piątek, 31 grudnia 2010

Io sono l'amore

Wychodząc wczoraj z "Jestem miłością", kupiliśmy od razu bilety na "Essential killing" (6.01.-czwartek, 20:45,[nowe] święto, więc będzie pretekst, by ruszyć cztery litery z domu). Jak wiecie, już kilka razy się przymierzaliśmy do tego filmu, może tym razem się uda? Szczególnie, że za 5zł jest ;)

Jestem miłością- absolutnie polecam! 9/10! Bardzo poetycki, nowohoryzontowy (zresztą Gutek go dystrybuuje, więc wszystko jasne), momentami przegięli (scena miłości na łące), ale i tak oceniamy go wysoko. To jest kino, które bardzo lubimy i życzymy sobie więcej w 2011! No i Tilda...wyrosła na moją ulubienicę, jest tak doskonała, że aż boli wszystko, patrząc na nią. Tradycyjnie było trochę ludzi, którzy zapomnieli, w jakim celu udaje się normalny człowiek do miejsca zwanego kinem i rozpraszali uwagę reszty, głupimi śmiechami i parsknięciami- nie dotyczyły one filmu. No i to gadanie.... ale dość, nie narzekam dzisiaj, bo tak mi zostanie na cały rok ;)


A wiecie, jaka jest najfajniejsza wiadomość muzyczna, zapowiadająca 2011 rok? 6. lipca w ramach Festiwalu Malta w Poznaniu wystąpi grupa Portishead! Tylko czekamy na znak, że można kupić bilety i ani minuty nie będziemy zwlekać- Wam radzę to samo. Drugi raz to chyba nie przyjadą, nie są w końcu pierwszej młodości, a niekończące się depresje wokalistki mogły być powodem, dla którego nikomu wcześniej nie udało się ich do nas ściągnąć. Ach, usłyszeć "Glory box" na żywo.... Już za 7 miesięcy. A 2 tygodnie później powinniśmy być we Włoszech ;)

Życzmy sobie, żeby od jutra było bardziej pozytywnie wokół nas ;)

A teraz uciekam- małże, szynka parmeńska i mohjito czekają ;)))))

środa, 29 grudnia 2010

Update poświąteczny

Ok, w końcu się naprawdę wzięłam za magisterkę. Do 8. stycznia miałam oddać 2 rozdziały, oddam oczywiście tylko jeden, ale chciałabym go wysłać do końca grudnia, by dać pani promotor czas na 3000000000000 poprawek. Za mną pierwsze 2 strony. Jeszcze jakieś 10, bym mogła dopiero przebąkiwać o pierwszym rozdziale. Długo utrzymywałam, że chcę się bronić we wrześniu, ale skoro wszyscy nalegają na czerwiec, to może jakimś cudem się uda? Byłoby fajnie być na wakacjach już z MA, wiadomo. Gdzieś po drodze jeszcze muszę zdać warunek z filozofii, hehe. Ale nie takie rzeczy miałam na głowie i dawałam radę. Nieustannie wierzę w swoje nieustające szczęście ;)

Miniony tydzień to czas wigilii firmowo-różnorakich, zakończony ta właściwą. Tych pierwszych u mnie nie ma- chyba dlatego, że firma za duża, a my- pracownicy- rozsiani po różnych oddziałach w Poznaniu. Na wigilii dla przyjaciół byłam w poniedziałek, tydzień temu- był barszcz, uszka, kapusta z grzybami, kulebiak, sałatki, serniki, moja tarta z brzoskwiniami, wino i przyjaciele. Było pięknie, ale główną gwiazdą pozostała, rzecz jasna 1,5- roczna Ula! Ona właśnie zjadła widoczny na zdjęciu kawałek tarty dzień później na śniadanie ;)
A w środę mieliśmy wigilię włoską, w Dante Alighieri. Niezawodna w temacie Ela przyniosła Prosecco, ja pierniki, a Ania raczyła nas ptasim mleczkiem i quizem dotyczącym świąt we Włoszech.

Za nami pierwsze święta, mieszkając razem. Postanowiliśmy podzielić rodziców jakoś sprawiedliwie naszym towarzystwem, dlatego w piątek spędzaliśmy wigilię u moich, a w sobotę, po przedłużającym się śniadaniu, pojechaliśmy na obiad do rodziców Michała, by wieczorem wylądować u nas i spędzić niedzielę w spokoju, z kotem ;)
Zrobiłam barszcz i kompot z suszu- dwa debiuty. Michał się zajadał (czy może zapijał?), więc moja radość nie zna granic, serio. Szczególnie, że nie jest fanem barszczu. Może jednak będą ze mnie ludzie w kucharzeniu?

Bajka pokochała choinkę- znosi pod nią wszystkie możliwe skarby, chowając je tam. Od jedzenia zaczynając, a na moich skarpetkach kończąc. Bosko. Ale i tak cieszymy się, że nie ma takiego dramatu, jak w świątecznym odci nku Simon's Cat ;)

W najbliższy czwartek w Muzie, za 5zł, "Jestem miłością" ("Io sono l'amore"), mam nadzieję, że chociaż niektórzy z Was zostali w Poznaniu i znajdą chwilę przed imprezą sylwestrową, by zobaczyć ten chwalony wszędzie film, oczywiście włoski ;) Bilety kupiłam w poniedziałek, podobno coś jeszcze zostało. 
A wczoraj byliśmy na "Pogrzebanym" w Multikinie- znajomy podarował nam darmowe wejściówki do wykorzystania w tym roku, więc trzeba było zrobić z nich właściwy użytek. Po wyjściu z seansu mieliśmy dziwnie klaustrofobiczne uczucie, ale szybko minęło. Film na raz. Całość dzieje się w trumnie, ale nie nudzi. Bez fajerwerków, do kina raczej nie warto.
"Maratończyk"- artykuł Tomasza Lisa w ostatnim "Wproście" (niewielki fragment TU, dotyczący jego startu w ateńskim maratonie, w kończącym się właśnie roku. Odkąd Lis zarządza tym tygodnikiem, nie jest już prawicowy i da się go nawet czytać;) Choć największą sympatią darzę mimo wszystko "Politykę" i "Newsweeka", które kupuję na przemian. W każdym razie ten właśnie artykuł natchnął mnie i skłonił trochę do refleksji. W grudniu treningów: zero. Najpierw znowu gardło, więc wolałam chuchać na zimne, a później było -15 stopni w dzień, więc odpuściłam. W tym tygodniu wróciłam do- najpierw wzmacniających- treningów. Czyli znowu wbiegam na 8. piętro do domu raz dziennie i na 5. piętro do toalety w pracy (może ograniczę się do 2x dziennie)- a to tylko w tym tygodniu, bo chwilowo jestem w innym biurze. Poza tym skakanka i rozciąganie, do tego steper, a jak tylko puszczą mrozy (dziś rano znowu było -15, odczuwalna dużo niższa), biegam znowu. Bo zima podobno szybko sobie pójdzie, niektórzy mówią już o połowie lutego, a inni, że obecne mrozy to jej ostatnie tak mocne tchnienie. Widzicie, podczas obiadu w sobotę Michał zapytał mnie, czy wciąż walczę o półmaraton. Oczywiście, że tak! Mam jeszcze pełne 3 miesiące, obsuwa grudniowa była niejako zaplanowana, bo spodziewałam się ataku Pani Zimy, więc wszystko pod kontrolą. A że niedobrze zaczynać coś 1.go, w poniedziałek lub na początku miesiąca, nie mówiąc już o nowym roku, to zaczęłam we wtorek- wczoraj ;)

