piątek, 31 grudnia 2010

Io sono l'amore

Wychodząc wczoraj z "Jestem miłością", kupiliśmy od razu bilety na "Essential killing" (6.01.-czwartek, 20:45,[nowe] święto, więc będzie pretekst, by ruszyć cztery litery z domu). Jak wiecie, już kilka razy się przymierzaliśmy do tego filmu, może tym razem się uda? Szczególnie, że za 5zł jest ;)

Jestem miłością- absolutnie polecam! 9/10! Bardzo poetycki, nowohoryzontowy (zresztą Gutek go dystrybuuje, więc wszystko jasne), momentami przegięli (scena miłości na łące), ale i tak oceniamy go wysoko. To jest kino, które bardzo lubimy i życzymy sobie więcej w 2011! No i Tilda...wyrosła na moją ulubienicę, jest tak doskonała, że aż boli wszystko, patrząc na nią. Tradycyjnie było trochę ludzi, którzy zapomnieli, w jakim celu udaje się normalny człowiek do miejsca zwanego kinem i rozpraszali uwagę reszty, głupimi śmiechami i parsknięciami- nie dotyczyły one filmu. No i to gadanie.... ale dość, nie narzekam dzisiaj, bo tak mi zostanie na cały rok ;)


A wiecie, jaka jest najfajniejsza wiadomość muzyczna, zapowiadająca 2011 rok? 6. lipca w ramach Festiwalu Malta w Poznaniu wystąpi grupa Portishead! Tylko czekamy na znak, że można kupić bilety i ani minuty nie będziemy zwlekać- Wam radzę to samo. Drugi raz to chyba nie przyjadą, nie są w końcu pierwszej młodości, a niekończące się depresje wokalistki mogły być powodem, dla którego nikomu wcześniej nie udało się ich do nas ściągnąć. Ach, usłyszeć "Glory box" na żywo.... Już za 7 miesięcy. A 2 tygodnie później powinniśmy być we Włoszech ;)

Życzmy sobie, żeby od jutra było bardziej pozytywnie wokół nas ;)

A teraz uciekam- małże, szynka parmeńska i mohjito czekają ;)))))

środa, 29 grudnia 2010

Update poświąteczny

Ok, w końcu się naprawdę wzięłam za magisterkę. Do 8. stycznia miałam oddać 2 rozdziały, oddam oczywiście tylko jeden, ale chciałabym go wysłać do końca grudnia, by dać pani promotor czas na 3000000000000 poprawek. Za mną pierwsze 2 strony. Jeszcze jakieś 10, bym mogła dopiero przebąkiwać o pierwszym rozdziale. Długo utrzymywałam, że chcę się bronić we wrześniu, ale skoro wszyscy nalegają na czerwiec, to może jakimś cudem się uda? Byłoby fajnie być na wakacjach już z MA, wiadomo. Gdzieś po drodze jeszcze muszę zdać warunek z filozofii, hehe. Ale nie takie rzeczy miałam na głowie i dawałam radę. Nieustannie wierzę w swoje nieustające szczęście ;)

Miniony tydzień to czas wigilii firmowo-różnorakich, zakończony ta właściwą. Tych pierwszych u mnie nie ma- chyba dlatego, że firma za duża, a my- pracownicy- rozsiani po różnych oddziałach w Poznaniu. Na wigilii dla przyjaciół byłam w poniedziałek, tydzień temu- był barszcz, uszka, kapusta z grzybami, kulebiak, sałatki, serniki, moja tarta z brzoskwiniami, wino i przyjaciele. Było pięknie, ale główną gwiazdą pozostała, rzecz jasna 1,5- roczna Ula! Ona właśnie zjadła widoczny na zdjęciu kawałek tarty dzień później na śniadanie ;)
A w środę mieliśmy wigilię włoską, w Dante Alighieri. Niezawodna w temacie Ela przyniosła Prosecco, ja pierniki, a Ania raczyła nas ptasim mleczkiem i quizem dotyczącym świąt we Włoszech.

Za nami pierwsze święta, mieszkając razem. Postanowiliśmy podzielić rodziców jakoś sprawiedliwie naszym towarzystwem, dlatego w piątek spędzaliśmy wigilię u moich, a w sobotę, po przedłużającym się śniadaniu, pojechaliśmy na obiad do rodziców Michała, by wieczorem wylądować u nas i spędzić niedzielę w spokoju, z kotem ;)
Zrobiłam barszcz i kompot z suszu- dwa debiuty. Michał się zajadał (czy może zapijał?), więc moja radość nie zna granic, serio. Szczególnie, że nie jest fanem barszczu. Może jednak będą ze mnie ludzie w kucharzeniu?

