dość turystów, którzy odwiedzają Campodimele, by odkryć tajemnicę długiego i zdrowego życia.



"amfiteatr" w Campodimele




sobota, 15 września 2012

Antica Pizzeria Da Michele - piu buona pizza del mondo!




Zacznę od tego, że z racji mojego zainteresowania Włochami, kulturą tego kraju, a również jedzeniem około śródziemnomorskim, zjadłam w swoim życiu wiele pizz. Naprawdę różnych. Pizze na telefon w Polsce traktuję nie do końca jak pizzę, a zamawiamy ją 2 razy w roku - po półmaratonach i maratonach. Tutaj jemy ją tylko w Bar a Boo, bo żadna inna nie zasługuje na zainteresowanie.


Myślałam, że wiem, jak smakuje włoska pizza, ale myliłam się tak okrutnie, że aż mnie bolało serce, gdy jadłam - na myśl, że za chwilę się skończy.

Na koniec całego dnia zwiedzania Neapolu, znaleźliśmy Da Michele (wybierając się do miasta, w którym jest najlepsza pizza, szukaliśmy tego właściwego lokalu tu). Około 8-10 osób czekających na zewnątrz. Obserwując i rozmawiając z resztą, rozkminiliśmy system: obsługa wydaje numerki, następnie czekamy na wywołanie (Michał: "Jak jest 56 po włosku?!"). Udało nam się, bo staliśmy tam najwyżej 15 minut. Lokal wyglądał... dziwnie... Jak stołówka. WSZYSCY jedli pizzę, bo tylko pizza tam jest, a na dodatek 2 rodzaje: Margherita i Marinara.

Denerwowałam się, nie ma co ukrywać. Miałam zjeść pizzę życia, sami rozumiecie ;). Przejechaliśmy 2000 km autem z myślą, że będzie Pizzą Życia. Pierwsze kęsy, nic nie mówimy, patrzymy na siebie, w końcu mówię, że nie można się do niczego przyczepić. Kolejny trójkąt biorę do ręki i mówię, że bardzo dobra. Potem było jeszcze lepiej. I wtedy zaczęła się kończyć. Słuchajcie, wszystkie pizze, które potem jedliśmy, nie mogły się zupełnie równać z tą w Da Michele. Wiedzieliśmy, jak ważna jest prostota w kuchni włoskiej i że ona nas najbardziej urzeka od lat, ale w Da Michele dopiero to zrozumieliśmy. Pomidory, ser i bazylia. Wszystko. W czym tkwi siła? W pomidorach z Kampanii? W mozzarelli z Kampanii? W bazylii, przesiąkniętej słońcem Kampanii?
Również w tym wszystkim, o czym mówią na filmie: żadnych ulepszaczy, wszystko świeże. Ta pizza jest doskonała, po prostu doskonała!

Potem jedliśmy też margheritę (Często ją bierzemy we Włoszech, wiadomo) w okolicy Terraciny, gdzie mieliśmy bazę i już nigdy tak nie smakowała, zupełnie inne te pomidory, wszystko.
To była najlepsza pizza w moim życiu. Na pewno tam wrócę i na pewno będę czekać (zwykle jest 30 osób na zewnątrz, więc mieliśmy szczęście) na stolik. I Wam też radzę.
Nie chce się teraz już innej jeść, naprawdę. To straszne. Z drugiej strony... trzeba znowu jechać do Neapolu - choćby po to, by zjeść pizzę ;)


 

Miłego weekendu ;)



ps. Pizza w Da Michele kosztuje 4 euro.


 



niedziela, 19 sierpnia 2012

Pakują się :)

No dobrze, czas się przyznać, co robimy, gdy nas nie ma, gdy nie piszemy. Proste: pakujemy się, googlujemy, co tu jeszcze zwiedzić, gdzie pojechać, liczymy euro, na ile lodów i pizzy wystarczy i czy na pewno uda się finansowo dojechać do Neapolu? W czwartek jedziemy po pracy do moich rodziców i w piątek rano już do Włoch, autostradą nówką-sztuką :)
Drugi raz się zdecydowaliśmy na domek do spółki z moimi rodzicami i myślę, że będzie co najmniej tak przyjemnie, jak rok temu. Domek ma 2 sypialnie i salon połączony z kuchnią i jest położony... na plaży ;) Tym razem będziemy w Terracinie, nad Morzem Tyrreńskim, 100 km od Rzymu i 120 km od Neapolu. Jako że Rzym odwiedziliśmy rok temu, w tym roku pojedziemy do Neapolu, ale tylko na 1 dzień, bo naprawdę na więcej nas nie stać w tym roku. W ogóle bardzo oszczędnie w tym roku, bo przecież wakacji nie miało w ogóle być. Ale cieszymy się, że w ogóle jedziemy. Jesteśmy w 80% spakowani, dzisiaj rodzice zabrali najcięższe rzeczy (głównie książki :D), teraz tylko dopieszczamy szczegóły, jak mydło Biały Jeleń do prania ciuchów biegowych, baterie do sprzętu muzycznego i inne takie drobiazgi ;)

Pogoda optymistycznie nastraja, ale warto pamiętać o tym, że przy takiej temperaturze wilgotności jest na poziomie 30%, a u nas ok 70-80%, więc tam się tego naprawdę tak nie odczuwa, a i potliwość w związku z tym jest dużo niższa. Może dzięki temu nie będziemy musieli wstawać o 6 rano na trening, tylko wystarczy o 7... ;) Bo wiecie, 1/3 naszych bagaży to rzeczy związane z bieganiem. U ojca też. Każdy wypoczywa na swój sposób, a ja wierzę, że wśród Was jest wielu takich, którzy wstają o świcie na urlopie tylko po  to, by pobiegać! ;)