Macie jakieś postanowienia noworoczne? Ja chyba jak co roku: więcej czytać, więcej oglądać, żyć spokojniej, nie tracić tak wiele czasu na bzdury. Do listy dopisuję półmaraton. Co najmniej jeden, niekoniecznie poznański. W tym roku przebiegnę, już na pewno. Na razie obstawiam ten kwietniowy u nas, ale mamy też czerwcowy w Grodzisku Wielkopolskim oraz wrześniowy w Pile. Szeroko i daleko mierzę? Chyba już czas stawiać sobie wyższe cele. No i rower. Marzę o 2500km, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że może być ciężko, bo 2010 zakończyłam z wynikiem bodaj 1500 km. Wiem, nic specjalnego, ale głównie jeżdżę do pracy, no i jak do tego dorzucę bieganie, to czasem nogi naprawdę chciały odpocząć. I tyle z postanowień. W grudniu 2011 możecie mnie z tego rozliczyć ;)

To jeszcze może partia rumikub, winko i z książką do łóżka- dziś wcześnie spać, może uda się zasnąć przed północą .

sobota, 18 grudnia 2010

Choinkowo ;)

Przesiedziałam sobotę w domu, wygrzałam się i od niedzieli jest lepiej, a dziś nie ma już śladu po kaszlu i mogę powiedzieć, że przegoniłam przeziębienie, o! Na łyżwach nie byliśmy, żeby się nie rozłożyć anginowo czy grypowo, ale w niedzielę od rana, przed imieninami dziadka, poszliśmy do kina, na wspomniane już tutaj "Mine vaganti". no, kochani, 9/10. To chyba najlepszy film, jaki w tym roku widzieliśmy w kinie, naprawdę! Temat filmu wcale nie jest łatwy- traktuje o homoseksualiźmie, a do tego w konserwatywnej rodzinie na południu Włoch. Ciężko tutaj nie popaść w śmieszne, wcale nie zabawne, sceny, kiczowate dialogi. A tu proszę, Ozpetek pokazuje, że można. Nawet muzyka świetna, a nie jak często w nowych włoskich filmach- obleśnie kiczowata. Po cichu nazywamy Ninę Zilli włoską Amy Winehouse. Patrzcie, nawet trochę jak ona wygląda. Tylko złota ma na sobie więcej, jak to Włoszka. Dalej- świetne kreacje aktorskie, ojciec od początku do końca doskonały. Serdecznie polecamy ten film! Taki to czas dla mnie dziwnie depresyjny ostatnio, trochę się dzieje- nie tak, jak powinno. I tu film, który tak podnosi na duchu! Który pokazuje, że naprawdę należy walczyć o to, czego pragniemy, nie oglądać się za siebie i na nieprzychylnych nam ludzi. Nie ma czasu, serio. Zostawmy więc to wszystko i jedźmy do Włoch ;)
A ostatnio były u nas Gabory i robiliśmy gniocchi ze szpinakiem i ricottą ;)
 
 Ale coś trzeba robić, nie dawać się- dlatego wczoraj końcu!) wyszliśmy na piwo do knajpy, by się przekonać, że widać ludzi- że nie ma dymu, że jest czym oddychać! Bo odkąd wprowadzili zakaz palenia we wszystkich fajnych miejscach, nie mieliśmy okazji sprawdzić, czy jest miło. W sobotę się uczymy- jezu, ta magisterka już mi się śni.. A w niedzielę łyżwy pewnie, co?
No właśnie- w niedzielę, 19.grudnia, wybieramy się na lodowisko Malta, znowu ;) Gdybyście mieli ochotę spotkać się z
nami, to na lód wchodzimy chwilę przed 13 i będziemy się ślizgać nie dłużej, niż godzinę.

Wrzucam zdjęcie naszej choinki- prawda, że piękna? No i kupiliśmy przy okazji choinki trochę drugi, węższy, regał na książki. Powoli kończy się
miejsce, a stwierdziłam, że jak teraz nie kupimy, to do wakacji już na pewno nie. Za tydzień w Muzie coś genialnego. Cały czwartek wygląda smakowicie. Jeśli ktoś jeszcze nie widzial, to "Mine vaganti" o 21:30, kupcie bilety już dziś przez internet (link), bo jutro może być problem), a my się wybieramy na "Śmietnisko", brazyliski dokument, który na pomidorach ma 100%! Projekcja o 22:30, ale wszystko pasuje, bo 24.12. mamy oboje wolne, więc drzemka po pracy, obiad i do kina! Oboje jesteśmy zdania, że obecnie filmy dokumentalne są na dużo wyższym poziomie, niż reszta, a przynajmniej są dużo ciekawsze, dlatego chętnie dokumenty właśnie oglądamy. A że za 5zł, to już w ogóle, no i było nie było, związane z moją pracą! ;> Jeszcze zobaczymy, czy to kino nie będzie kolidowało z lepieniem uszek...

