sobota, 30 czerwca 2012

Być celebrytą biegowym

Poznaniacy, Gazeta dziś kupiona? ;))



Wracam na balkon. Ja, celebrytka biegowa ;) A wieczorem zadebiutuję z crumble.



Słonecznego!


środa, 27 czerwca 2012

Om nom nom nom nom

Ogarniam się ze wszystkim, ale powoli. No bo tak: piszę tę nieszczęsną magisterkę, dostałam się do Drużyny Maratończyków Gazety Wyborczej, za chwilę wakacje - na które jak co roku teoretycznie nas nie stać, ale jedziemy, bo... jak tu nie jechać do Włoch? ;) Do tego w pracy młyn, więc wracam do domu naprawdę zmęczona. Zasypiam niemal z gazetą w łóżku, by czytać coś, nadrobić. Włoski leży... Myślałam o lekcjach od lipca, ale niestety mnie na nie kompletnie nie stać. Więc jesienią ruszam na podbój powtórek i nadrabiania włoskiego, pewnie znowu w Dante Alighieri ;) Wieść niesie, że tym razem będzie zmiana nauczyciela. Coś się wymyśli...

W weekend wszyscy dowiedzieliśmy się o śmierci Magdy Prokopowicz. Trudno uwierzyć, że nawet ją rak pokonał, że właśnie ją - symbol walki z nim, tak niezwykle pozytywny. Jeden i drugi wywiad z nią, archiwalne. Smutno, dziwnie. Już wydawała mi się niezniszczalna, wiecie - z tych, którzy "mieli kiedyś raka".

Dziś i jutro półfinały. Na finał typuję Włochy-Hiszpania. Byłoby ciekawie. No jak się bawią tu, o   ;))

Tak odnośnie jeszcze biegania, to nie martwcie się, wciąż będę pisała o tym raz  w tygodniu, by niebiegaczy nie zanudzić, a odstraszyć (bo trochę Was tu zagląda jednak, a nie wszyscy biegają - pamiętam i o tych drugich), mimo, że myśl o maratonie jest teraz bezpośrednio związana z drużyną, do której należę i trenera, pod opieką którego jesteśmy. Nie ukrywam, że to dla mnie ważne, motywujące i traktuję to jako spore wyróżnienie. W czerwcu mało przebiegłam, głównie przez chorobę, która mnie na jakiś czas wyeliminowała, ale już jest ok.
Trzymać dalej kciuki.Wczoraj za mną udany trening, ale o nim w weekend, no worries ;)

Zabieram się, chcę dzisiaj jeszcze coś napisać mgr, a potem czereśnie i mecz ;) Wspominałam, jak bardzo kocham czereśnie? Otóż najbardziej, absolutnie najbardziej na świecie. Mogłabym jeść tylko czereśnie.


Ps. Dzisiaj ostatni taki pochmurny, chłodny dzień. Od jutra już tylko cieplej. Dlatego wrzucam zdjęcie z Bar a Boo - w maju świętowaliśmy tam moje imieniny. Tam jest zawsze jakoś tak...słonecznie ;) Poza tym... Om-nom-nom-nom-nom  ;)




sobota, 23 czerwca 2012

Przyjęta do Drużyny!

Wybaczcie, wybaczcie, ale tyle się dzieje... Naprawdę nie mam kiedy pisać. Dzisiaj też krótko, bo za chwilę jedziemy na imprezę weselną Agnieszki i Gabora - wczoraj był ich ślub, wyglądali pięknie, swobodnie, bardzo szczęśliwie. A dzisiaj jedziemy się z nimi bawić do Szamotuł. Uwaga, Majka wystąpi w sukience, to prawdziwe święto! Tydzień temu z kolei był weekend z wieczorami panieńskimi i kawalerskimi, więc tak wszystko powychodziło, sami widzicie, że naprawdę rzadko siedziałam przed komputerem w domu.

Gościmy u siebie od czwartku jedną z moich najwierniejszych czytelniczek (od dawna u zagląda, nie wiem, czy wśród Was jest ktoś, kto wytrzymuje tu ze mną dłużej :)), Agatę, z Warszawy. Fajnie jest ;) Agata ma taki zapał jak ja, słomiany, ale wyobraźcie sobie, że jest u nas i pisze - pracę magisterską! Moja leży, mimo, że Agata pisze, co widać na załączonym obrazku. Ruszone i niewyraźne, co nie oznacza, że Agata jest niewyraźna. Cóż. Ale skończę to i się jesienią obronię, bo już mi słabo od gadania tylko o tym.