Odnośnie jeszcze Neapolu, to zrobimy sobie po prostu spacer po mieście. Znaleźliśmy 2 ciekawe miejsca : 1., 2. - znacie? Ktoś z Was był? Bo trzeba zjeść pizzę i bruschettę w tym mieście, a poza tym? Nie bierzemy pod uwagę Vezuvio ani Pompei (zwiedziłam je jako dziecko, a teraz za mało czasu będzie, by wrócić lub odkryć tajemnice Herkulanum), więc może ktoś podsunie pomysł, o które miejsca zahaczyć w Neapolu? Co jeszcze zjeść lub wypić?
Dziękuję serdecznie Julii Wollner za pomoc ;)


Odezwę się do Was przed wyjazdem, obiecuję ;)




środa, 23 maja 2012

Io parlo italiano

Najpierw zatrzęsło pod szkołą w Brindisi - w sobotę rano pod jednym z liceów wybuchła bomba, która zabiła 2 osoby, dużo młodsze ode mnie, ech :( Oczywiście, jak to zwykle bywa na południu, nic takiego nie dzieje się bez udziału mafii. Poszło o sędziego Falcone, który został patronem tej szkoły. Ów sędzia został zamordowany przez sycylijską mafię w 2002 roku i w sobotę właśnie uczniowie szkoły mieli uczestniczyć w pochodzie ku jego pamięci.
Tymczasem w niedzielę zatrzęsła się ziemia na północy, w okolicach Bolonii i Ferrary. Siła wstrząsów wyniosła 6 w skali Richtera, czyli prawie tyle, co w L'Aquilii w 2009 roku. I tu jeszcze poczytajcie. Bardzo lubię ten rejon, nie muszę chyba tego dodawać? Zresztą, gdziekolwiek we Włoszech by tak mocno zatrzęsło, podobnie bym się czuła. Nie tylko żal ludzi, ale człowiek, który tam nie mieszka, myśli o zniszczonych zabytkach, które chociaż udało mu się zobaczyć oraz o tym, jak długo będzie trwał dramat ludzi - w L'Aquilli wciąż wszystko wygląda średnio podobno. Tam było 300 ofiar, w tym roku nieporównywalnie mniej. Mieli szczęście, czy lepiej byli przygotowani po wydarzeniach z 2009 roku?

Mówicie chociaż trochę po włosku? Udajcie się do Dante Alighieri w Poznaniu po przypinkę "Io parlo italiano", może dzięki temu Włosi zagubieni w czasie euro-sreuro (sorry, już rzygam tą imprezą) właśnie Was poproszą o pomoc?

Czas na książkę i spać. Z prawdziwą przyjemnością wstaję do pracy, codziennie, już od 2 miesięcy. Czy jestem normalna?




sobota, 26 listopada 2011

Pronomi, ti piacciono?

 We wtorek, na włoskim, część lekcji zajęła nam projekcja filmu dokumentalnego Mauro Cateriny (mój poprzedni nauczyciel, człowiek- orkiestra, zajmuje się wieloma rzeczami, ale przede wszystkim jest dziennikarzem Il Manifesto i nauczycielem w Dante Alighieri) dotycząca imigrantów z Nigerii. W poszukiwaniu lepszego życia trafili do Libii, gdzie w tym roku była rewolucja, jak wiemy. Barką przypłynęli na włoską wyspę Lampedusę. Im się udało, co z tysiącami innych- wiemy, że nie dopłynęli, że z 5 łodzi często dopływała 1, czasem 2. Nie będę się rozpisywała, bo każdy pewnie śledził temat w okresie wakacyjnym i wszyscy wiemy, o co chodzi.
Rozmawiałyśmy z Anią i problemach w Afryce, o tym dramacie, jakim jest ucieczka z własnego kraju z niczym więcej oprócz tego, co wzięliśmy w rękę; o problemach z odnalezieniem się w innym kraju. Bardzo ciekawa lekcja, a dokument Mauro, mam nadzieję, obejrzy więcej ludzi.
Za to w czwartek Ania dała nam nieźle popalić. Pronomi. No, non mi piacciono. Nie 1/3 zajęć, ani nawet połowę, ale przez całą - przez 1,5h wałkowałyśmy wszystkie pronomi. Aż mnie głowa na nowo rozbolała. No właśnie- boli mnie już drugi tydzień, czasem z przerwą dwudniową. Boję się, że to zatoki, bo dodatkowo mam katar. W ten poniedziałek już chyba się wybiorę do lekarza, jeśli żadna poprawa nie nastąpi. W każdym razie nasza kochana l'insegnanta w tym roku się bardzo rozkręciła ze swoim bacikiem gramatycznym. I dobrze- nie wiem, jaką będę miała pracę od stycznia, więc nie wiem też, czy będę mogła brać udział w lekcjach. Korzystam póki mogę, bo bardzo mi jest potrzebny włoski.

Ela wysłała mi link do aktualnych zdjęć z Cinque Terre (sprzed kilku dni). wygląda to lepiej, bo zaczęli już sprzątać i woda opadła, co najważniejsze. Ale wciąż przeraża. Widzicie jakie brudne morze? ;( Zastanawiamy się, czy cały rezerwat będzie możliwy do zwiedzania- nie wiemy, co i jak dużo się obsunęło i tak naprawdę jaka jest skala zniszczeń. A od siebie wrzucam zdjęcie z 5Terre, z naszych niezapomnianych wakacji w 2009 roku.

W poprzednim tygodniu głośno było znowu o firmie Benetton (artykuł), które po raz kolejny zaszokowała, chcąc jedynie zwrócić uwagę na ważny temat. Filmik z reklamą dotyczącą kampanii UNHATE. Oj tam, bo papież w photoshopie się całuje z imamem, to od razu krzyk... ;)

Dzięki Metropolitano trafiłam na cudowną stronę, m.in z bajkami! Wystarczy kliknąć ASCOLTA. Nawet MOBY DICK, madonna! LINK. Koleżanka to dla mnie w ogóle jest kopalnią linków do zapisania, więc bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy ;)


Parola del giorno: a stelle strisce- amerykański/e, przykład: 

C’è un timore che l’evoluzione del quadro finanziario europeo possa investire anche il sistema bancario a stelle e strisce.