Wciąż ustalamy menu na sylwestra, może macie jakieś pomysły? Krewetki raczej symbolicznie, bo dużo ich w tym roku zjedliśmy. Calujemy w małże, może kalmary i zobaczymy, co tam jeszcze będzie. Jeśli macie pod ręką jakieś ciekawe przepisy, to piszcie. Myślę też nad jakimiś tartinkami z łososiową i rukolą, hm. Jeśli macie/znacie przepisy na przekąski typu "na raz do dzioba", to też proszę, bo chyba tak zrobimy, a nie na zasadzie jakichś głównych dań. Uwaga, przekąski na zimno i na ciepło chcemy. Bo stwierdziliśmy, że kupimy kilka butelek wina i będziemy jeść, jeść, jeść, jeść. I trochę tańczyć ;)
 
 

sobota, 11 grudnia 2010

O piernikach

Tak, majka znowu chora- na razie przeziębiona (standardowo: katar, ból gardła, chrypa, lekki kaszel, osłabienie) i miejmy nadzieję, że się to nie rozwinie, poniedziałek wzięłam wolny, więc mam długi weekend by się wygrzać. Dokładnie w jego środku będzie spotkanie z niektórymi z Was w kinie muza, za sprawą projekcji filmu "Mine vaganti"- włoski, a jakże! O 12 w niedziele właśnie ten film do obejrzenia w ramach cyklu "Z dzieckiem w Muzie", o których już Wam kiedyś pisałam TU. Kto chętny, by do nas dołączyć, niech się zgłasza lub przyjdzie po prostu ;) a w poniedziałek o 19 w Apollo "Hej, skarbie" i zastanawiam się, czy na pewno mam chęć, chociaż opinie są bardzo dobre. Macie chęć? A może każdy widział oprócz mnie? Jeśli się wybieracie, pamiętajcie, że te ostatnie seanse w Apollo w poniedziałki są w promocyjnej cenie 18zł- tyle kosztuje bilet dla 2 osób. Zobaczę, jak się będę czuła, ale może jednak warto?
 

W poprzedni weekend zrobiłam moje pierwsze pierniki, są fantastyczne, piękne, pulchne, mięciutkie, do jedzenia od razu (jak Michał znajdzie chwilę, wkleimy zdjęcia). Z
kilograma mąki, więc jest ich sporo, hehe ;) Michałowi bardzo smakują, nawet Bajka porwała wiewiórkę ze stołu (ale ona w ogóle lubi domowe ciasto), więc jestem z siebie niezwykle dumna ;) Oto przepis, dla zainteresowanych. 
 
Pierniki Majki
 
1kg mąki wrocławskiej
0,25 dag miodu naturalnego
1,5 szklanki cukru (dałam 1 szklankę)
1 kostka margaryny
2 paczki przyprawy do pierników
1 łyżka cynamonu
3 łyżki kakao
3 jaja
3 łyżki sody oczyszczonej
1/2 szklanki śmietany słodkiej 18% (dałam szklankę

miód+ tłuszcz+ cukier+ kakao+ przyprawy+ cynamon rozpuścić na ogniu do zagotowania. zdjąć z ognia i do gorącej masy wsypać powoli mąkę. mieszać. dodać jajka, śmietanę i sodę. przełożyć do lodówki na min 3 h. po wyjęciu z lodówki poczekać, aż ciasto zmięknie i rozwałkować (nie obyło się bez dosypywania mąki). wykrawać pierniki, układać na blasze luźno, ponieważ pęcznieją i rosną, piec w temp 200st ok. 4-7 minut
Warto je też posmarować jajkiem przed pieczeniem (będą się błyszczały), a w najładniejszych (np. serduszkach lub okrągłe zrobić dziurkę patyczkiem do pieczenia, wtedy będzie można je zawiesić na choince, np. na wstążeczce.
Poza tym w przyszłym roku dam 3 paczki przyprawy do pierników1), albo 2 i dodam więcej cynamonu i korzennych przypraw, bo jednak trochę za s Łabo, moim zdaniem, pachną- wbrew ogólnej opinii, że są doskonałe ;)
 
Nie trzeba wcześniej zagniatać ciasta, czekać kilka tygodni i najważniejsze- są od razu gotowe do zjedzenia! Musicie wiedzieć, że kocham święta, absolutnie i bardzo się cieszę na te pierwsze naprawdę nasze święta. Kupujemy różne aniołki i dzwonki, którymi w ten weekend przyozdobimy mieszkanie, szukamy miejsca dla malutkiej choćby choinki i robimy menu, również na sylwestra, którego prawdopodobnie spędzimy w domu ;) Za dużo gotować na święta nie ma sensu, bo będziemy głównie u jednych i drugich rodziców, no ale coś sobie zrobimy ;) A ostatni dzień roku pewno minie nam na spotkaniu z owocami morza, jak zawsze.
 
Zdjęcie z cyklu "Majka jedzie na łyżwach do Michała" z zeszłego tygodnia. W tym odpada jazda figurowa przy bandzie, z racji przeziębienia.
 
 

sobota, 4 grudnia 2010

Vogliamo pattinare! ;)

Kto na łyżwy w niedzielę? Spotykamy się na lodowisku nad Maltą przed 13- kto zaczyna tę przygodę, niech weźmie grube skarpety, bo inaczej będą go bolały stopy po 20 minutach. Koszt: 6zł za 1h ulgowy (9zł normalny),  szafka: 1,5zł (możemy wziąć jedną, zmieścimy się raczej). Sezon łyżwiarski rozpoczęłam z Dejfem i Matyldą w niedzielę wieczorem i już zdążyłam zapomnieć, jak lubię się ślizgać, choć pewności na lodzie wciąż mi brakuje. No i dalej nie umiem hamować inaczej, niż wpadając na bandę... Dlatego zastanawiam się nad kursem- trwa 4 tygodnie, obejmuje 4 lekcje, kosztuje 50zł. Na pewno nauczę się tam hamować i przewracać tak, żeby sie nie połamać. Poza tym może przeplatanka, albo jazda tyłem...? Ktoś jest chętny? Tu szczegóły.