Bajka pokochała choinkę- znosi pod nią wszystkie możliwe skarby, chowając je tam. Od jedzenia zaczynając, a na moich skarpetkach kończąc. Bosko. Ale i tak cieszymy się, że nie ma takiego dramatu, jak w świątecznym odci nku Simon's Cat ;)

W najbliższy czwartek w Muzie, za 5zł, "Jestem miłością" ("Io sono l'amore"), mam nadzieję, że chociaż niektórzy z Was zostali w Poznaniu i znajdą chwilę przed imprezą sylwestrową, by zobaczyć ten chwalony wszędzie film, oczywiście włoski ;) Bilety kupiłam w poniedziałek, podobno coś jeszcze zostało. 
A wczoraj byliśmy na "Pogrzebanym" w Multikinie- znajomy podarował nam darmowe wejściówki do wykorzystania w tym roku, więc trzeba było zrobić z nich właściwy użytek. Po wyjściu z seansu mieliśmy dziwnie klaustrofobiczne uczucie, ale szybko minęło. Film na raz. Całość dzieje się w trumnie, ale nie nudzi. Bez fajerwerków, do kina raczej nie warto.
"Maratończyk"- artykuł Tomasza Lisa w ostatnim "Wproście" (niewielki fragment TU, dotyczący jego startu w ateńskim maratonie, w kończącym się właśnie roku. Odkąd Lis zarządza tym tygodnikiem, nie jest już prawicowy i da się go nawet czytać;) Choć największą sympatią darzę mimo wszystko "Politykę" i "Newsweeka", które kupuję na przemian. W każdym razie ten właśnie artykuł natchnął mnie i skłonił trochę do refleksji. W grudniu treningów: zero. Najpierw znowu gardło, więc wolałam chuchać na zimne, a później było -15 stopni w dzień, więc odpuściłam. W tym tygodniu wróciłam do- najpierw wzmacniających- treningów. Czyli znowu wbiegam na 8. piętro do domu raz dziennie i na 5. piętro do toalety w pracy (może ograniczę się do 2x dziennie)- a to tylko w tym tygodniu, bo chwilowo jestem w innym biurze. Poza tym skakanka i rozciąganie, do tego steper, a jak tylko puszczą mrozy (dziś rano znowu było -15, odczuwalna dużo niższa), biegam znowu. Bo zima podobno szybko sobie pójdzie, niektórzy mówią już o połowie lutego, a inni, że obecne mrozy to jej ostatnie tak mocne tchnienie. Widzicie, podczas obiadu w sobotę Michał zapytał mnie, czy wciąż walczę o półmaraton. Oczywiście, że tak! Mam jeszcze pełne 3 miesiące, obsuwa grudniowa była niejako zaplanowana, bo spodziewałam się ataku Pani Zimy, więc wszystko pod kontrolą. A że niedobrze zaczynać coś 1.go, w poniedziałek lub na początku miesiąca, nie mówiąc już o nowym roku, to zaczęłam we wtorek- wczoraj ;)

Macie jakieś postanowienia noworoczne? Ja chyba jak co roku: więcej czytać, więcej oglądać, żyć spokojniej, nie tracić tak wiele czasu na bzdury. Do listy dopisuję półmaraton. Co najmniej jeden, niekoniecznie poznański. W tym roku przebiegnę, już na pewno. Na razie obstawiam ten kwietniowy u nas, ale mamy też czerwcowy w Grodzisku Wielkopolskim oraz wrześniowy w Pile. Szeroko i daleko mierzę? Chyba już czas stawiać sobie wyższe cele. No i rower. Marzę o 2500km, ale jednocześnie zdaję sobie sprawę, że może być ciężko, bo 2010 zakończyłam z wynikiem bodaj 1500 km. Wiem, nic specjalnego, ale głównie jeżdżę do pracy, no i jak do tego dorzucę bieganie, to czasem nogi naprawdę chciały odpocząć. I tyle z postanowień. W grudniu 2011 możecie mnie z tego rozliczyć ;)

To jeszcze może partia rumikub, winko i z książką do łóżka- dziś wcześnie spać, może uda się zasnąć przed północą .

sobota, 18 grudnia 2010

Choinkowo ;)