środa, 16 listopada 2011

Cannelloni alla besciamela


To się załatwiłam tym biegiem w sobotę...a właściwie tym, że nie wzięłam cieplejszej kurtki na czas po biegu. W poniedziałek po pracy Michał zagonił mnie z HzDIMiC (Herbata z Dużą Ilością Miodu i Cytryny) do łóżka, w którym bardzo szybko zasnęłam. Wczoraj było już lepiej dzięki temu zabiegowi, ale niepotrzebnie wzięłam podwójnie gripex- tak mnie osłabił i otumanił, że ok 14 poczułam, jak mi się kręci w głowie i zasypiam- w pracy! Dobrze, że do śniadania zdążyłam zrobić gramatykę, bo na włoski już nie dojechałam. Wróciłam i po obiedzie oraz rozgrzewającej zupie padłam do łóżka.

Chciałam Wam tylko napisać o obiedzie sprzed kilku dni, póki pamiętam. W zeszłym tygodniu, korzystając z LIDLowej promocji na cannelloni, w końcu się zabrałam za to danie. Połączyłam 2 przepisy (tradycyjnie), więc poniżej przedstawiam, jak się zabrałam za obiad:

Canneloni alla besciamela (con spinaci)

9 rur cannelloni
500 gr szpinaku (użyłam świeżego)
200 g sera żółego
ser feta (pół kostki)
1 jajko
śmietana 18%
2 ząbki czosnku
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

beszamel: 
- 4 łyżki masła
- 4 łyżki mąki
- 400 ml mleka
- gałka muszkatołowa- sól
- pieprz

Szpinak blanszować (umyty wrzucić do wrzątku na 1-2 minuty), wrzucić na sitko i potraktować zimną wodą. Ponownie do garnka przełożyć i podusić na maśle kilka minut. Dodać sól, pieprz, gałkę muszkatołową, zmiażdżony czosnek, mieszać często. Dodać jajko wymieszane z 2 łyżkami śmietany, energicznie kręcić łyżką. Po kilku minutach, jak woda odparuje, dodać pokruszony ser feta, mieszać, niech się wszystko dusi kilka minut. Pozostawić do przestygnięcia.
Jak już nie będzie gorące, nabijać szpinakiem rury makaronowe.

Sos beszamelowy:

Masło rozpuszczamy w rondelku i dodajemy mąkę. Mieszamy całość dokładnie, aby się składniki połączyły.
Smażymy około minutę, a następnie powoli dodajemy zimne mleko cały czas mieszając.
Czekamy aż całość ponownie się zagotuje, cały czas mieszając. Gdy tak się stanie dodajemy połowę startego sera, sól, pieprz i odrobinę startej gałki muszkatołowej.
Znowu gotujemy do czasu, aż wszystkie składniki się połączą.

Trochę beszamelu na spód naczynia wlać, następnie ułożyć ściśle rury, zalać resztą sosu, posypać startym serem i oregano i do piekarnika na 30-40 minut w temp 180 st.
 Milion kalorii...ale są dni, gdy nie powinno się o to dbać, naprawdę. Zjadłam 4 rury i pękłam prawie z obżarstwa. A następnego dnia biegłam Grand Prix ;)
 
Politycznie będzie: nie sposób nie cieszyć się ze zmian we Włoszech, ale... Choć Silvio Berlusconi ustąpił, nie sądzę, by na zawsze, wszak ma dopiero 75 lat... Przeczytajcie.

Obejrzyjcie. 


Parola del giorno: raffreddare- przeziębić się

Sono raffreddata, perche ero stupida durante la gara sabato scorso.



piątek, 28 października 2011

Moje Cinque Terre ;(

Jak mówiłam ostatnio- wróciłam do mojej grupy C2, prowadzonej przez Anię Grochowską, największy skarb szkoły Dante Alighieri w Poznaniu. Ze starej ekipy jest tylko Sylwia. Dotarły też... Czekamy jeszcze na decyzję Kariny i Eli- może wrócą, jak i ja, na stare śmieci ;) Pierwszy tydzień, z powodu zawirowań z grupą egzaminacyjną, opuściłam, ale niestrudzona Silvio, przesłała mi materiały, więc nie byłam zupełnie nieprzygotowana.

W tym tygodniu przerabiałyśmy gialli italiani, czyli mowa była o kryminałach. No właśnie, lubię kryminały, ale nigdy nie miałam na nie czasu- zawsze było tyle ważniejszych dla mnie książek do przeczytania, że specjalnie się nie przyłożyłam i tak np nie znam kompletnie Agathy Christie. Jezu, zdałam sobie sprawę z tego, że nawet "Morderstwa w Orient Expressie" nie czytałam. Nadrobię. Z tego, co przeczytałam, to najbardziej mi chyba odpowiada klimat Poego, no ale... komu nie odpowiada? Mistrz mrocznych opowiadań.
Grupa powoli się zbiera, ale bardzo powoli, wciąż mamy zajęcia w 3-4 osoby, co ma jakieś plusy (każda z nas więcej mówi, siłą rzeczy), ale zajęcia z Anią to praca w parach (dialogi) lub w grupach. Długo w to nie wierzyłam, ale na lekcjach z Anią właśnie zobaczyłam, że ma to sens, jeśli tylko rozsądnie jest prowadzone. Więc tych 6 osób byłoby ok, a 8 to już w ogóle. Więcej może nie, bo już by był folla. Pomyślcie- może ktoś z Was jest chętny na C2 do Dante Alighieri?