W czwartek 9.grudnia o 19 w Muzie "Tetro" F.F.Coppoli, za 5 zł. My juz bilety mamy- mam nadzieję, że i dla Was
wystarczy ;) Jakby nie było- włoski akcent, bo Coppolla ma włoskie korzenie przecież ;) Ale prawdziwie włoskim newsem jest to, że Lech Poznań zremisował znowu z Juventusem Turyn i dzięki temu awansował do grupy 16 najlepszych drużyn w Europie- kto by uwierzył?! POLACY?! No ale było -13, odczuwalna -25, więc w radiu trwały dyskusje przed meczem typu "Zamarzną Włosi, czy nie nie zamarzną?" ;) Meczu to nie przypominało, bo piłkarze przedzierali się niemal przez zaspy, grali na oślep, bo nic nie widzieli. Ale Juve odpadł, choć kibicowałam im całym sercem. Bo Lech i tak szybko teraz odpadnie, poza tym nie istnieje dla mnie coś takiego, jak polska piłka nożna, więc rozumiecie. No ale niech ten (podobno) piękny stadion na siebie zarabia, a znowu był komplet (43 000 osób).
 
 Podobno, jeśli 1. grudnia pada śnieg (w tym roku padał!), w marcu wiosna będzie w rozkwicie (było nawet takie powiedzenie, ale nie mogę sobie przypomnieć, więc na pewno trochę pokręciłam, sens jednak zachowałam ;)). No oby!
W naszym mieszkaniu jest jednak ktoś, komu zima się bardzo podoba-mowa o naszym kotożbiku. Bajka mogłaby
siedzieć cały dzień na balkonie, najchętniej wybiera miejsca bardzo ośnieżone, a trzyma się z dala od miejsc zupełnie bez białego puchu. Poza tym podrzuca sobie kulki śniegu, bawiąc się tak w nieskończoność. Ech, po kim ona to ma?



 

wtorek, 30 listopada 2010

Bajka o kotożbikach

Bajka będzie większa od Bambo, powiedziała moja mama. Bambo to jeden z kotów w domu rodzinnym (na zdjęciu udaje ptaka- chyba myślał, że ptaki będą przekonane, że jest jednym z nich i jak zawsze wlecą do karmnika...ten kot nie grzeszy inteligencją), waży pewnie 6kg, a myślę, że więcej, ale mama nie chce go już ważyć. Jest naprawdę wielki. i bardzo ciężki, ma 8 lat. Bajka ma 9 miesięcy, waży 4 kg (A koleżanka ma 3-letniego kota, który waży 3 kg. To tak dla porównania z naszym.) i od znajomych po weterynarza, wszyscy krzyczą, że jest wyjątkowo duży (weterynarz 3 m-ce temu "Gdybyście do mnie nie przychodzili od początku, nie uwierzyłbym, że ma 6 miesięcy, nawet narządy wewnętrzne ma jak w pełni dojrzały kot"). Dostawał 3 łyżki stołowe suchego pokarmu 2 razy dziennie. Trzy tygodnie temu zwiększyliśmy na 4 łyżki 2 razy dziennie, od kilku dni dostaje 5 łyżek 2 razy dziennie i zjada prawie całość od razu, chodzi wygłodniały w okolicach karmienia. I rośnie- raczej nie wszerz, jest wciąż zgrabny, tylko po prostu DUŻY. Dla porównania: kot znajomych ma chyba z 6 lat, jest większy od Bajki, dostaje raz dziennie 3 łyżki. Ok, nasz jest w fazie wzrostu, mama też mówi, że to normalne, że przecież nie może chodzić głodny (serio, on się rzuca na jedzenie teraz!), poza tym jest zima, a zimą się więcej je. No i dlaczego będzie większy od Bambo, którego trudno wziąć na ręce, taki jest duży? Bambo nie był w wieku Bajki taki wysoki, nie miał takich długich łap. Cudownie, będzie nas grzał ten kot, że hej! 
A wiecie, to nie jest tak, jak z tyjącym dzieckiem, któremu kanapkę z szynką i majonezem można zastąpić jabłkiem czy jogurtem. Tu jest: dostanie jeść lub nie. No i co zrobicie, kiedy kot piszczy przy pustej misce? ;/
Do czego zmierzam: mamy podejrzenie, że Bajka jest kotożbikiem. Możecie się śmiać, ale poczytajcie TU 
("z powodu kojarzenia się żbików z kotami domowymi naukowcy uważają, że duża część europejskich drapieżników to mieszańce, tzw. kotożbiki, kocięta mimo niewielkich rozmiarów i miłego wyglądu potrafią używać swoich zębów i pazurów") i " na tylnych kończynach czarne plamy"( Bajka ma czarne tyły łap, patrz: zdjęcie), jest duża, więcej gryzie niż drapie, jest BARDZO żywa i energiczna. Nasz kot to trochę jak TEN. 
Po włosku żbik to gatto salvatico. 

I właściwie to nie znamy jej ojca.. ;) 
 
Żbik, kotożbik, czy kot- to nasza Bajka, tylko coraz większa... ;)


sobota, 27 listopada 2010

Merda bianca!

Nawet sobie nie wyobrażacie, jak nie chciało mi się wczoraj iść na włoski- ale przy takiej pogodzie to chyba dość zrozumiałe? Wiedziałam jednak, że iść powinnam, bo Ania zapowiedziała na dzisiaj passato remoto- miałyśmy ten czas już z Mauro na B2, ale chorowałam wtedy czy coś i opuściłam kilka lekcji stąd, więc pojęcie o nim mam dość blade. Wiem, o co chodzi, ale czasowniki odmieniam w nim na zasadzie strzałów w tablicę, zawieszoną na bardzo oddalonej ścianie. No i nie poszłam ;(

