piątek, 29 października 2010

Vincere!

Va bene, 2 osoby się w ostatniej niemal chwili wykruszyły, ale to nic, najprościej było iść do kina 30minut przed seansem i zgarnąć tych, którzy na film o duce się wybierają, by zaproponować im tańszy bilet w ramach grupowego. I my skorzystamy, i oni. I tak właśnie zrobiliśmy ;) Co prawda tego dnia akurat wszyscy szli na Laskowika w sali obok i ostatecznie 10tej osoby nie znaleźliśmy, ale to nic. Stawiliśmy się w 9 osób, co i tak uważam za mały sukces, bo udało się zebrać ludzi aż z 4 grup z Dante Alighieri! A do tego osoby towarzyszące.
A sam film? Musimy brać pod uwagę, że to nie jest film o Mussolinim, lecz o miłości jego i Idy, kochanki- zaczęto o tym mówić dopiero 10 lat, stąd pewnie pomysł na film i jeśli potraktujemy film w tej właśnie kategorii- miłości duce i kobiety, która ostatecznie została doprowadzona do choroby psychicznej, to jest to film poprawny, ale daleko mu do doskonałości. Oceniam jednak dość wysoko mimo wszystko, na 7/10, głównie za aktorstwo- zadziwiająco świetne! Szczególnie głównej bohaterki o wdzięcznym imieniu (moja imienniczka;))) i nazwisku- Giovanna Mezzogiorno (południe dla niezorientowanych).

Przeczytajcie "Benito, ti amo".
Poza tym cieszę się niezmiernie, że wszystkim spodobał się pomysł wychodzenia do kina gromadą i każdy z Was wyraził chęć powtórnego spotkania pod tym pretekstem, więc czekajcie na znak Waszej animatorki, hehe ;)

Wracając dzisiaj do domu, wstąpiłam do Kina Muza po 2 bilety na Nieprzyzwoicie Tani Czwartek next week- bilety po 5zł, tym razem "Biała wstążka" Hanekego- podobno tak nie boli, jak jego słynne "Funny games" kto zna, wie, o czym mówię. To były 2 ostatnie bilety, w beznadziejnym pierwszym rzędzie...Ale później zorientowaliśmy się, że można kupić jeszcze przez internet tu i są jeszcze w 10.rzędzie- widocznie nie mają spójnego systemu, co dla nas jest korzystniejsze, więc te 2 bilety kupione przeze mnie zwrócę w kasie kina we wtorek ;)
Trailer do "Białej wstążki" obejrzyjcie. Reżyser jest...dziwny.

A dzisiaj wieczorem czas na "Lśnienie" Kubricka. Ach, Nicholson ;) Ale najpierw wstawię murzynka do piekarnika, o.


Pozdrawiam serdecznie Agatę, która przypomina mi o tym, że już dawno powinnam zacząć pisać pracę magisterską... Zazdroszczę zapału, weny i mobilizacji!

wtorek, 26 października 2010

Na duce, chodźmy na duce!

W czwartek "Zwycięzca"-przypominam! Mamy na liście już 8 osób. Serdecznie dziękuję tym, którzy w akcję się włączyli i namówili wątpiących ;) Ale potrzeba jeszcze co najmniej 2 osób.. Więc?
Zuzanno, do Ciebie piję! ;)

Wczoraj odwiedziliśmy Apollo z okazji tanich poniedziałków, które wprowadzili całkiem niedawno, pewnie idąc w ślad za Muzą. Kupując bilet na ostatnie seanse, osoba towarzysząca wchodzi za darmo (ale tylko w poniedziałki). Ostatnio, gdy byliśmy w tym kinie, czekaliśmy do ostatniej chwili z kupnem biletu, bo nie wiadomo było, czy się uzbiera 5 osób, tak jest tam zawsze, smutno, cicho, a wczoraj? Naliczyłam 20 osób na sali, czyli jak zawsze, promocja się opłaca, a kino jeszcze na niej zarobi (zabierając kolegę, czy koleżankę, płacicie 7,5zł za bilet!)- od początku mówiłam, że podczas seansów Nieprzyzwoicie Tanich Czwartków
Wczoraj, w rzeczonym Apollo, byliśmy na "Wyśnionych miłościach" Xaviera Dolana (zdjęcie), film znany z festiwalu Gutka Era Nowe Horyzonty, na który to akurat seans nie udało nam się dotrzeć. Jeśli ktoś lubi specyficzny klimat ENH, to polecam, na pewno mu się spodoba, jednak zdaję sobie sprawę, że to nie jest film dla wszystkich. Dobra muzyka, świetnie zagrany, dialogi trochę urywane ("jak u Godarda" wg Michała, według mnie zbliżone bardziej do Almodovara). I te stroje...;)
A dzisiaj na tvp kultura o 20:10 "Nikotyna"- trailer. Wygląda średnio, ale chyba podejmę to hiszpańskie wyzwanie wieczoru ;)

Zjeśćpoznań.pl- o Festiwalu Samków Włoskich napisali, rzecz jasna, jak zawsze nie zawodzą, wyczerpujący opis 8 restauracji znajdziecie TU.
mają więcej osób, niż razem przez cały tydzień. Bilety na tydzień przed już są wykupione- WSZYSTKIE!