Mam problem z passato remoto- nie taki, że się nie lubimy, po prostu nie mieliśmy okazji dobrze się poznać. Za każdym razem, gdy moja grupa zaczynała tę część gramatyki, byłam chora lub z innych powodów nieobecna. Po powrocie słyszałam "Czas przeszøy dokonany, narracyjny, dobrze wykształceni go znają, ale niekoniecznie, generalnie nie jest jakiś super ważny" i tak sama trochę nadrabiałam, niespecjalnie się przykładając- dzięki temu, że go trochę liznęłam, czytam mniej więcej rozumiejąc. Ale gdybym sama miała go zastosować... Teraz już będę musiała. Za 1,5 tygodnia robimy powtórkę z czasów przeszłych, więc już sobie rozpisałam tabeleczki, regularne i nieregularne, uczę się, czytam- właśnie! Wypożyczyłam bajki włoskie, sporo tam remoto, więc mam na czym ćwiczyć, nie wspominając o impariamo italiano. To do pracy!

A na koniec smutna wiadomość- większość z Was na pewno słyszała o ulewach w Toskanii i Ligurii? Spójrzcie, co się stało z moim Cinque Terre ;(  Kiedy przeczytałam "Monterosso już nie ma, całe pod wodą", nie mogłam uwierzyć. Oczywiście możemy mówić o ogromnym szczęściu, jakie nas spotkało- udało nam się tam być, przejść wszystkich 5 wiosek, ale z drugiej strony... wiele razy rozmawialiśmy o tym, że chcemy tam wrócić, może nawet w przyszłym roku. Nie pociesza wcale fakt, że już tam byłam. Czy jeśli (kiedy?) zniknie Wenecja, powiemy "Spoko, ważne, że zdążyliśmy zobaczyć"? Nie. Przecież jedno z naszych ukochanych miejsc zostało zniszczone. Ta miejscowość była ostatnią, do jakiej dobiliśmy. Wciąż pamiętam, jak nagle poczułam, że mogę dalej iść, a nawet biec- i zbiegałam z góry, po drodze się rozbierając, by wskoczyć do wody, by ukoić ból stóp i nóg. A teraz rozgrywa się tam prawdziwy dramat.
Wrzucam zdjęcia z tej górki. Najpierw fotka z cyklu "Ile jeszcze muszę przejść, by dostać się na plażę Monterosso", następnie koniec wędrówki na tę plażę (Zapomniałam kartki "I did it!", ale po mojej postawie i szczęśliwej minie widać, jak dumna jestem, że wszystkie wioski przeszłam), a dalej zbieram się do biegu. To było w lipcu 2009 roku.



Parola del giorno: tristezza- smutek

Sono trista quando penso a Cinque Terre. 




piątek, 23 września 2011

Roma 2011


Na stacji, do której dotarł nasz autobus ok 11(San Benedetto del Tronto- Roma, Stazione Tiburtina, niecałe 3h, bilet w jedną stronę: 17 euro, jeśli kupię od razu powrotny: 27,50 euro), czekał na nas Alessandro, czyli nasze znalezisko z Hospitality Club. Przyjechał skuterem tylko po to, by powiedzieć nam, jak się poruszać po mieście, co jego zdaniem powinniśmy zobaczyć oraz żeby wziąć nasze bagaże do domu, jak to określił w rozmowie telefonicznej dzień wcześniej. Uprzedzałam, że jedynie może od nas wziąć plecak z jakąś marną kosmetyczką i prezentem dla siebie- więcej, poza aparatem, pieniędzmi, dokumentami, kanapkami, kremem z filtrem, wodą, mapą i przewodnikiem, które to rzeczy musieliśmy mieć przy sobie, nie mieliśmy. Chyba, że jako bagaż liczyć koszulkę na kolejny dzień, bieliznę i coś do spania. Ile można spakować na 1 noc? ;> Ucieszył się, że mamy mapę (a można przyjechać do obcego miasta bez mapy? Takich rozmiarów jak Rzym? Szczególnie, że to było zaplanowane? Z dziwnymi ludźmi miał do czynienia wcześniej, hehe), natychmiast ją rozłożył na ziemi i przedstawił swój plan naszego zwiedzania na 2 dni! Podał jeszcze raz swój adres, podpowiedział, którym autobusem ruszyć i w jakim kierunku, wstępnie ustaliliśmy spotkanie w jego domu ok 20-21. Alessandro natychmiast pozbawił nas złudzeń, co do naszego planu zwiedzenia jego miasta. 2 dni to nie jest za mało, to NIC.
Jak już wspominałam, byłam w Rzymie 2 razy, ale 10 i 12 lat temu, więc byłam dzieckiem- choć już wtedy oczarowanym Wiecznym Miastem. W tym roku tylko utwierdziłam się w przekonaniu, że kocham Rzym. To były tylko 2 dni- ale tam zawsze będzie za krótko, za mało, zawsze będzie niedosyt. Życia nie wystarczy, by poznać to miasto, jakby się chciało, a za każdym razem hipnotyzuje swoim ogromem, hałasem, ukrytymi uliczkami tuż za wielkim placem. No i Rzym to górki- wszak jest położony na 7 wzgórzach. Schodzę z góry, by znowu wspinać się po schodach w poszukiwaniu kolejnego placu, miejsca, fontanny.
Wiedzieliśmy, że 2 dni to dramatycznie mało, więc postanowiliśmy zrobić passegiattę po Rzymie, by poczuć choć trochę atmosferę, posłuchać Rzymian w metrze, autobusach, przy kawie. Ważne miejsca zostawiliśmy na kolejne spotkanie- to było dość istotne, ponieważ Michał był tam pierwszy raz i bardziej zależało nam właśnie na tym, by zrobić wstęp. Dlatego weszliśmy do Bazyliki św. Piotra (a raczej Michał, a ja pilnowałam Gwardii Szwajcarskiej), ale Muzea Watykańskie odpuściliśmy, tak samo Galleria Borghese, czego później w sumie żałowaliśmy, ale to by były min.3h. Następnym razem. Chodziliśmy, co kilka godzin dzwonił Alessandro, by zapytać, gdzie jesteśmy i jak się czujemy. Spotkaliśmy się u niego w mieszkaniu ok 21- my się doprowadzaliśmy do porządku, biorąc prysznic, przebierając się, a on przygotowywał dla nas kolację. Tagiatelle z małymi pomidorkami i parmezanem. Pyszne wino do tego. Zjedliśmy, wciąż rozmawiając o życiu, hospitality club i Polsce (bo był żonaty z Polką!) i pomyśleliśmy, że to dobry moment na wręczenie żubrówki. Nie wiedzieliśmy, że był z Polką, więc to oczywiste, że zna tę wódkę, ale okazało się, że bardzo dawno jej nie pił, a lubi, więc był szczęśliwy. Posiedzieliśmy, pogadaliśmy, a później Ale zaproponował rundkę autem po Rzymie (była północ)- mówiliśmy, że nie chcemy spać do południa następnego dnia, a juz byliśmy po całym dniu zwiedzania (od 6 na nogach), więc jeśli to ma być około pół godzinki, jak nas zapewniał, to ok. Wróciliśmy o 3:30. ;) Ale jakie rzeczy nam pokazał... ile poopowiadał, choćby na Forum Romanum, aj! I oczywiście Zatybrze- ok 2 w nocy spacer to niezapomniany, choć tak jak wszyscy mówią: to miejsce niekończącej się imprezy. W międzyczasie powiedział, że drzwi są na zatrzask, więc wyjdziemy, kiedy będziemy chcieli, choć i tak nas obudzi ok 9-10, bo chciałby się z nami pożegnać.
Wyszliśmy ok 11:30, robiąc zakupy w pobliskim Carrefourze- w końcu zjedliśmy śniadanie! (Mimo zachęt Alessandro, nie chcieliśmy nadwyrężać jego i tak wątłych zapasów w lodówce. W pośpiechu napisałam tylko list z podziękowaniem i zostawiłam kilka polskich raczków, które znalazłam na dnie torby).
Następnie kupiliśmy bilet całodniowy na metro, autobusy za 4 euro i ruszyliśmy. Wiedzieliśmy, że ten dzień będzie bardziej stracony, niż poprzedni- byliśmy zmęczeni tysiącem wrażeń dnia
poprzedniego i nocy, do tego nieznośny upał, naprawdę nieznośny-więc zupełnie na luzie trzymaliśmy się mapy i kilku punktów wokół Koloseum, Piazza Spagna itd. Spacerowaliśmy, szukaliśmy wilczycy dla rodziny, jedliśmy lody i pizzę al taglio. I obserwowaliśmy ludzi- celowo pojechaliśmy w ciągu tygodnia, by tłumy turystów w weekend nam nie zepsuły poznawania miasta. Tłumy były i tak, chociaż nie takie, jak można było się spodziewać- koniec sierpnia, środek tygodnia; Rzym był, moim zdaniem, nienormalnie wyludniony. Michała tradycyjnie odpychały wycieczki i ludzie, którzy zatrzymują się przy każdym stoisku z parasolkami lub przy pseudoartystach, którzy "malują" sprayem miniaturki Koloseum za 15 euro. Ech. Wrócimy tam, to oczywiste, ale w kwietniu- maju lub wrześniu- październiku. Na minimum 4 dni. Alessandro powiedział, że możemy u niego nocować kiedy chcemy i jak długo chcemy ;>
Rzym jest piękny, polecamy. Więcej zdjęć wkrótce, prosimy o cierpliwość ;)