Przesiedziałam sobotę w domu, wygrzałam się i od niedzieli jest lepiej, a dziś nie ma już śladu po kaszlu i mogę powiedzieć, że przegoniłam przeziębienie, o! Na łyżwach nie byliśmy, żeby się nie rozłożyć anginowo czy grypowo, ale w niedzielę od rana, przed imieninami dziadka, poszliśmy do kina, na wspomniane już tutaj "Mine vaganti". no, kochani, 9/10. To chyba najlepszy film, jaki w tym roku widzieliśmy w kinie, naprawdę! Temat filmu wcale nie jest łatwy- traktuje o homoseksualiźmie, a do tego w konserwatywnej rodzinie na południu Włoch. Ciężko tutaj nie popaść w śmieszne, wcale nie zabawne, sceny, kiczowate dialogi. A tu proszę, Ozpetek pokazuje, że można. Nawet muzyka świetna, a nie jak często w nowych włoskich filmach- obleśnie kiczowata. Po cichu nazywamy Ninę Zilli włoską Amy Winehouse. Patrzcie, nawet trochę jak ona wygląda. Tylko złota ma na sobie więcej, jak to Włoszka. Dalej- świetne kreacje aktorskie, ojciec od początku do końca doskonały. Serdecznie polecamy ten film! Taki to czas dla mnie dziwnie depresyjny ostatnio, trochę się dzieje- nie tak, jak powinno. I tu film, który tak podnosi na duchu! Który pokazuje, że naprawdę należy walczyć o to, czego pragniemy, nie oglądać się za siebie i na nieprzychylnych nam ludzi. Nie ma czasu, serio. Zostawmy więc to wszystko i jedźmy do Włoch ;)
A ostatnio były u nas Gabory i robiliśmy gniocchi ze szpinakiem i ricottą ;)
 
 Ale coś trzeba robić, nie dawać się- dlatego wczoraj końcu!) wyszliśmy na piwo do knajpy, by się przekonać, że widać ludzi- że nie ma dymu, że jest czym oddychać! Bo odkąd wprowadzili zakaz palenia we wszystkich fajnych miejscach, nie mieliśmy okazji sprawdzić, czy jest miło. W sobotę się uczymy- jezu, ta magisterka już mi się śni.. A w niedzielę łyżwy pewnie, co?
No właśnie- w niedzielę, 19.grudnia, wybieramy się na lodowisko Malta, znowu ;) Gdybyście mieli ochotę spotkać się z
nami, to na lód wchodzimy chwilę przed 13 i będziemy się ślizgać nie dłużej, niż godzinę.

Wrzucam zdjęcie naszej choinki- prawda, że piękna? No i kupiliśmy przy okazji choinki trochę drugi, węższy, regał na książki. Powoli kończy się
miejsce, a stwierdziłam, że jak teraz nie kupimy, to do wakacji już na pewno nie. Za tydzień w Muzie coś genialnego. Cały czwartek wygląda smakowicie. Jeśli ktoś jeszcze nie widzial, to "Mine vaganti" o 21:30, kupcie bilety już dziś przez internet (link), bo jutro może być problem), a my się wybieramy na "Śmietnisko", brazyliski dokument, który na pomidorach ma 100%! Projekcja o 22:30, ale wszystko pasuje, bo 24.12. mamy oboje wolne, więc drzemka po pracy, obiad i do kina! Oboje jesteśmy zdania, że obecnie filmy dokumentalne są na dużo wyższym poziomie, niż reszta, a przynajmniej są dużo ciekawsze, dlatego chętnie dokumenty właśnie oglądamy. A że za 5zł, to już w ogóle, no i było nie było, związane z moją pracą! ;> Jeszcze zobaczymy, czy to kino nie będzie kolidowało z lepieniem uszek...

Wciąż ustalamy menu na sylwestra, może macie jakieś pomysły? Krewetki raczej symbolicznie, bo dużo ich w tym roku zjedliśmy. Calujemy w małże, może kalmary i zobaczymy, co tam jeszcze będzie. Jeśli macie pod ręką jakieś ciekawe przepisy, to piszcie. Myślę też nad jakimiś tartinkami z łososiową i rukolą, hm. Jeśli macie/znacie przepisy na przekąski typu "na raz do dzioba", to też proszę, bo chyba tak zrobimy, a nie na zasadzie jakichś głównych dań. Uwaga, przekąski na zimno i na ciepło chcemy. Bo stwierdziliśmy, że kupimy kilka butelek wina i będziemy jeść, jeść, jeść, jeść. I trochę tańczyć ;)
 
 

sobota, 11 grudnia 2010

O piernikach

Tak, majka znowu chora- na razie przeziębiona (standardowo: katar, ból gardła, chrypa, lekki kaszel, osłabienie) i miejmy nadzieję, że się to nie rozwinie, poniedziałek wzięłam wolny, więc mam długi weekend by się wygrzać. Dokładnie w jego środku będzie spotkanie z niektórymi z Was w kinie muza, za sprawą projekcji filmu "Mine vaganti"- włoski, a jakże! O 12 w niedziele właśnie ten film do obejrzenia w ramach cyklu "Z dzieckiem w Muzie", o których już Wam kiedyś pisałam TU. Kto chętny, by do nas dołączyć, niech się zgłasza lub przyjdzie po prostu ;) a w poniedziałek o 19 w Apollo "Hej, skarbie" i zastanawiam się, czy na pewno mam chęć, chociaż opinie są bardzo dobre. Macie chęć? A może każdy widział oprócz mnie? Jeśli się wybieracie, pamiętajcie, że te ostatnie seanse w Apollo w poniedziałki są w promocyjnej cenie 18zł- tyle kosztuje bilet dla 2 osób. Zobaczę, jak się będę czuła, ale może jednak warto?
 