I cóż...piszcie w sprawie czwartkowego wyjścia do kina! 

niedziela, 24 października 2010

Narzekania jesienno- weekendowe

No dobrze, po kolei.
Koncert Andrei Triany. Totalna porażka, nie mająca nic wspólnego z artystką. Rozumiem, że to urodziny obleśnie snobistycznego klubu i w ogóle. Ale taki koncert o północy w piątek, poprzedzony imprezą, oznacza, że wszyscy ci, którzy przychodzą co tydzień, będą i tego dnia (Wchodząc na koncert-25zł, przed północą, wchodząc na całą imprezę od 20:00-40zł,a  to żadna kasa dla dzieci bogatych rodziców), więc zostali, gadali, przeszkadzali, zagłuszając nam koncert. Wstyd, żenada. Dlaczego trzeba iść w naszym kraju na taki koncert np do Stodoły, czy innego zbliżonego gabarytami klubu i zapłacić 90zł? Smutne. A jaki ona ma głos... O ludzie. Ciary, bardzo na tak, ale nie w takich warunkach. Dlatego pod znakiem zapytania stoi moja męska muzyczna miłość, czyli Jamie Lidell, gwiazda światowego formatu, w SQ 12.11 za 45zł. Nie dość, że piątek, to jeszcze w długi weekend, czyli będzie pewnie dużo imprezowiczów. Chyba się rzucimy na jakiś koncert w Berlinie, może by  był? Może by był, ale za 25 euro (w Stodole dzień przed Poznaniem zagra za 85zł). Nie w tym miesiącu..;)Za tę kasę pójdziemy na Kilimanjaro Darkjazz Ensamble, Julię Marcell, a jak dołożymy, to jeszcze na Kim Nowak ;) Poza tym mankamentem koncertu Adriany Triany była godzina jego rozpoczęcia- o północy, w domu wylądowaliśmy o 2, zanim coś zjedliśmy i obgadaliśmy występ, zrobiła się 3, więc w sobotę obudziliśmy się o 11...

Tak, wczoraj był dzień rozczarowań. Wybraliśmy się na włoskie smaki za 10zł, jak wspominałam, zaprosiliśmy nawet moich rodziców. Wszędzie były kolejki, wybraliśmy Umberto, gdzie ludzi było najmniej- czekaliśmy kwadrans. A teraz uwaga, miało być:
"Grillowana Cukinia faszerowana mięsem mielonym z nutką suszonej śliwki podawana z sosem winno-śliwkowym oraz bruschettą, czyli opiekanym chlebkiem z oliwą, pomidorami, czosnkiem i bazylią. To danie, które jak sama nazwa wskazuje swym smakiem przenosi w krainę rozkoszy"

Dostaliśmy 2 duże klopsy mielone, nadziewane śliwką, na 2 plasterkach cukinii (mini cukinie?), obok sos na liściu sałaty, do tego kilka centymetrowych plasterków mozzarelli z rukolą i pomidory, a bruschetta? Mała kawiorkowa kanapka posmarowana sosem, który przypominał taki z paczki, Winiary czy coś. Owszem: mięso dobre, rukola-fajnie, ale tak wszystko razem plus pseudobruschetta i brak RZECZYWISTEGO dania oznacza wg mnie duży minus dla tej restauracji. Czy oni rozumieją hasło: FASZEROWANA CUKINIA? Czy może ja to inaczej rozumiem? Napoje pioruńsko drogie, więc wzięliśmy 1 wodę i 1 piwo. Po obiedzie rodzice pojechali z Michałem do nas m.in po to, by zabrać mój rower na przezimowanie ;( A ja ruszyłam po Dejfita z mojej grupy, którego namówiłam, by mi towarzyszył podczas włoskiego seansu. Upiekłam ekspresowe ciasteczka owsiano-cynamonowe i dorzuciłam garść słonecznika do kieszeni, by było nam przyjemniej i ruszyliśmy ;) Weszliśmy, usiedliśmy, wyśmialiśmy PRLowski wystrój auli, a następnie usłyszeliśmy, że dzisiejszy film nie ma napisów, nawet angielski. Dejfit przepraszał, ale nie zrozumiałby ani słowa, a ja nie chciałam zostawać sama, więc wyszliśmy- nie tylko my zresztą... Ech, mogli wcześniej dać takie info na stronie? Mogli, bo film mieli org, więc nie rozumiem braku chęci i w ogóle... Ech. Jestem chora, po obiedzie mogłam jechać prosto do domu, prawda? Poza tym ja zawsze myślę o takich sytuacjach w sensie szerszego społecznego problemu. Wyobraźcie sobie np te dziewczyny, które z nami wyszły- wyglądały na totalnie niezorientowane w temacie. Może było tak: dowiedziały się gdzieś, że można obejrzeć włoski film za free, może dowiedzieć się czegoś o kulturze obcego im kraju (zakładam, że nie znają żadnego Włocha, nie były w Italii, nie chodzą na kursy językowe), a tu takiego. Za rok nie przyjdą- takie sytuacje zniechęcają. Poza tym zrozumiałam, że miała być prelekcja prof. Hendrykowskiego. Chłopak ustawiający film na rzutniku profesorem na pewno nie był, a i wątpliwe, by Hendrykwoskim, bo miał lat pewno 25. Wypiłam więc herbatę u Dejfa, zjadłam tort, bo współlokatorka miała akurat urodziny, pobawiłam się z ich kotem i pojechałam do mojego towarzysza, pracującego dzień i noc nad dyplomem (ma już ok 70%). Wypiliśmy herbatkę, poczytaliśmy w łóżku i zasnęliśmy o 23. W sobotę- starzeję się? Dobrze mi tak!
Dzięki temu miałam dzisiaj siłę, by wstać wcześniej i wybrać się na spacer śladami Włochów w Poznaniu z przewodniczką, Natalią. Sporo ludzi, aż byłam zaskoczona, bo myślę, że 15-20 osób, z tego, niestety kilka takich, które chodzą chyba an wszystkie darmowe wycieczki i są przekonane, że wiedzą więcej, niż przewodnik. I przeszkadzają, proszą o powtarzanie całej kwestii, bo były zmęczone, bo dopiero dotarły... JA wszystko rozumiem: niektórzy chodzą wolniej, są starsi, chorzy itd. Ale prosić- ta jedna osoba!-, kiedy cała reszta już tego słuchała i przewodnik się spieszy, bo mieliśmy dość ograniczony czas? Ech. Chyba byłoby mi głupio, mimo wszystko. Poza tym takie zwracanie uwagi, dość głośno "A nie powiedziała pani jeszcze o tym i o tamtym". Jeśli wszystko wie, to po co chodzi na wycieczki? Jezu. Spacer polegał głównie na zwiedzaniu kościołów. Tak. Ale to nic, bo była Ela, Ania, druga Ania, więc mogłyśmy porozmawiać i nie czuć się osamotnione wśród terroru moherowych beretów, jakże niesympatycznych... A reszta przyjemnie, jeśli chodzi o towarzystwo- tylko w każdej, nawet najmniejszej, grupie musi się znaleźć ktoś taki. Ech.