Parola del giorno: cittá eterna- wieczne miasto

Mi piace camminare per la cittá eterna durante la notte


czwartek, 11 sierpnia 2011

W poszukiwaniu siniaków

Dostaliśmy adres domku w San Benedetto del Tronto, więc sprawdziliśmy na google map, czy rzeczywiście stoi ;> Michał już wszystko wie- o parku przed domkiem, o parkingu za domkiem itd, bo musiał sobie wyznaczyć trasę na biegi 10-kilometrowe. Ja nie chciałam niczego oglądać, będę biegać na wyczucie, np po 40-60 minut i koniec. A najwyżej po powrocie Michał mi to zmierzy dokładniej, żebym mogła wrzucić do statystyk na run-log.pl
Powoli zaczyna się reisefieber- choć to jeszcze 2,5 tygodnia, to siedzimy w rozmówkach i trasie po Rzymie, nie mówiąc o codziennym załatwianiu noclegu w Wiecznym Mieście...

Pogoda jaka jest, każdy widzi ;) Więc oglądamy filmy, jak jest możliwość (czyli kiedy nie leje, nie wieje 50 km/h) to biegamy, siedzimy na balkonie z książkami lub rozmawiając o tym, jak mamy dobrze, a resztę czasu przesypiamy. Zaczęłam nawet ostatnio używać stoperów, które używam za jeden z najgenialniejszych wynalazków, ułatwiających życie. Mamy nowych sąsiadów, którzy ok 19 bardzo lubią włączać techno lub Stachurskiego- tak głośno, że całym piętrem trzęsie... A o tej godzinie zazwyczaj kładziemy się na siestę 30-60 minut. Stopery uratowały moją popołudniową regenerację.

Dlaczego Włosi nie wyjechali na wakacje? W weekendowej Gazecie możemy przeczytać o rosnącym kryzysie we Włoszech. Cieszę się, że autorka wspomina Beppe Grillo, bardzo lubię go czytać. (zdjęcie wzięłam stąd)

Ostatnio nadrobiliśmy film jednego z naszych ulubionych reżyserów, sporo zamieszał w zeszłym roku- "Czarny łabędź". Darren Aronofsky potrafi sprawić, że wszystko Was boli, gdy oglądacie film. Dla nas 10/10, wczoraj na facebooku wywiązała się ciekawa dyskusja nt tego filmu. Okazało się, że wielu ludzi poczuło się rozczarowanych, nieprzekonanych. Naprawdę dziwne. Szczególnie zaskoczyły mnie zarzuty co do Natalie Portman, dla której ten Oscar to za mało. Była doskonała! Ale była zupełnie inna, niż zwykle, może to się ludziom nie podobało? Zagrała ofiarę, smutną, nieszczęśliwą dziewczynkę, nie nadającą się do świata baletu i rywalizacji. Zastanawialiśmy się wczoraj nad zarzutami ludzi odnośnie "Czarnego łabędzia". Ktoś porównywał do poprzednich filmów D.A., ale przecież on kręci tak różnorodnie, że porównywanie jest zupełnie bezcelowe! "Czarny łabędź" to bardzo dobry thriller- polecamy, ale jeśli ktoś będzie szukał zdjęć jak w "Requiem dla snu" lub innych fajerwerków, będzie zawiedziony.