Kiedy przedwczoraj ruszałam na trening, nie wiedziałam, jaka jest temperatura. Dopiero kiedy zmierzyłam się z kałużą i zamiast tradycyjnego "chlup" usłyszałam "krrrrrrrrrrr", zrozumiałam, że jest lekki mróz, albo chociaż zero stopni. Było mi aż za ciepło- spodnie grzeją baaardzo, bluza również, ale osłona na gardło, czapka i rękawiczki były niezbędne, chociaż znowu czułam, że mi jest za ciepło w dłonie i chyba kupię sobie specjalne, cienkie rękawiczki do biegania za 12zł, zamiast używać tradycyjnych. W każdym razie na jakieś getry, kalesony czy rajstopki pod spodnie do biegania przyjdzie czas chyba dopiero w okolicach -10, a wcale nie zamierzałam biegać w takiej temperaturze, więc kto to wie, co będzie.. Poza tym wtedy to już, sorry, ale chyba tylko kominiarka, no bo jak?! No i wczoraj było bardzo ok, wręcz przyjemnie jedynie dlatego, że nie było w ogóle wiatru. I tak może zostać do lutego, o. Najwyżej -5. Po co komu więcej? 
A dzisiaj ambitnie opuściłam pierwsze zajęcia i pobiegłam pierwszy raz podczas sypiącego mi w twarz śniegu. Nie było łatwo, przy takiej pogodzie już w ogóle nie radzę sobie z oddechem- Michał mi dopiero uświadomił, że mam zbyt płytki wydech, który jest moim paliwem- myślałam, że to wdech jest ważniejszy, aj. Ale najważniejsze, że nogi przestały boleć, teraz czuję kostki dopiero pod koniec treningu, więc jest o niebo lepiej. 
Tylko ten śnieg....słaba sprawa. Nie lubię zimy. Już wypatruję pierwszych oznak wiosny, choć to chyba za wcześnie?
Dio, blog miał być o tym, jak pilnie się uczę włoskiego, a od kilku tygodni zamienił się w "Z pamiętnika początkującego biegacza", to nie było moim celem, uwierzcie! Ale skoro czytacie, skoro piszecie do mnie... ;)
Prosicie o przepisy, choć wydawało mi się, że zamieszczałam ten prosty i tani na ziemniaczaną, to zgodnie z życzeniami, jeszcze raz:

ZUPA ZIEMNIACZANA
  • 3 pory
  • 4 średnie ziemniaki
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1.5 litra bulionu lub wody
  • 1 łyżeczka soli świeżo zmielony
  • pieprz
  • 2 łyżki posiekanej pietruszki
Pory przeciąć wzdłuż, obrać z zewnętrznych liści i dokładnie umyć. Drobno pokroić. Ziemniaki obrać, pokroić w kostkę. W garnku rozgrzać oliwę, dodać pora. Smażyć 3-4 min, aż będzie miękki. Dodać bulion lub wodę oraz ziemniaki. Przyprawić solą. Gotować 25-30 min. Zmiksować. Przyprawić solą i pieprzem, posypać siekaną pietruszką. Wersja superkaloryczna: do zupy wrzucić podsmażony, chrupiący bekon.  Ja ją sobie podarowałam, za to dałam wszystkiego trochę więcej, bo ja lubię mieć zupę na 3 dni;) Obowiązkowo do tego groszek ptysiowy, jak do każdej zupy-kremu.


Uciekam do szkoły, miłego dnia! 


ps. Tydzień temu w turystycznej Bolonia http://turystyka.gazeta.pl/Turystyka/1,82269,8661935,Wlochy__Bolonia___podroz_kulinarna.html  dzisiaj też, choć w innym kontekście. Baardzo lubię to miasto, masa kolorów, ciekawi ludzie, ośrodek alternatywy pod każdym względem- nawet, jeśli się nie mylę, to miasto jest włoską stolica homoseksualistów. W każdym razie jest ciekawie, kolorowo, dużo się dzieje, jeśli chodzi o koncerty. Tylko ten cholerny komunizm...Co oni mogą wiedzieć, hę?


niedziela, 21 listopada 2010

Sto saltando


Czy ktoś jeszcze czuł się tak przygnębiony przez tę pogodę, aż do piątkowego poranka?? Na poprawę ogólnego samopoczucia zrobiłam zapiekankę ziemniaczaną ze szpinakiem, o. Od razu lepiej, jak człowiek sobie zje coś dobrego, naprawdę . Zupa ziemniaczana mi ostatnio wyszła doskonała i żałowałam, że ledwo na 2 dni wystarczyło, dlatego tym razem zrobiłam trochę więcej, bo jest tania, zdrowa i naprawdę pyszna- a zupy o tej porze roku to prawdziwy skarb. Uwielbiam. Poza tym wczoraj trochę poskakałam- wzorem trenera Wojtka Staszewskiego. Przypomniałam sobie, że podczas ostatniej wizyty w Decathlonie kupiłam skakankę i tak nierozpakowana od wielu miesięcy leżała w szufladzie... (chyba używałam jakiś czas starej, ale też poszła dawno w kąt..). Jeśli przeczytaliście artykuł, to wiecie, że można skakać w trampkach i bez. Ja jednak poskakałam w butach, a nie skarpetkach, 2 serie po 20 ze zmianą nóg, jak przykazał trener, hehe i czekałam na jakąś reakcję łydek dzisiaj. A tu nic. Może dlatego, że skakałam po biegu? A może już nie jest ze mną tak źle, jak myślałam, a do tego 2x20 skoków to nic? Może to jest rozwiązanie na ból nóg w okolicach kostek podczas biegu? Może dzięki temu je wzmocnię? Anyway, skakało się wybornie- zdążyłam zapomnieć, jak to lubię. Bardzo chciałam dzisiaj pobiec, ale po wczorajszym biegu czuję ból mięśnia dwugłowego uda (specjalnie dla Was poszukałam, który to dokładnie ;)) Acha, podjęłam decyzję- na półmaraton zapiszę się w dniu, w którym po raz pierwszy przebiegnę 10 km. Myślę, że zanim dojdę do tego, będę tak rozbiegana, że powinnam dać radę. Proszę mi to przypomnieć, gdybym się wymigiwała.

Dzisiaj wybraliśmy się z moimi rodzicami na wystawę kotów rasowych. Ponad 400 okazów. Cudne, pięknie, duże i małe, puchate i bez sierści (wciąż trudno mi mówić o sfinksach jako o kotach). Obeszliśmy wszystko, pozachwycaliśmy się, głaskaliśmy, które tylko się dało i wróciliśmy do domu, by stwierdzić, że nasza Bajka naprawdę jest najpiękniejsza! Załączam zdjęcie miejsca, w którym Bajka ostatnio spała ;)
Ale zanim wróciliśmy do naszej towarzyszki, pojechaliśmy do naszego ulubionego sklepu- tuż po Ikei. Decathlon. Widzicie, dobrze, że jest tak daleko- dzięki temu zaglądamy tam 2 razy w roku. Nie da się wydać tam mniej, niż 300zł- w naszym, przypadku, czyli na 2 osoby. Nie z powodu cen- bo mają bardzo niskie- ale tam jest WSZYSTKO. Dlatego ja sobie odkładałam kasę od jakiegoś czasu, by wejść, kupić spodnie (do biegania przy minusowych temperaturach, tzw izolate) oraz bluzę (to samo, nawet przy -10 będzie mi ciepło) i zapłacić 160zł za to (moje skarby widoczne na zdjęciu. To naprawdę nie jest dużo. Mam już prawie wszystko. Potrzebuję jeszcze coś na głowę, ale to już koszt ok 15zł dzięki allegro.pl ;) Jestem uzbrojona i gotowa na atak zimy! Wkrótce jakieś zdjęcie plenerowe wrzucę, żebyście uwierzyli, że naprawdę biegam! ;)
Póki co możecie podziwiać, co dzisiaj nabyłam- zdjęcia ze strony Deca, o!