Weekend dobiega końca, uciekam do Michała. Może mozzarellka ze świeżą bazylią, wino i książka? Chyba tak ;)

Czy moja dzisiejsza notka jest krytyczna? To tylko wrażenie, zapewniam! ;)

piątek, 22 października 2010

Pójdziecie ze mną do kina?

Nie udało mi się dotrzeć na czwartkowy seans- znowu (albo wciąż?) jestem chora. Antybiotyki tak wyjałowiły mi organizm, że wystarczyło wrócić na 1 dzień do pracy, by się znowu rozłożyć, a 3go L-4 w tym miesiącu nie wezmę. Ratuję się, jak mogę: kanapki z czosnkiem, sok wyciśnięty z 2 cytryn z samego rana, teraz homeopatia, biorę już tran codziennie. Jakieś jeszcze macie sprawdzone sposoby? Czwarty tydzień choruję, kiedy to się skończy? Ani basen, ani kino, ani nic, trochę wegetuję, dużo śpię i męczę się w biurze ;(
Włoski.... Rozmawiałam z Elą, miała podobne odczucia po pierwszej lekcji- tzn. lektorka trochę była spięta, ale może to dlatego, że się obawiała właśnie przyjęcia? Absolutnie nie skreślamy jej- powtarzam, że jako pierwsza zaczęła zwracać mi uwagę na rzeczy, które poprzedni nauczyciele pomijali, więc na razie pedagogicznie (dydaktycznie?) jest na plus ;) Myślę, że towarzysko (vogliamo scherzare, scherzare!) na zajęciach się rozkręci, na pewno u nas, w końcu jesteśmy najfajniejszą grupą, hehe ;) Najistotniejsze jest chyba to, że Ania ma koncepcję lekcji- obawiałyśmy się trochę, że skoro nie będzie podręcznika w tym roku, tylko praca z kserówkami, to może być różnie, tymczasem całe 1,5h pracowałyśmy z jednym tekstem, który dostawałyśmy partiami i robiłyśmy z nim naprawdę różne rzeczy (m.in. to, co ja lubię najbardziej, czyli dopisywanie dalszej historii zgodnie z naszym przekonaniem i zasobami wyobraźni), a na końcu dostałyśmy całość i okazało się, że to Umberto Eco i w ogóle ;) Nie był łatwy, trochę się podłamałam, jeśli mam być szczera, ale najwyraźniej czeka mnie dużo więcej pracy w domu. Nie marudźmy, nie wydziwiajmy- to ostatni poziom dla amatorów- później już można robić certyfikat, nie może więc być łatwo, banalnie i nudno. Nie mam wyjścia, muszę gonić poziom pozostałych dziewczyn. Tak czy inaczej- Ania ma dokładnie zaplanowaną lekcję, a ja to lubię najbardziej- bacik, dyscyplina, program, a między tym trochę żartów.
Dzisiaj koncert Andrei Triany w SQ, niestety odpuszczam włoski- nie da się zwrócić biletów, więc po pracy pojechałam od razu do domu się wygrzać, zdrzemnąć ok 3-4h, bo koncert ma być o północy dopiero. Chciałabym się jutro poczuć na tyle dobrze, by dojechać na film o 19, chociaż jeden... Chciałabym też wziąć udział w akcji "Smaki włoskie", może jutro się uda gdzieś wybrać, bo 10zł za wybrane potrawy to naprawdę okazja ;) 
Wybieramy się do jednej z knajp na Żydowskiej, wczesnym popołudniem, podobno czeka się na stolik 15 minut, bo wszyscy tylko an to konkursowe danie przychodzą.
A teraz propozycja wyjścia do kina.
Film "Zwycięzca"- historia Duce, lada dzień wchodzi do kin.
Już się udało nie raz spotkać w conajmniej 10osobowym gronie i wspólnie obejrzeć film, dzięki tak dużej ilości osób i
wcześniejszej rezerwacji, bilety są tańsze, niż zwykle.
Pomysł mam szalony, ale może się uda- tym razem nie spotykamy się, by obejrzeć jakąś superprodukcję, tylko film o
Duce. Jeśli każdy z Was weźmie conajmniej jedną osobę pod pachę, może się uda zebrać 10? Ja i tak na ten film pójdę, ale może się uda, że z Wami, może taniej dzięki temu? I może w naszym włoskim (choć niekoniecznie) gronie obejrzymy coś razem? Jeśli będzie 10 osób (lub więcej), każdy z nas zapłąci za bilet 13zł- bez względu na to, czy ma ulgowy bilet, czy nie- w takiej sytuacji wszyscy jesteśmy traktowani tak samo. Proponuję czwartek, 28.10. o 20:00 w Apollo. Czekam na maile.
Uciekamy za godzinę na koncert!