Wczoraj znowu zerwał mi się łańcuch w rowerze. Ciarki mam, gdy sobie przypomnę, jak to wyglądało i jakie szczęście, że nie jechałam akurat z górki... Nieźle się poobijałam, ale siniaki już dzisiaj rozbiegałam ;) Choć kolor silnie fioletowy nie znika z tych kilku miejsc na moim ciele i właśnie znalazłam kolejnego...
Dziękuję Sajowi, który dzisiaj przyjechał zrobić coś w taki sposób, bym mogła zawieźć go jutro do Gabora ;>

Przede mną nieprzyzwoicie długi weekend, aż 5-dniowy. Wystarczyło wziąć 2 dni urlopu (piątek i wtorek) ;) Mam nadzieję, że minie tak, jak sobie życzę i planuję. 

Miłego, będę się tu kręcić!


Parola del giorno: l’amicizia- przyjaźń

L'amicizia tra maschio e femmina esiste solo nelle favole.


niedziela, 3 lipca 2011

Majka is back!

Ostatnio wywołaliśmy trochę zdjęć dzięki super promocji Groupona, wrzucam z Ligurii, z 2009 roku. Zdaje się, ze to Corniglia. Podczas przemierzania Cinque Terre zrobiliśmy sobie przerwę na spritza i oliwki ;) Oj, chyba tam wrócimy za rok. Patrzymy na zdjęcia i trudno wskazać piękniejsze miejsca we Włoszech...

A walk in Milano- ciekawy film z Mediolanu, króciutki.

Patrzcie, nawet Włosi pisali o lampionach w Poznaniu. A trafiłam na tę notkę, szukając jakichś włoskich blogów, może Wy mi coś polecicie? 

W piątkowym "Co jest grane" jako DVD tygodnia wytypowano film Sorrentino "Boski" (Il divo), pamiętacie? Nas rozczarował, a tu piszą, że rewelacja. Postąpicie wg własnego uznania, rzecz jasna, ale mnie naprawdę zmęczył, więc my nie polecamy ;)
 Nauka. Zapisałam się do takiej subskrypcji: będąc ostrożną, ale i mając na uwadze swoje braki, wybrałam poziom średni, czyli B1-B2, ale wydaje mi się dość proste. Na razie nie będę zmieniała. Yay, ile w internecie można znaleźć pomocy naukowych... ;)

Właśnie skończyłam "Jeden, nikt i sto tysięcy" (w oryginale "Uno, nessuno e centomila") Luigiego Pirandello- to taki pan (1867-1936), który m.in był noblistą, znany  jako filozof, dramatopisarz. Książka, o której wspomniałam, jest ostatnią, jaką napisał, przez wielu krytyków uznana za najlepszą w jego dorobku. Trafiłam na ten tytuł i jednocześnie autora, przez absolutny przypadek, czytając jej recenzję w Gazecie Wyborczej (więcej TU), a ponieważ interesuje mnie wszystko, co włoskie (nie tylko wino, pasta czy bistecca alla fiorentina), natychmiast ją kupiłam. Została wydana we Włoszech w 1926 r. i dotąd nigdy nie była dostępna po polsku. W połowie książki już miałam myśli, że trochę rozczarowuje, choć to za wcześnie by oceniać i wtedy, nieoczekiwanie, tak zaskoczyła, że aż trudno mi było w to uwierzyć ;> Polecam. Nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje...
 
 Ale najważniejsze... Dzisiaj wróciłam do biegania, po 4 tygodniach przerwy. Robiłam ćwiczenia, "rozkręcałam" staw codziennie powoli, chyba będzie ok. czułam kostkę trochę podczas rozciągania, nawet kolana pobolewały na początku, ale to chyba dlatego, że po takiej przerwie zafundowałam stawom mały szok. Tak czy inaczej czuję się cudownie, naprawdę! Zobaczymy, jak będzie jutro, czy ból nie wróci, ale nie sądzę. Pobiegłam powolutku 17 minut, normalny trening dopiero we wtorek chcę zrobić. Czuję moc ;)


Parola del giorno: cervello- mózg 

Chi usa i muscoli, non usa il cervello

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Nowości, nowości


Zrobiłam wczoraj śniadanie Michałowi, na zakończenie jego zmagań z pracą. Miało wyjść tak , niestety moje rogaliki nie wyrosły, pozostały płaskie zupełnie, choć pyszne. Robiłam wszystko zgodnie z przepisem koleżanki blogowej, więc mam nadzieję, że jak następnym razem dorzucę więcej proszku do pieczenia, będzie lepiej.