Ale najważniejszy news jest taki, że... Przeczytajcie. I jak myślicie, co się stało? ;) W sobotę, tydzień temu, dostałam e-maila z informacją o przyjęciu do drużyny! W czwartek było pierwsze spotkanie z naszym trenerem, Arturem Kujawińskim, oraz drużyną. Oj, będzie się działo. Mam twardych zawodników, niezłe czasy, dobre tempo i bardzo długie wybiegania robią. Ale damy radę. Teraz musimy. Zresztą zawsze tak miałam - jak jest nade mną bat, mogę wszystko. Samo spotkanie trwało 2h - jak fajnie rozmawiać tylko o bieganiu... A siedzielibyśmy tam dłużej, gdyby nie czas, który trochę nas ograniczał. Dam znać, kiedy znajdziecie mnie na poznańskich stronach Gazety Wyborczej ;)Trudno mi opisać radość, bo wciąż nie do końca w to wierzę - rok temu też próbowałam i mnie nie chcieli, w  tym roku napisałam bardziej przekonująco ;) Cieszę się też z samej możliwości trenowania pod okiem Artura, bo śledzę to, co robi dla światka biegowego w Poznaniu z dużym uznaniem.

Ok, jemy, ubieramy się, kawka i na imprezę, bo już chcę tańczyć! 

Miłego wieczoru!



środa, 13 czerwca 2012

Euro Euro ;)

To co, może o filmach? Wybaczcie, ale trudno zająć się czymkolwiek innym, gdy w telewizji można oglądać TAKIE mecze. W tym tygodniu dłużej oglądaliśmy telewizję niż w całym poprzednim roku ;D aż mnie oczy bolą ;)

O dwóch filmach, które przed euro obejrzeliśmy - głównie po to, byście wiedzieli, co obejrzeć, gdy znajdziecie wolny od euro wieczór.
Last Days Gus van Santa. Trzeba lubić Nirvanę albo filmy tego reżysera, by się nie zmęczyć. Ja lubię jedno i drugie. To tytułowe ostatnie dni życia Kurta Cobaina, film poświęcony kultowemu zespołowi. Specyficzny styl van Santa, świetna muzyka. Do połowy mnie trochę nużył, a potem nie można było zatrzymać, chociaż koniec jest łatwy do przewidzenia.

W tygodniu poprzedzającym moją chorobę, wybraliśmy się do kawiarni Chili Cafe na Starym Rynku - miałam groupon do wykorzystania. Dobra czekolada, średnie ciasto (ale b.duże porcje!), przyjemny choć typowy dla takich miejsc ostatnio, bo lekko prowansalski wystrój, ale raczej nie wrócimy. Posileni, wybraliśmy się do kina. Pierwszy raz w nowym miejscu (wiem, mamy zaległości z tym adresem) i niestety nie wrócę prędko do Kina Charlie Monroe (Kino Malta). Wszystko tam jest w porządku poza fotelami... Nie sposób usiąść tak, by było wygodnie i nie bolał kręgosłup, przynajmniej mnie. A film? "Opowieści, które żyją tylko w pamięci", argentyńskie kino w najlepszym wydaniu. Piękny, niespieszny, w stylu kina Era Nowe Horyzonty (choć zdaje się, że już nie Era :)), o młodej dziewczynie, która trafia do małej wioski, zamieszkanej przez kilkanaście starszych osób. Niespodziewanie dla wszystkich, zostaje bardzo wciągnięta w atmosferę wsi i ludzi. Polecamy, bardzo, bardzo. Ale może nie w tym kinie...

O kolejnych filmach po weekendzie pewnie, który będę musiała odespać, bo wybieram się na wieczór panieński ;))

Wracam na mecz, miłego! Przetrwajcie ci, którzy nie lubią piłki... ;)

ps. Jutro Włosi grają...!



sobota, 9 czerwca 2012

Asparagi!