środa, 20 października 2010

Italiano, italiano!

Dio, zdałam tego psychopatę! Dacie wiarę?! AAAAA, jestem na ostatnim roku studiów, oficjalnie ;) Mogę teraz chwilę odetchnąć... wiecie, że ostatnio zaglądałam do włoskiego w sierpniu? Oczywiście poza tym zdarzyło się kilka maili, słuchałam radia itd, ale...przyszła kryska i na Majkę, bo jadąc wczoraj na egzamin, otrzymałam telefon z informacją, że zajęcia zaczynamy jednak dziś! I tak: wcześniej miałam egzamin, w pracy dziś ani chwili wytchnienia, bo to pierwszy dzień w biurze po mojej długiej chorobie... Jak zwykle nie byłam przygotowana. Rozłożyła mnie Dominika, która i tak przenosi się do C2, ale mówi po prostu przepięknie i z taką swobodą! Zazdroszczę, pozdrawiam!
Nowa lektorka, Ania, na plus! Fajnie, że ktoś w końcu zaczął mnie ganić za brak akcentu- mam nadzieję, że tak będzie dalej. Poza tym robię jak zwykle głupie błędy i jak zwykle myślę, że nic nie umiem. Chyba jestem wystarczająco zmotywowana do nauki już od jutra! Ale oprócz Hani (która będzie od piątku) i Eli niezastąpionej absolutnie, mamy w grupie również Julię. Fajnie ;) Boże, jak fajnie znowu być w Dante, rozmawiać z Giancarlo i Mauro i pracować nad italiano! Ktoś jeszcze ma dotrzeć w listopadzie podobno.

Jutro się spotykamy w auli UAM, prawda? Będę przed 19 ;)  I ustalone- w sobotę również spotykamy się na pokazie filmu, a w niedzielę pospacerujemy wspólnie śladami Włochów w naszym mieście, ilość kursantek rośnie z każdym kolejnym przypomnieniem ;)
 
Bardzo ważna informacja: z najnowszym Newsweekiem można kupić "Wideokrację"!
http://www.newsweek.pl/artykuly/sekcje/kultura/wideokracja--czyli-byc-jak-berlusconi,66478,1 
a ja już mam ;) 

Dzisiaj szybko spać, to był długi dzień. Prysznic, książka, kot na brzuch i nyny.


poniedziałek, 18 października 2010

Tydzień Kultury Włoskiej w Poznaniu 18-23.10.2010/X Settimana della lingua italiana nel mondo



Program filmowy w ramach tygodnia włoskiego- pokazy będą się odbywały w auli UAMu o 19:


     1/ Boccaccio 70'  – film z 1962 roku, w reżyserii Vittorio De Sica, Luchino Visconti, Federico Fellini i Mario Monicelli.

    2/ Biedni ale piękni  - w reżyserii Dino Risi

    3/ Małżeństwo po włosku  -  w reżyserii Vittorio De Sica

    4/ Rozwód po włosku  -  komedia filmowa z 1961 roku w reżyserii Pietro Germiego

    5/ Ape regina  -  w reżyserii   Marco Ferreri.