A jutro w Teatrze Ósmego Dnia spotkanie z Zygmuntem Baumanem- tak, TYM. Rezerwowałam miejsca 3 tygodnie temu, nie sądzę, byście się dostali, ale próbujcie szczęścia. Nie mogę się doczekać, by go usłyszeć, serio!

Miłego tygodnia- ja zamierzam zacząć go bardzo kulturalnie, właśnie spotkaniem z Baumanem!

środa, 17 listopada 2010

Ochrzczeni

Pięć treningów w listopadzie nie dały takich efektów, jakich się spodziewałam. Trochę jestem rozczarowana, do końca listopada miałam biegać 5 km z dużym luzem, a jestem ledwo w połowie i to nie tak daleko, jak powinnam być. Miałam ostatnio problemy z nogami (jak zawsze na początku sezonu- odczuwalny ból piszczeli i okolic Achillesa), dlatego treningi były rzadsze, niż powinny, ale między nimi dużo się rozciągam i czasem wbiegam na nasze 8. piętro ;)
Wiem, że mam jeszcze dużo czasu do startu (4,5 miesiąca), ale założyłam, że po tym biegu wezmę tylko 1 dzień wolnego
na dojście do siebie i że nie padnę na twarz po 22 km, że będzie to jakiś wysiłek, ale nie ponad moje siły. Wydawało mi się, że mój plan treningowy nie jest morderczy, nie przeciąży mnie. A mimo wszystko nie jest tak, jak chciałam. Czy to kwestia chorowania przez 1,5 miesiąca i 2 antybiotyków? Czy rzeczywiście mogłam aż tak osłabić organizm? Czy w takim razie dam radę? No nic. Biegam dalej, jeśli tylko nie wieje i nie pada- 3 razy w tygodniu (przy złej pogodzie 2 razy). Jem dużo makaronu, ryżu, kaszy, sporo surówek. Codziennie tran i jabłko. (I nie boli gardło od tygodnia! Już chyba się pozbyłam, ale wciąż uważam) Zobaczymy. Michał mówi, że to wszystko jest normalne i że jest ok jego zdaniem, tylko ja jak zwykle jestem niecierpliwa i chciałabym przebiec półmaraton po 2 tygodniach przygotowań. Hm, no to zobaczymy.
W czwartek widzieliśmy w Muzie "Zwiąż mnie" Almodovara, jeden z jego najlepszych filmów, choć ręka reżysera nie była wtedy jeszcze tak pewna (bodaj 1993 r.), ale młody Banderas, który zazwyczaj mnie nie zachwyca, tutaj dał radę. Naciągana historia trochę (główna bohaterka zakochuje się w swoim porywaczu), ale wszystkie filmy Almodovara są na granicy kiczu, więc jemu takie rzeczy wybaczamy. Później widzieliśmy też "Trzy dni kondora" Sidneya Pollacka (m.in Robert Redford i Faye Dunaway, ale tak w ogóle obsada taka, że głowa boli!) i powoli wyrasta on na naszego ulubionego reżysera. Byliśmy zachwyceni, podobnie jak po "Czyż nie dobija się koni?" z Jane Fondą. Potwierdza się zasada, że dobry film sensacyjny nie musi mieć 20 pościgów i strzelanin, tylko przede wszystkim dobrą fabułę, ciekawą historię. A do tego, jak u Pollacka, trochę moralizatorstwa. Weekend zakończyliśmy tegorocznym oscarowym zwycięzcą za reżyserię, czyli "The Hurt Locker", surowy, pełen minimal, wojna w Iraku- historia kilku saperów. BARDZO dobry, naprawdę- nie lubię specjalnie filmów wojennych, książki o tej tematyce też raczej dawkuję i poza Hemingwayem rzadko kto jest dla mnie do strawienia, ale tu mamy wyjątek. Polecamy. Wszystkie wymienione filmy. Pod tytułami kryją się trailery.
A w poniedziałek widzieliśmy "Chrzest" Marcina Wrony w Apollo, w ramach promocji 1 bilet dla 2 osób (fajnie, że tym razem namówiliśmy znajomych, by nam towarzyszyli w poniedziałek!). Mam krytyczny stosunek do polskiego kina, szczególnie polskiego. Skarby jak "Rewers" zdarzają się raz na 10 lat. Nie kręcimy dobrych filmów, no, nie wiem, w czym leży problem, może w tym. Mamy dobrych aktorów, ale chyba wciąż im za mało płacą, więc aby przeżyć, grają w serialach, często poniżej przeciętnej. I uwaga, Polańskiego (uwielbiam, szczególnie jego pierwsze filmy) nie zaliczam do twórców polskiego kina, od dawna kręci filmy europejskie, z polską nie mające wiele wspólnego. Powstają poza naszym krajem, on juz do nas nie należy- do tego chłamu, który się u nas robi. A jak Agnieszka Holland zrobiła naprawdę zajebisty serial "Ekipa", to miał średnią popularność. No nie rozumiem tego zupełnie.
Ale do czego zmierzam. "Chrzest" i "Rewers" to perełki, które- mam nadzieję- będą się teraz zdarzały częściej. Świetny montaż, reżyseria (z Wrony będą jeszcze ludzie, mówię Wam)m aktorstwo i co się rzadko zdarza- doskonale dobrali gęby, a mamy z tym w Polsce problem. Świetnie, do końca, trzymał w napięciu. Poza tym byłam w szoku, że w żadną stronę nie było przegięcia. Bo w polskich filmach mamy tak, że nie ma klasy średniej, tylko ludzie albo są tak biedni, że po wyjściu z kina mamy depresję, albo tak bogaci, że myślimy tylko o tym, że na pewno nigdy tego nie osiągniemy. A tu było wszystko ok. Można się oczywiście przyczepić do kilku rzeczy, ale nic nie było aż tak rażące, by o tym mówić. 8/10. Bardzo polecamy!
Idę spać, o. Może jutro nie będzie już padać...
A na początku zdjęcie, które przypomina mi pierwsze dni w Levanto- w Ligurii, tuż obok Cinque Terre. Codziennie do śniadania kupowaliśmy "coś". Tym razem była to świeża figa, tak się złożyło, że moja pierwsza w życiu (suszone pożeram w nieprzyzwoitych ilościach od lat). Umarłam z rozkoszy- uwielbiam świeże figi! 
Jeszcze 8 miesięcy do urlopu we Włoszech...