W chorobie mam tak, że tyję, od zawsze, apetyt zwiększa mi się wielokrotnie. I wymyślam. Przedwczoraj wymyśliłam szparagi zielone. No dobrze, wcale nie wymyśliłam, tylko pomógł mi wpis na blogu, który podczytuję, szukając inspiracji kulinarnych. Ze szparagami jestem na bakier, przyznaję, to jedna chyba z 2 rzeczy, których nie lubię, ale tak naprawdę nie lubię: że nie zjem, że się krzywię na samą myśl, że zapach okropny, że wszystko. Podchodziłam je na różne sposoby, nawet z zupą, ale nie daję rady. Okropności, a z Poznania jestem i tu mieszkam, więc cierpię w okresie sezonu truskawkowo-szparagowego, bo blogi kulinarne wbijają mi szpilę niemal każdego dnia. Ale piszę cały czas o białych, a z zielonymi jest inna historia, nie powinny się w ogóle szparagami nazywać. Są już mniej więcej od tygodnia, może chwilę dłużej, w końcu znalazłam przepis, który jest prosty, składniki zawsze mam pod ręką (poza szparagami zielonymi), więc do dzieła. Wszystko jak w przepisie, jest pycha, polecam!

Wy jedzcie, a my gościmy u nas już kolegę ze Szczecina, z którym jedziemy za chwilę do rodziców (chłopcy wcinają właśnie tradycyjnie przed startem spaghetti aglio, olio e peperoncino), a jutro do Grodziska Wielkopolskiego. Jak co roku, ja nie wystartuję... W zeszłym roku skręciłam kostkę, w tym się rozchorowałam - znowu tydzień przed. Pech? Już jest ok, ale nie mogę ryzykować nawrotu, bo w pracy mnie zamordują. Zresztą przygotowania do maratonu są i tak najważniejsze...



czwartek, 7 czerwca 2012

Pikawka

Tydzień temu, sobotnim rankiem, wybraliśmy się do Bike Parku, żeby niezawodny Gabor naprawił mi hamulce, bo jeździć z takimi było już niebezpiecznie. Zostawiliśmy rowery w sklepie, żeby nie stać nad pracującymi i wybraliśmy się na spacer po Starym Rynku, który odwiedzamy naprawdę rzadko. Z różnych powodów. Ale o tym kiedy indziej.

Szliśmy ulicą Wroniecką i właśnie wspominaliśmy Kawiarnię Kawka, którą mieli przenieść w inne miejsce - byliśmy ciekawi, co jest pod jej dawnym adresem. Przy wejściu zobaczyłam napis "Kawka przy barze 2zł" i myślałam, że oszaleję: czyżby pierwsza kawiarnia w Poznaniu, gdzie możemy wypić espresso przy barze po niższej cenie, nie siadając przy stoliku, bo kelnerka ma nadzieję, że do tego zamówimy lody, sałatkę i szampana?! Niemożliwe. Weszliśmy do Pikawki, początkowo z trudem odnajdując się w matematycznym wystroju. Za barem właściciel, taki po włosku: bardzo gadatliwy, ale i my byliśmy ciekawi, bo są tam zaledwie od kilku tygodni, a kawę nam zrobił taką, że wystarczyło jedno spojrzenie między nami, które jasno dało znać, że będziemy tam wracać. Przed każdym kinem, przed każdym spotkaniem w okolicach Starego Rynku, przy każdej innej okazji. Ludzie! Jaka kawa! Przysięgam, że będę wracać i ludzi przyprowadzać! Kawa grzechu warta. Czy to możliwe, że dzięki modzie na gotowanie, ludzie zaczęli przywiązywać taką wagę do jakości? Czy może dopiero teraz właściwe osoby otrzymały możliwość raczenia nas proprio cafe
Mamy w tej chwili dwa znane mi miejsca, do których zaprowadzę Włochów w Poznaniu: najpierw na pizzę do Bar a Boo, a potem na kawę do Pikawki. O innych dobrych miejscach nie wspominam, bo... jeszcze mnie tam nie było ;)

Zachęcająco brzmi również sałatka truskawkowa ze szpinakiem w Pikawce czy porcja truskawek z bitą śmietaną za 6zł! Tak... Już wiem, że w przyszłym tygodniu, w drodze na wystawę włoskiego malarstwa w Muzeum Narodowym, wstąpimy ponownie do Pikawki. I pokajamy się, że nas nie było w tym tygodniu, ale ja po prostu zachorowałam.

Polecam!