    6/ Fanfaron  -  w reżyserii   Dino Risi

Każdy pokaz poprzedzi prelekcja prof. Henrykowskiego- warto! Szczegóły tu

Dziś i jutro odpadam jeszcze filmowo, w piątek koncert doskonałej Andrei Triany w SQ za grosze, więc pozostają mi środa, czwartek i sobota. Wygląda na to, że nie uda mi się oderwać Michała od licencjatu, kto więc jest chętny, by mi towarzyszyć podczas projekcji?
Reszta jest dla mnie raczej nieosiągalna ze względu na godziny, w jakich się odbywa. Może jeszcze w niedzielę, może być ciekawie, o ile pogoda dopisze:

Godz. 11.00, start: Ostrów Tumski przed Katedrą - Śladami Włochów w Poznaniu: wycieczka z przewodnikiem
Jacyś chętni na przechadzkę? czekam na maile ;)
 A w ogóle to patrzcie: nawet są na facebooku.

Wspominając wakacje... Na lodówce mamy pierwsze dwie kartki, które do nas dotarły, odkąd tu mieszkamy- z Malty od Eli i z San Francisco od Johnny'ego. Dziękujemy bardzo, pozdrawiamy Was równie ciepło i serdecznie i przykro nam, że musieliście wrócić ;) Dużo wysyłacie kartek?

I dubbi della lingua italiana

 Tęsknię za ciepłem, nie znoszę pseudo jesieni w Polsce, nie cierpię zimy. Odliczam czas do maja...


Tak, pod koniec zeszłego tygodnia prowadziłam dość częstą rozmowę na przemian z Giancarlo i panią Grażyną, dotyczącą naszego kursu. Okazuje się, że jest 6 osób, ale ta 6ta może być z nami dopiero od listopada. Jedyne, co wiemy na pewno, to to, że termin zajęć jest dość średniawy- środy i piątki po pracy. Nie wiem, jak Wy, ale ja w piątek, wychodząc z pracy po 17, czuję ciężar całego tygodnia. Jest to jednak jedyne rozwiązanie, by grupa istniała z Hanią, więc nie wybrzydzam- cieszę, się, że w ogóle się udało.
Zmiana nauczyciela... Nas prowadzić będzie pani Ania, grupę C2 pani Róza- jeśli dobrze zrozumiałam. Obie nowe, dla nas to też nowość: polski lektor. Ale spójrzmy na to z innej perspektywy: na tym ostatnim, trzecim (!) roku nauki jest dużo powtórek i tak naprawdę będziemy bardziej doskonaliły język, niż uczyły się ogromów nowego materiału. A kto, jak nie polski lektor, wytłumaczy nam lepiej te niejasności, które czasem były między nami i Giancarlo czy Mauro. Dla nich pewne rzeczy są oczywiste i już, choć z Giancarlo jest o tyle pod tym względem lepiej, że mówi po polsku. Pierwsze reakcje ludzi, z którym rozmawiałam, były "Ale szkoda, że bez Mauro"- nie mam na myśli jedynie mojej grupy. Oczywiście, że ja też żałuję- było an co popatrzeć ;) zajęcia były niezwykle ciekawe, jeśli chodzi o źródła, trochę zgadanień politycznych itd. No ale pani Ania robi doktorat z metodyki, więc jak dla mnie idealnie! Oczywiście mieszkała we Włoszech, uczyła cudzoziemców bez możliwości porozumiewania się z nimi po polsku itd. Ja jestem na tak, moi drodzy i nie mogę się już doczekać zajęć. Poza tym moje doświadczenie dotyczące zmian nauczycieli od języków, a dokładniej rzecz ujmując- angielskiego, podpowiada, że za każdym razem była to dobra decyzja, ponieważ każdy wychowywał się gdzie indziej, w innym środowisku, kształcił w innym regionie, więc miałam okazję poznać masę różnych idiomów, zwrotów itd- od każdego zupełnie nowych. Powtarzam- ragazze, to naprawdę słuszna decyzja.
A co za rok? ktoś myśli o certyfikacie czy cuś?

Dziękuję za wszystkie maile z życzeniami powrotu do zdrowia ;*
Jutro popołudniu egzamin z antropologii- proszę o wsparcie. A w środę do pracy- też nie będzie lekko po takiej przerwie ;)

środa, 13 października 2010

Chora chora chora ;(

Postanowiłam prześledzić literacką nagrodę Nobla w ostatnich kilkunastu latach, ponieważ wciąż utrzymywałam, że Llosa to pierwszy noblista, którego dość dobrze znam, lubię i cenię i nie muszę go nadrabiać, a Agnieszka Gabor mi uświadomiła, że jeszcze był wyróżniony m.in Kertesz ("Los utracony"- mam, lubię, dawno nie wracałam), więc może nie on jeden?
I tak znajomi Majce: w 1999- Gunter Grass, w 2002- Imre Kertesz już wspomniany, 2003- J.M. Coetzee, 2004- Elfride Jelinek (próbowałam czytać, nie dałam rady, generalnie nie polecam..), 2007- Doris Lessing (poznałam ją dzięki tej nagrodzie. Wcześniej o niej nie słyszałam, zainteresowałam się, gdy ją doceniono, mam jej 6 książek, kupuję kolejne, jest w mojej pierwszej trójce- razem z Thomasem Mannem i Jarosławem Iwaszkiewiczem), więc nie jest tak źle, jak myślałam z moją wiedzą, dotyczącą znajomości noblistów w ostatnich latach ;)