wtorek, 9 listopada 2010

La gioventù

Pogoda typowo poniedziałkowa, ciągnie się od wczoraj- naprawdę ohyda, wczoraj cały dzień deszcz, obleśne powietrze. Do tego stopnia, że zrezygnowaliśmy z wyjścia do kina (promocja w Apollo, jak co poniedziałek, tym razem średnio zachęcająca. Bo "Essential killing" naprawdę nie ma świetnych recenzji, chociaż myślałam, że jednak to zobaczymy). Nie chce się do kina w taką pogodę wybrać, o lodowisku nie wspominając. Dziś lepiej, bo bez deszczu, ale trochę słońca by się przydało..
 
W niedzielę, ilekroć chciałam wyjść na trening, padał ulewny deszcz, więc ostatecznie odpuściłam i ćwiczyłam trochę na steperze+ rozciąganie. Wczoraj podobnie, a dzisiaj już się nie dałam! Muszę przyznać, że wyjście z domu w spodniach dresowych i bluzie jest dla mnie nie lada wyzwaniem przy temperaturze +5, ale to kwestia przełamania się, uwierzcie. Rzeczywiście nie jest zimno po 3-4 minutach biegu, ale czapka, rękawiczki i coś na szyję obowiązkowo trzeba mieć! Ratuje mnie bluza z takiej specjalnej pianki, którą pożyczam od Michała- nie przepuszcza powietrza, więc jest w niej baaardzo ciepło. Wkrótce będę musiała kupić sobie taką dla siebie (żaden majątek, bo ok 60zł, a można w niej biegać nawet przy temperaturach minusowych). No i długie spodnie, bo biegam w 3/4. I tyle, bo buty dobre na szczęście mam. Ale uwaga, biegam w nich z przerwami prawie 2 lata, więc po półmaratonie (tylko którym?!) będzie raczej już czas na nowe. Z tego, co pamiętam, są "zaprogramowane" na przebiegnięcie 3000km, więc pewnie jeszcze jakieś 2 lata ;). A jeśli się uda zdobyć poznański, to pewnie się rzucę i na grodziski maraton w czerwcu.
Dzisiaj już 2,5 km, wciąż przeplatam z marszem, ale stosunek wynosi 80% biegu, reszta marszu. Czas marny, więc się nie chwalę, na razie trenuję wytrzymałość w ogóle i przyzwyczajam płuca, a później pomyślimy o tempie, ale marzę o 7minutach na kilometr. To by dało 2,5h na cały półmaraton. Ale o tym pomyślimy raczej w lutym, nie prędzej.
 
A na koniec... Zrobiłam się ostatnio sentymentalna, że aż strach. Dlatego przeglądam stare zdjęcia, wspominam książki i filmy, do których dawno nie wracałam. I znalazłam. Nie każdy z Was wie, że Majka długo paliła (aż 7 lat!) i że nosiła dready (3 lata!). No i... wiecie, jak bardzo kocham Sycylię? Tak bardzo, że jej słoneczko wytatuowałam sobie za młodu na plecach.
Ciao, ciao ;)
 


 
 
 

sobota, 6 listopada 2010

I regali, i regali!


Przed czwartkowym seansem zostaliśmy totalnie zaskoczeni przez Marylę, która sprezentowała nam dżem wschodni własnej roboty- absolutnie przepyszny, wydzielamy go sobie po równo, bo byśmy się pobili, naprawdę! I jabłuszka, a wszystko zapakowane w Audrey. Ach, dziękujemy za pamięć (nie myślcie, że dostaję prezenty tak po prostu- jabłka były obiecane, hehe), serdecznie pozdrawiamy!

piątek, 5 listopada 2010

Trochę o dzieciach w kinie

No i proszę, mamy 6-osobową grupę na włoskim! Tak, doszły do nas kolejne osoby! A tak się martwiłyśmy, że nie zostanie utworzona! Ela, Julia, Hanna, p. Larysa, Sylwia, Ania- nasza lektorka i ja; same baby! ;) Chyba dopiero w środę naprawdę poczułam, że jest włoski, bo poprzednią lekcję opuściłam, a na pierwszym spotkaniu każda z nas była trochę spięta- Ania, bo to jej pierwsze spotkanie z nami było, a  my- kiedy zdałyśmy sobie sprawę z tego, jak niewiele pamiętamy i jaki to błąd, że się nie przyłożyłyśmy w wakacje do powtórek A przedwczoraj w końcu ruszyło, zaskoczyło wszystko, przynajmniej u mnie. Bardzo ciekawa lekcja, różnorodna, mimo, że było mniej czasu niż zwykle. Towarzystwo mamy równie przednie, bo każda z nas jest z innej bajki, więc jest naprawdę ciekawie!
 