Słuchajcie, znalazłam taki blog dotyczący Włoch, że padłam, absolutnie! LINK  Przeczytałam wszystkie notki wczoraj, ale co najciekawsze dla Was (mam na myśli uczących się włoskiego), to linki z prawej, na głównej stronie. Widzicie tę ilość?! Widzicie ten podział na grupy A, B, C? Linki do filmów itd? MASAKRA. Odpadam. Nie wiem, za co najpierw się brać ;)

Dzięki niej właśnie odkryłam wczoraj miejsce, które zamierzam odwiedzić w sierpniu tego roku. Civita di Bagnoregio, zdjęcie znalezione na http://www.zgapa.pl/zgapedia/Etruskowie.html  Co powiecie na to? I tak będziemy w okolicy, bo zamierzamy przejechać się do Termi, by obejrzeć słynne wodospady Cascata delle Marmore  więc skoro "Miasto, które umiera" jest tylko 80km dalej, to chyba TRZEBA je odwiedzić? ;>

Czytam wciąż "Sekrety...", ostatnio dowiedziałam się, że w Kampanii rosną pomidory z Corbary w kształcie świnek- ruch Slow Food walczy, by rolnicy z nich nie rezygnowali. Moim zdaniem jedyne, co w nich przypomina świnki to śmieszny ogonek, no ale nie będę się wykłócać, bo choć pomidorów nie lubię (tylko świeżych i...tak, wiem, że to dziwne), to te są naprawdę rozkoszne.

Dobrzy ludzie donoszą, że właśnie rozpoczął się włoski tydzień w Lidlu, polujcie, polujcie! ;)

Jesteśmy w cudnie wakacyjnym nastroju... Michał mówi po włosku co jakiś czas, powtarzając, co umie, a do tego nowe pojedyncze słówka, kupiliśmy przewodnik po Rzymie, powoli zabieramy się za typowanie osób z hospitality, które by nas przenocowały w Wiecznym Mieście... 2 miesiące do wyjazdu ;)
Ten wakacyjny nastrój przerwałam sobie, oglądając dzisiaj "Grbavicę". Sarajewo- słaby temat na wakacje, zawsze boli. Ale warto obejrzeć.

Skoro już przy odpoczynku jesteśmy (albo może- jego końcu) ... jutro wracam do pracy ;)

Wczoraj zrobiliśmy sobie wycieczkę rowerową- tzn Michał biegł, a ja jechałam rowerem (17km), miło, najdłuższy dystans od 2 tygodni. We wtorek do pracy, ale dziwnie ;) Myślałam, by za tydzień spróbować się przebiec, ale Michał radzi poczekać jeszcze 2 tyg, bo takie kontuzje zazwyczaj się leczą właśnie około 4 tyg. A chcę wznowić przygotowania do maratonu. Kurde, nie wiem jak, ale wiem, że chcę. Mój ojciec już się zapisał, więc nie wypada rezygnować, prawda?

Chciałam rozpocząć też nowy cykl "Włoskie słowo na dziś", przy czym "na dziś" oznaczałoby notkę, która pojawia się średnio 2 razy w tygodniu, więc aż tak bym Was nie obarczała ;) Ale chciałam sprawdzić, czy rodzajnik jest na pewno "la", bo we włoskim roi się od wyjątków, wpisałam w wyszukiwarkę "parola del giorno" i...wyskoczyła mi taka właśnie strona! Nowy link, obowiązkowo do częstego zaglądania! Będę w takim razie wrzucać albo swoje, albo stamtąd, albo jeszcze stąd. Często będą to tłumaczenia własne, więc będę wdzięczna za poprawianie moich błędów ;)



La parola del giorno: terso- jasny, dotyczy pogody,  przykład ze strony: 

"Oggi andiamo sull’Etna e speriamo che il tempo tenga: è una giornata tersa, l’ideale per riuscire a vedere a miglia di distanza!"


Przyjemności ;)

niedziela, 10 kwietnia 2011

Spero che io sia bene

 Congiuntivo- piękna forma wypowiadania się po włosku. Szkoda, że tyle wyjątków ;) Ale Ania twierdzi, że powinniśmy ją znać BARDZO DOBRZE- nie tylko ze względu na to, że to nie język potoczny, ale i Włosi nie używają tej formy często. Mogą być zawstydzeni, słysząc to z ust zagramanicznych (kończymy 3. rok nauki, najwyższy czas piłować to, co powinno już dawno być płynne!). Ania jest w ogóle sfiksowana na punkcie tej formy- pisała na ten temat pracę magisterską, więc sami rozumiecie... Ale właściwie nie o tym chciałam pisać. Jeśli chodzi o włoski, największy problem mam z pronomi (diretti, indiretti i combinati) oraz...z akcentem. Tak. Ania to pierwszy nauczyciel, który taką wagę do tego przykłada i okazało się, że mam fatalne nawyki z mówienien "nie wiem w sumie jak, więc kombinuję"- i zawsze przekombinuję. A pronomi... niby pryszcz. Kiedy przeglądam przykłady- jest ok, wszystko logiczne. Gdy czytam artykuły albo książki- rozumiem ich zastosowanie. Ale sama gdy mam przekształcić zdanie...klops, duży i to mielony. Za mną weekend z tymi ćwiczeniami, bo pewnie jutro będziemy to piłować. Jest lepiej, ale do doskonałości.... Sami wiecie.
I jak tu się dziwić później, że marudna jestem na lekcjach i przekonana o błędnie zrobionych zadaniach i bez optymizmu chcę czytać moje gramatyczne ćwiczenia? Na otarcie łez mój ulubieniec Beppe Severgnini daje krótkie wykłady dotyczące mowy- taki włoski prof. Miodek. Boskie! Randomico 

Akcentu słucham też choćby z Silvio kurde, to trzeba mieć tupet, by żartować z bunga bunga podczas nagradzania najzdolniejszych studentów! Ale jemu się wybacza wszystko...