Bajka nas zaskoczyła, bo Sajo nawet się wyspał ;) Co prawda robiła tradycyjne rundy po łóżku, łaskotała po twarzy
wąsikami i próbowała włożyć nos w oczodoły, ale poza tym smacznie spała ;)
Skoro już o kotach mowa...Mirka ma 2 kotki!!!! Tak cudownie, tak się cieszę! Zarażona, już jest (całkiem
nieoczekiwanie!) kociarą, hehe ;> Mirko, pozdrawiam Cię serdecznie- nie martw się, wszystko będzie dobrze ;)
 
Nie dość, że się nie wykurowałam, to mam nawrót choroby, a zwolnienia wziąć znowu nie mogę, więc trzymajcie kciuki- gripexy, rosołek, grzanki z cebulą i czosnkiem, mleko z miodem, a jutro ten przeklęty egzamin...- pisałam to przedwczoraj, a wczoraj okazało się, że jednak muszę. Od 4 rano nie spałam z powodu bólu gardła, cały dzień na przeciwbólowych; inaczej nie mogłabym powiedzieć lekarzowi, co mi dolega.. Znowu antybiotyk ;( Wpieprzam jogurty, czosnek, cenbulę, rosół się gotuje- coraz więcej piszą o grzybicy układu pokarmowego, spowodowanej antybiotykami właśnie, ech. Jestem załamana.
Bo ja już szukam kurtki do biegania na zimę, kurde! Poza tym rodzice byli na starcie maratonu i oczywiście tak się podgrzali atmosferą, że się szykują na marcowy półmaraton! Not fair, to ja miałam i to wtedy, kiedy będę naprawdę przygotowana, a teraz jest ciśnienie, no bo przecież muszę, prawda? ;) 
Rower już niestety schowany. Dla mnie albo za zimno, albo jestem chora o tej porze, ale rowerowa kawa...dlaczego nie?
Egzamin w kolejny wtorek. Dacie wiarę, że wciąż zaliczam I rok SUM?
 
YYYY, chyba się nie zrozumiałam z Dante. Był problem z grupą tygodniową, bo były 3 osoby, teraz na szczęście jest już 5, a może ktoś jeszcze by chciał? Szukamy ludzi chętnych na poziom C1, zajęcia 2 razy w tygodniu w godzinach 17:45-19:15. Rekomendację chyba znacie ;) 
http://www.scdantealighieri.com.pl/ 


 

niedziela, 10 października 2010

Coming back to reality

AAAAAAAAAAA. Aż mnie wszystko swędzi, jak słyszę o maratonie. Czy naprawdę nigdy mi się nie uda? Jak tylko minie kaszel, wracam do marszobiegów- ciekawe, jak długo to potrwa, bo synoptycy straszą mrozem nawet do -30 już w listopadzie, w co moja mama akurat nie wierzy, bo mówi, że nasze koty nie przynoszą wcale myszy (w zeszłym roku po kilka dziennie- aż się wystraszyliśmy, że się potrują, no i zima była paskudna: mroźna i długa). Ciekawe, co to będzie.
 
W przyszłym tygodniu rusza włoski i mam nadzieję, że basen- w końcu! Muszę się tylko wykurować do końca...A znowu mnie boli gardło i znowu kaszlę. Tymczasem w tym roku miała startować rekordowa (również w Polsce- puszczam oko do Agaty z Warszawy!) liczba osób, ponad 5000. Było mniej, ale sam fakt, że CHCIELI.
Niebywałe, co się stało z naszym społeczeństwem, nie dość, że w tym roku nie było miejsca na ścieżkach rowerowych, to i w lasach wokół Malty dało się zauważyć spory tłok spowodowany liczbą biegaczy. Cudownie, ciekawe, co w przyszłym roku, bo maksymalnie chyba 6000 może startować w naszym maratonie, hehe.
 
Tak się bałam, że włoski nam odwołają z braku ludzi (musi być 5 os), bo z naszej ekipy zostałam sama z Elą (Hannie nie pasuje, Monika wybrała tenis i jogę i włoski we własnym zakresie, Agnieszka siedzi w Rzymie, Mirka nie może ze względów zawodowych, a pani Beata sprawdza konkurencję), a pani Grażyna pisze, że będą 2 grupy C1- sobotnia i tygodniowa! Bosko.
 
Urlop zakończony, studia ruszyły, za kilka dni również włoski, a w piątek wygrałam w Muzie podwójną wejściówkę na dzisiejszy pokaz w kinie Muza filmu "Dizajnerki" w ramach cyklu "Babska Muza". Wybieraliśmy się na ten film, więc zaproszenie spadło z nieba- do kieszeni chowamy 24zł, które zapłacilibyśmy za bilety ;) (seans odwołany z przyczyn technicznych, więc za to mamy sobie wybrać inny film- chyba padnie na Buddenbrooków w piątek ;)
Chciałam przez to wszystko powiedzieć, że wracamy do codzienności ;)
 
Dziś kotlety z kaszy i sera na obiad- całkiem ok ;). 
Pozdrawiam Agnieszkę Gabor i dziękuję za inspirację do puree z groszku ;)

Odpalamy Casanovę (włoskich akcentów ciąg dalszy), a później do łóżka.



piątek, 8 października 2010

Mario Vargas Llosa- finalmente!