Ps. Nie my robiliśmy fotki. Zdjęcia pochodzą ze strony kawiarni , a są za nie odpowiedzialni ludzie z In-Studio.




wtorek, 5 czerwca 2012

Choruję

Tydzień niebiegowy za mną, bo pobiegłam tylko we wtorek, od którego to dnia bolało mnie gardło. Codziennie było tak, że myślałam, że "się rozejdzie". Nie rozeszło się, w niedzielę leżałam, a w poniedziałek wstałam do pracy, ubrałam się, nawet śniadanie zjadłam, a następnie stwierdziłam, że chyba jednak nie dojadę. Marsz do lekarza, gdzie usłyszałam solidny opr, że tak późno, bo mam już tak zaawansowane zapalenie gardła, jakkolwiek to brzmi, że musi być antybiotyk i pani doktor nie chce ze mną dyskutować, chyba, że przez miesiąc chcę się leczyć. Z pokorą więc przyjęłam paskudztwo i cały dzień przespałam. A dzisiaj okazało się, że mogę jednak mówić, więc jest lepiej, choć wciąż brak sił.
Leżę, czytam, czasem coś obejrzę, jem ;)
Kiedy ja pisałam o filmie? Nie oglądamy dużo, bo maksymalnie 2-3 filmy tygodniowo, ale dawno nic nie pisałam, a się nazbierało. Wybierzmy coś...
"Czerwona pustynia" (Il deserto rosso, 1964) Michelangelo Antonioniego - od dawna się czailiśmy na ten film. Okazał się nużący, pełen symboli, których do końca nie rozumiemy, ale za to ze świetną Monica Vitti.
Ciekawostka: 100% na pomidorach. Cóż, widocznie wiele musimy się jeszcze nauczyć... ;)

Tak już jest, że jak zaczniemy z francuskimi, nie możemy przestać, a i nierzadko mamy tak z filmami włoskimi. Często kończy się na 2-3, ale na jednym zatrzymać się nam trudno. Nanni Moretti jest dość płodnym reżyserem, mamy sporo do nadrobienia, ale to wstyd, że dopiero teraz obejrzeliśmy "Pokój syna" (La stanza del figlio, 2001); film, dzięki któremu świat o nim usłyszał. Dość powiedzieć, że zdobył Złotą Palmę w Cannes w 2011 oraz Cezara. Historia psychoanalityka, który traci syna. Dostajemy obraz kochającej się włoskiej rodziny, która musi sobie radzić z nieoczekiwanym dramatem, jakim zawsze jest śmierć dziecka. Świetnie zagrany, ze świetną muzyką - Brian Eno! . 84% na pomidorach  polecam bardzo, na pewno do niego kiedyś wrócę. Poza tym w filmie trochę biegali ;)

A teraz...teraz Polska. "33 sceny z życia" (2008) Małgorzaty Szumowskiej. Wiele zamieszania, dużo nagród, doceniona (podobno) za granicą. A my jak zwykle pod prąd, jakiś niedosyt, uczucie, że można było jednak lepiej, że za dużo szumu o Szumie, niepotrzebnego. Jeśli cały film oceniłam 7/10, to dla Macieja Stuhra punktów 11. Film na piątek, ale nie oczekujcie niczego niesamowitego. Jak na polskie kino, daje radę, przyznaję, ale krytycy oraz widownia przesadzili z tymi wszystkimi nagrodami i zachwytami.  Po jego obejrzeniu jeszcze mniejszą mam ochotę na "Sponsoring", którego fragmenty nie zachwycają, pomimo ukochanej przeze mnie Binoche.

A tymczasem euro-sreuro powoli się zaczyna. Tak, należę teoretycznie do euro-sceptyków, jednak staram się zawsze szukać pozytywnych aspektów wszystkiego. Dzięki Euro mamy masę remontów i dróg, na które czekalibyśmy inaczej 30 lat pewnie. Poza tym Włosi przyjeżdżają, a to zawsze plus, w dodatku do Poznania! Czekam tylko na buble, które z pewnością wyjdą dopiero podczas trwania Mistrzostw... Włosi podobno zachwyceni. Ale oni są zawsze zachwyceni ;) Poza tym mają spore problemy u siebie z korupcją w piłce w nożnej (brzmi znajomo?), więc mam wrażenie, że dziennikarze próbują ich jeszcze bardziej pogrążyć.

Jak się wygrzebię z łóżka, może jutro też coś napiszę. I tak myślę... może zupa cebulowa? Bo krem porowy mi się kończy. Zjadłabym coś, jak to w chorobie. Jak to każdego dnia... ;)