W piątek w końcu obejrzeliśmy "Il divo"- dość znany i raczej dobrze oceniany włoski film- na faktach, historia Andreottiego, "wiecznego premiera", zwanego też "Garbusem". Tylko patrzcie na historię

Dla mnie trochę przegadany, poza tym kamera... Rozumiem, że miało być, jak u Tarantino, ale Tarantino jest jeden i każda próba kręcenia w ten sposób filmu jest absolutnie niedopuszczalna. Tylko dla osób, interesujących się włoską polityką.
Wczoraj, dla odmiany, wróciliśmy do kina skandynawskiego, które znamy aż zbyt dobrze. Może dlatego przeoczyliśmy perełkę, jaką jest "Hawaje. Oslo". Jakie miasto! Jacy ludzie i jaki bieg! ;) Polecamy serdecznie. Nawet, jeśli ktoś nie jest fanem kina z tamtych rejonów, to niech obejrzy, bo film jest bardzo europejski (oczywiście wszystko, co w skandynawskim kinie być powinno, jest: naturszczycy, kilka rozgrywających się równolegle historii ludzi nie mających ze sobą nic wspólnego, których losy na koniec się łączą. Poza tym... oni nie muszą dużo mówić, by przekazać to, co ma być przekazane. I to lubimy.).
A dzisiaj po biegu, podczas domowej pizzy, wrzuciliśmy "Quicksilver", lekkie kino z lat 80. o kurierach rowerowych. Ach, młody Kevin Bacon! Też polecamy ;>

Dla zainteresowanych- a volta wrzucam coś na twittera- solo in italiano. Będę wdzięczna za poprawianie błędów. Piszcie, jak tylko coś zobaczycie. Wciąż się uczę.

Wybaczcie ilość linków, ale niedziela upłynęła nam po włosku od samego rana- nawet teraz słuchamy Mondo Cane. Pamiętacie? Och, co to był za koncert! Mike Patton. Kocham. Szczególnie po włosku! Pewnie o nim napiszę niedługo znowu. Bo Patton to żywa legenda i nie wolno o tym zapominać. Jezu, chyba odkurzę wszystko Faith No More!
A teraz z Pattonem, książką i kakao do łóżka. No.. Mike może być wyjątkowo między nami- oboje go uwielbiamy ;)

 Ciao, sogni d'oro.

sobota, 9 kwietnia 2011

Le vacanze, le vacanze!

 Czas trochę o wakacjach napisać, bo zarezerwowane od wielu tygodni, a nie mam kiedy Wam napisać, tak zaprzątało mi głowę bieganie.

Wakacje ustalone- oczywiście Włochy, nieoczekiwanie: rejon Rzymu (Marche, blisko L'Aquilli, gdzie było pamiętne trzęsienie ziemi w 2008r.), nieoczekiwanie domek, nieoczekiwanie z moimi rodzicami ;) Sami zaproponowali, bo od lat szukają pary do apartamentu i w ogóle podróży. Więc po kilku latach przerwy, jeśli chodzi o wyjazdy z rodzicami i rok po wyprowadzce z domu, wracamy do korzeni ;) Cieszymy się wszyscy, bo bardzo tanio wtedy wychodzi ten apartament, do tego będzie lodówka, więc można wziąć coś z PL, koszt dojazdu to pikuś, gdy się rozkłada na 2 pary w tym wypadku. Bosko! A domek ma 2 kondygnacje, 2 łazienki, więc my na górze, rodzice na dole, nikt nikomu nie przeszkadza! Przynajmniej będzie para do gry w memory i scrabble ;) No i można wziąć duuużo książek ;) Powiem tak: jestem szczęśliwa, że mam takich rodziców, z którymi można coś takiego zorganizować, są po prostu normalni, no i podobnie jak my, kochają Włochy ;) Jedziemy późno, bo pod koniec sierpnia, więc jest dużo czasu, by uzbierać kasę. No i będzie jak w zeszłym roku- Wy wszyscy wrócicie, zapomnicie o urlopie, zejdzie Wam opalenizna, a my będziemy Wam machać chusteczkami na pożegnanie ;)
Zdecydowaliśmy się zostać w Rzymie na noc (rodzice wrócą sami)- ja byłam tam już 2 razy (za każdym razem tydzień), dla Michała to będzie pierwsza wizyta w Wiecznym Mieście i stwierdziliśmy, że dwa razy nie będziemy jeździć, bo się to nie opłaca, a 1 dzień to trochę mało. Tydzień i 2 tygodnie to też mało. Kocham Rzym i nie wiem, czy życia by wystarczyło, aby poznać go tak, jakbym chciała. W związku z tą wyprawą, szukamy noclegu w tym pięknym mieście- chcemy, oczywiście, skorzystać kolejny raz z Hospitality Club, ale może macie tam kogoś zaufanego? Nie zamierzamy za ten nocleg płacić, sami rozumiecie ;) Reszta jest wciąż planowana, jeśli chodzi o zwiedzanie, więc jak coś ustalimy na pewno (nasze szlaki różnią się od rodziców, więc na miejscu będziemy się rozdzielać;)), dam znać.

 Josif Brodski (kolejny, obok Muratowa i Tarkowskiego, rosyjski italofil) "Lubię nie tyle podróż, co przybyć gdzieś i tam osiąść. A tak zwyczajnie miotać się z miejsca na miejsce, łypiąc na bok- nie, tego nie lubię. [...] Dajmy na to we Włoszech, gdziekolwiek się znajdę, staram się żyć, pomieszkać. A nie paradować tam jak turysta". Coś w tym jest- lubię mieć bazę, poczuć klimat danego miejsca, poznać się trochę z ludźmi, którzy tam mieszkają. Dlatego zawsze byłam przeciwna objazdówkom, mimo próśb i licznych namów moich znajomych. Dla mnie to bez sensu: zaliczać szybko dane miejsca, bez żadnych dyskusji z mieszkańcami. Takie 1-nocne romanse nigdy mnie nie interesowały. Naprawdę wolę zobaczyć mniej, ale dokładnie i wyczuć specyfikę miejsca, w którym jestem. Cieszę się, że znam trochę Rzym, ale jakbym jechała pierwszy raz, to chyba bym zarezerwowała od razu tydzień tam na miejscu.

Kulinarnie.... chciałabym pierwszy raz spróbować flaków...z anchois, w Rzymie ;> a obecnie- dzisiaj mamy zapiekankę z kaszę jaglanej z twarogiem. Ciekawe, co wyjdzie-, no i mam nadzieję, ze skutecznie pozbyłam się goryczki...