Mario Vargas Llosa dostał nagrodę Nobla! Wiadomość cieszy, bo go bardzo lubię i cenię i od lat był wymieniany w czołówce pewniaków do tej nagrody. Poza tym bałam się, że zostanie nią uhonorowanay Murakami (takie były przewidywania), którego nie lubię, nie rozumiem i absolutnie pojąć nie mogę, skąd jego popularność. Nuuuudy. Ciekawe, że właśnie teraz Llosę w ten sposób doceniono-komisja argumentuje, że został wyróżniony za  "kartografię struktur władzy oraz wyraziste obrazy oporu, buntu i porażek jednostki"- mówi się o zdezaktualnieniu troszkę przemocy, jaką miał autor na myśli i dużo właściwsze byłoby nagrodzenie go 30-40lat temu, jeśli mowa o takim akurat argumencie. A mnie się podobał komentarz w Tok Fm jednego z krytyków, który stwierdził, że Llosa wciąż pisze doskonałe O-P-O-W-I-E-Ś-C-I. No, kto nie czytał, to do księgarni marsz! Ja też, muszę nadrobić, m.in. "Miasto i psy", o. A w Szwecji jego książek jest tak niewiele, że po ogłoszeniu werdytku, dochodziło do rękoczynów. Och, jak ja bym chciała, by w naszym kraju ludzie się bili o książki, mieli taki głód czytania natychmiast tego, co uznane na świecie. I mieli kasę na te książki. Bo rozumiem, że książka kosztuje 30-35zł- jest to forma kultury, jak bilet do kina czy teatru, ale w odróżnieniu od tych dwóch możliwości rozwoju kulturalnego, książkę można po jej przeczytaniu postawić na półce i wracać wielokrotnie. Ale więcej, niż 35zł nie powinny kosztować. Skoro już o tym... Policzyliśmy ostatnio, ile książek kupujemy rocznie i się trochę załamaliśmy, bo raczej nie przekraczamy 20-25. Mało, prawda? To tylko 2 książki w miesiącu maksymalnie, a często 1 i później nadrabiamy tę ilość prezentami. I nie cieszy, że wielu znajomych kupuje 5 w ciągu roku.

A dziś Sajo znowu do nas zawita- będzie miał ten zaszczyt jako pierwszy z naszych znajomych spać z Bajką. No tak,
tylko nie wiemy, czy jest przygotowany na to, że raczej się nie wyśpi. Bo Bajka po tych, którzy leżą i chcą spac, z lubością skacze. Po głowie, po brzuchu (nie wskazane jest spać na wznak), atakuje palce stóp i dłoni, a niekiedy i całe kończyny. Naturalnie- chce się bawić. Biedny Sajo. Ale cóż. Robię zupę dyniową- sezon rozpoczęty na całego! Może to mu jakoś wynagrodzi, hehe. A kto wie, może będzie tak, że Bajka smacznie prześpi całą noc z naszym gościem i wyjątkowo nie będzie grandzić?
 
 
 
 

niedziela, 3 października 2010

Wrócili opaleni, wypoczęci i chorujący.

No i cóż.
Wróciliśmy tydzień temu z Grecji, od razu się rozłożyłam, więc pierwszy weekend spędziłam w szkole, a później na L4, co nie bardzo spodobało się mojemu pracodawcy, ale co zrobić, skoro jestem na antybiotyku.. najgorsze, że końca kaszlu nie widać, a jutro już muszę iść do pracy, heh... I tak leżę cały tydzień, dopiero dzisiaj jestem w stanie coś napisać.
We wtorek ciężki egzamin z antropologii, trzymajcie kciuki, bo szykuje się 2. warunek. Pierwszego egzaminu, z  filozofii nie zdałam, ale z lenistwa czy braku szczęścia- poprawka była 15. i 20. września i powiedział, że więcej nie będzie, a ja w tym czasie byłam w  Grecji, no coment. Ale sama chciałam.