Wczoraj byliśmy na wspomnianej już tutaj "Białej wstążce" Hanekego, zwróciłam bilety z 1. rzędu, a przez internet kupiliśmy lepsze miejsca (polecam ten sposób! Niestety jego mankamentem jest to, że wydrukowany bilet jest duży i brzydki, a my lubimy sobie schować. No ale cóż, inaczej dostać dobre miejsca na Nieprzyzwoicie Tanie Czwartki jest trudno), od razu za zwróconą kasę kupiłam bilety na seans 11.11., wybraliśmy  "Zwiąż mnie" Almodovara, ach. Lubimy go, szczególnie w kinie. Jego filmy są takie...europejskie, tak naprawdę europejskie, takie jak lubię. No i ta Penelopa...
A "Biała wstążka", hm.  Film bardzo dobry, mocny, czytelny, doskonale zagrany. 8/10. Haneke potrafi wstrząsnąć widzem. Tylko publiczność... Czy idziemy do kina tylko dlatego, że jest za 5zł? Nie czytamy nic na temat tego filmu, na który kupujemy bilet? Bierzemy, bo tanio/za darmo? Niektórzy z nas- tak. Masa przypadkowych ludzi i komentarze podczas filmu typu "ej, jakiś przyciężkawy ten film, ciągle ktoś umiera", wybuchy śmiechu podczas scen seksu (czyżby aż tak młodzi/niedojrzali ludzie tam byli?) i tak dalej. Smutne. Powinni robić jakąś selekcję... już nie wiem. ech, czy ja się starzeję? Czy to młodzież jest taka głupia, niewychowana? Bo ja się tak naprawdę nigdy w kinie nie zachowywałam. Telefon zadzwonił trzem osobom, czemu zawsze towarzyszyły salwy śmiechu (naprawdę to jest zabawne? Kiedy mnie się to kiedyś zdarzyło, czułam zażenowanie). Kiedy na nowo poczułam klimat filmu, ktoś znowu śmiał się wtedy, gdy nie było to potrzebne, kręcił się, gadał... Tekst na koniec "nie wiem, ej, o co w ogóle chodziło w tym filmie?". No dobrze, mogę nie wiedzieć, mogą nie rozumieć, ich sprawa, ale założę się, ze połowa tych ludzi za tydzień nie będzie pamiętała tytułu filmu, na którym była, ale wykupią bilety na kolejne czwartki, bo jest tanio. A ci, którzy naprawdę chcą widzieć naprawdę dobre kino, muszą kombinować później i dostają np. 1 rząd. A w ogóle to już więcej nie idę do 10.rzędu, bo w tej okolicy było najwięcej gówniarzy.
Wciąż o kinie, ale bardziej optymistycznie na koniec- dzisiaj wygrałam wejściówkę na niedzielny seans w Muzie o 12, z cyklu "Z dzieckiem w kinie", czyli nie będzie tak ciemno i głośno, jak zwykle, żeby się dzieci nie bały. I nie będzie głupiej młodzieży ;)
 
Poza tym jesień przyszła, prawda? Nie cieszy to ani trochę, ale trzeba się ratować, a pogoda na nic innego nie nastraja, więc więcej oglądamy, częściej jesteśmy w kinie, więcej czytam i obiecuję (słowo harcerza!), że w ten weekend napiszę pierwszą stronę mojej pracy magisterskiej! Możecie mnie rozliczyć z tej obietnicy w niedzielę wieczorem ;)
Poza tym jest to czas rozgrzewających potraw. Chodzi za mną fasolka po bretońsku i zupa ziemniaczana albo dyniowa (Żeby w weekend mieć coś do przegryzania ;))- banalny przepis mam na tę pierwszą, może jutro? Zresztą... zupy tak w ogóle są najprostsze na świecie, hehe.  Apropo's zup- ostatnie artykuły z Gazety uzmysłowiły nam, ze Polacy jedzą najwięcej zup na świecie! Poczytajcie sobie tu Uwielbiam zupy, serio!
 
W Neapolu wciąż jest problem ze śmieciami (kto jak kto, ale firma, dla której pracuję, powinna to rozwiązać! ;)), więc chyba jednak odpada pod kątem wyjazdu w przyszłym roku. Pozostaje Sycylia, albo Liguria, a jedno i drugie będzie tanim rozwiązaniem, hehe (tańszym, niż Campania z Neapolem). Mocno mi się wydaje, że jednak Liguria i pewno znowu odwiedzimy naszych przyjaciół w Mediolanie, Oscara i Dominique, nie wspominając o ponownym zdobyciu Cinque Terre ;)
 
 

wtorek, 2 listopada 2010

Run Majka run!

W niedzielę, przed wyjazdem do rodziców, postanowiłam, uwaga, powrócić do biegania! Tak, gardło boli mnie dalej, ale mam to już naprawdę gdzieś i stwierdziłam, że nie pozwolę, by mi to dłużej utrudniało życie. Postanowiłam udawać, że bólu gardła nie ma, o. Tran, miód, cytryna, pietruszka, czosnek i cebula oraz jabłko- oto mój codzienny zestaw przyjmowany w naprawdę nieprzyzwoitych porcjach i jakoś to musi w końcu być, prawda? Obawiałam się dramatu, w końcu 2 miesiące nie biegałam, więc stwierdziłam, że zrobię taki niespełna 20-minutowy trening sprawdzający, co z formą. Stosunek marszu do biegu wyszedł mniej więcej 50:50, co uważam za sukces! Dzisiaj już lepiej, ten sam dystans przebiegłam w 2 minuty szybciej.

Chyba basen jednak odpuszczę, bo mało czasu mam na to wszystko. Włoski w środę i piątek, w pozostałe 3 dni bieganie, gdzieś jeszcze muszę dorzucić łyżwy (lodowiska ruszają w tym tygodniu!).

3.04.2011- oto data 4. Półmaratonu w Poznaniu. Oczywiście wypada mi wtedy zjazd na uczelni, ale cóż. Uwaga, szukam kogoś, kto mi poda żel energetyzujący  na 13.kilometrze ;) Wciąż wydaje się to nierealne, ale tak, startuję, dam radę. Powstrzymać mnie może jedynie ciężka choroba, o.
Cel: przebiec te 22 kilometry w czasie 2h 30 minut. Dam radę? To nie żaden rekordowy wyczyn, ale mój osobisty- i owszem. Biegam, biegam, znowu biegam- ale fajnie! Kasa ze skarbonki zamiast na karnety na basen, pójdzie na ciuchy do biegania w zimowych temperaturach. Chwilowo jest znośnie- wystarczy zwykły dres i wiatrówka + czapka z daszkiem, ale mamy około 10 stopni na plusie i prawie zero wiatru, więc warunki są naprawdę wymarzone.

Moje progi:

1 . 30min biegu bez przerwy
2. 5km
3. 10km
4. 15km- najpóźniej w pierwszej połowie marca 2011


Jak tylko coś ruszy, przedstawię mój plan treningowy, bo już mam do końca marca opracowany ;)