A Grecja... Hm, pięknie- wiadomo, ale to jednak nie są Włochy... W tym roku musieliśmy wybierać, czy zwiedzać Grecję normalnie, czy kulinarnie, ze względu na ograniczony budżet finansowy i wybraliśmy to drugie, próbując niemal wszystkiego, co się dało, czyli mousakę kilka razy w różnych tawernach, kleftido, jagnięcinę na 2 sposoby (jako kleftido, czyli zapiekaną z warzywami oraz jako pieczeń w sosie cytrynowym), jogurt z miodem (do kawy lub jako przystawka, puchar jak do lodów, w środku na oko 5 kopiastych łyżek gęstego, kremowego jogurtu naturalnego, polane kilkoma łyżkami cudnego miodu), grecką kawę (straszna, lura, może tak trafiliśmy, ale wiecie, że jestem ortodoksem, jeśli chodzi o dobrą kawę), baklavę (dla mnie strasznie słodkie, Michał pokochał, bo on jest głównym zjadaczem miodu w naszym domu, a baklava to nic innego, jak masa orzechowo- czekoladowa w cieście francuskim oblana miodem), ciastko ze szpinakiem (to chyba lokalne typowo dla zachodniej Grecji, ja uwielbiam te wszystkie pikantne ciastka, z szynką, parmezanem itd- to było zamiast croissantów na śniadanie), gemista (nadziewane ryżem papryki, ja akurat trafiłam na pomidory. Moja mama robiła je w dzieciństwie dośc często, uwielbiam, ale te w Grecji były zupełnie inaczej przyprawione, doskonałe), kulki mielonego mięsa w sosie zazwyczaj pomidorowym- trzeba przyznać, że oni w ogóle mają świetne mielone, sałatkę z fetą oczywiście, dip bakłażanowy, gyros z tzatzikiem- jezu, jaki tzatzik! I souvlaki, nam się dostały wieprzowe, choć liczyłam na jagnięce. Do tego najsłodsze winogrona, jakie jadłam w życiu, arbuzy, melony, pomarańcze, brzoskwinie, które były tak słodkie, jakby ktoś je polał syropem i chałwa- moja ukochana chałwa, do tego piwo greckie Mythos zamiast ouzo, którego nie lubimy oboje. Wszystko to popijaliśmy winem lokalnym 1,5l za 2,80E w plastikowych, zakręcanych butelkach. Sztuka na dzień schodziła, chyba, że mieliśmy gości- dwa razy zrobiliśmy sobie małą imprezę z sąsiadami (Milena i Mariusz- serdecznie pozdrawiamy! Przesympatyczni młodzi ludzie z niewiarygodnym 10-letnim stażem małżeńskim i 3jką dzieci w wieku szkolnym, a my im dawaliśmy po 20-kilka lat), kupując worek krewetek, które smażyliśmy w oliwie czosnkowej, dodawaliśmy pietruszkę i podawaliśmy to na liściach sałaty, wcześniej maczając w pikantnym sosie pomidorowym)
Morze Jońskie, w którym miałam już kiedyś szansę popływać, było wyjątkowo zimne- kilka dni przed naszym przyjazdem "przyszedł" front deszczowy, ochłodził wodę i bajeczne temperatury nie wróciły, ale codziennie mieliśmy 27-30st powietrza, więc nie wybrzydzajmy ;) 

Jedną z pierwszych rzeczy, jakie odkryliśmy po przyjeździe to...włoska restauracja :D SOLE LUNA, kupiłam nawet magnesik na lodówkę z ich logo, na pamiątkę. Restauracja prowadzona przez Włochów z Apugli, więc udało mi się z nimi trochę pogadać, niezwykle przyjaźni, jak to Włosi- nie żeby Grecy nie byli przyjaźni, ale do włoskiej serdeczności im daleko. Oczywiście nie policzyli ani coperto, ani za kawę, więc jedliśmy u nich za półdarmo, między innymi moją ukochaną pizzę z melanzane, czyli z bakłażanem. Ach, Włosi. A teraz znalazłam ich tu http://soleluna-parga.blogspot.com/ szkoda, że dawno nie było aktualizowane, ale już do nich napisałam ;)


Przed wyjazdem do Grecji jeszcze mówiliśmy ludziom, że jeśli się uda, że będzie nas stać na 3-4 wyjazdy do Włoch w roku, to tak zrobimy, zostając w Polsce, ale wystarczyły 2 dni w ciepłym kraju, by zrozumieć, że to tam jest moje miejsce, a w Polsce cierpię, Nie tylko z powodu pogody, ale też ludzi, owoców itd. Wiem, ze nigdzie nie jest idealnie, ale... Włochy to moje miejsce i już, serio.

O cenach trochę- obiady są bardzo tanie w Grecji, porównując do Włoch, za przystawkę (1 dla dwóch osób), 2 główne dania i 0,5l lokalnego wina płaciliśmy w zależoności od miejsca i dań w granicach 15-18 euro. Ale takie "drobne" rzeczy, jak kawa (espresso 1,5-2euro, a we Włoszech w dużym mieście 0,80centów!), lody 2 euro i bez porównania z włoskimi.

W środę Michał miał imieniny, więc postanowiłam zrobić mousakę, ale wiecie co... jestem na bakier z beszamelem. Ktoś ma jakieś rady?

Załączam zdjęcie naszej już 6,5miesięcznej kotki, już po sterylizacji- Bajka rośnie (aż doktor powątpiewał w jej wiek, bo taka duuuża), my też ;)

Dzisiaj o wszystkim i o niczym, bo po długiej przerwie- za jakiś tydzień zaczynamy znowu włoski, dacie wiarę?! Ostatni rok. Wakacje minęły jakoś dziwnie szybko. Co roku szybciej, to przerażające. Wracam do Pani Dalloway. I notatek na wtorkowy egzamin. Wróciłam, zdrowieję, czas pomyśleć o basenie, bieganiu i innych obiecywanych sobie sprawach, bo rower odstawiłam już w kąt- nie jestem w stanie jeździć do pracy rano 10 km w temperaturze 4 st i nie chorować, serio.