W poprzedni weekend zrobiłam moje pierwsze pierniki, są fantastyczne, piękne, pulchne, mięciutkie, do jedzenia od razu (jak Michał znajdzie chwilę, wkleimy zdjęcia). Z
kilograma mąki, więc jest ich sporo, hehe ;) Michałowi bardzo smakują, nawet Bajka porwała wiewiórkę ze stołu (ale ona w ogóle lubi domowe ciasto), więc jestem z siebie niezwykle dumna ;) Oto przepis, dla zainteresowanych. 
 
Pierniki Majki
 
1kg mąki wrocławskiej
0,25 dag miodu naturalnego
1,5 szklanki cukru (dałam 1 szklankę)
1 kostka margaryny
2 paczki przyprawy do pierników
1 łyżka cynamonu
3 łyżki kakao
3 jaja
3 łyżki sody oczyszczonej
1/2 szklanki śmietany słodkiej 18% (dałam szklankę

miód+ tłuszcz+ cukier+ kakao+ przyprawy+ cynamon rozpuścić na ogniu do zagotowania. zdjąć z ognia i do gorącej masy wsypać powoli mąkę. mieszać. dodać jajka, śmietanę i sodę. przełożyć do lodówki na min 3 h. po wyjęciu z lodówki poczekać, aż ciasto zmięknie i rozwałkować (nie obyło się bez dosypywania mąki). wykrawać pierniki, układać na blasze luźno, ponieważ pęcznieją i rosną, piec w temp 200st ok. 4-7 minut
Warto je też posmarować jajkiem przed pieczeniem (będą się błyszczały), a w najładniejszych (np. serduszkach lub okrągłe zrobić dziurkę patyczkiem do pieczenia, wtedy będzie można je zawiesić na choince, np. na wstążeczce.
Poza tym w przyszłym roku dam 3 paczki przyprawy do pierników1), albo 2 i dodam więcej cynamonu i korzennych przypraw, bo jednak trochę za s Łabo, moim zdaniem, pachną- wbrew ogólnej opinii, że są doskonałe ;)
 
Nie trzeba wcześniej zagniatać ciasta, czekać kilka tygodni i najważniejsze- są od razu gotowe do zjedzenia! Musicie wiedzieć, że kocham święta, absolutnie i bardzo się cieszę na te pierwsze naprawdę nasze święta. Kupujemy różne aniołki i dzwonki, którymi w ten weekend przyozdobimy mieszkanie, szukamy miejsca dla malutkiej choćby choinki i robimy menu, również na sylwestra, którego prawdopodobnie spędzimy w domu ;) Za dużo gotować na święta nie ma sensu, bo będziemy głównie u jednych i drugich rodziców, no ale coś sobie zrobimy ;) A ostatni dzień roku pewno minie nam na spotkaniu z owocami morza, jak zawsze.
 
Zdjęcie z cyklu "Majka jedzie na łyżwach do Michała" z zeszłego tygodnia. W tym odpada jazda figurowa przy bandzie, z racji przeziębienia.
 
 

sobota, 4 grudnia 2010

Vogliamo pattinare! ;)

Kto na łyżwy w niedzielę? Spotykamy się na lodowisku nad Maltą przed 13- kto zaczyna tę przygodę, niech weźmie grube skarpety, bo inaczej będą go bolały stopy po 20 minutach. Koszt: 6zł za 1h ulgowy (9zł normalny),  szafka: 1,5zł (możemy wziąć jedną, zmieścimy się raczej). Sezon łyżwiarski rozpoczęłam z Dejfem i Matyldą w niedzielę wieczorem i już zdążyłam zapomnieć, jak lubię się ślizgać, choć pewności na lodzie wciąż mi brakuje. No i dalej nie umiem hamować inaczej, niż wpadając na bandę... Dlatego zastanawiam się nad kursem- trwa 4 tygodnie, obejmuje 4 lekcje, kosztuje 50zł. Na pewno nauczę się tam hamować i przewracać tak, żeby sie nie połamać. Poza tym może przeplatanka, albo jazda tyłem...? Ktoś jest chętny? Tu szczegóły.

W czwartek 9.grudnia o 19 w Muzie "Tetro" F.F.Coppoli, za 5 zł. My juz bilety mamy- mam nadzieję, że i dla Was
wystarczy ;) Jakby nie było- włoski akcent, bo Coppolla ma włoskie korzenie przecież ;) Ale prawdziwie włoskim newsem jest to, że Lech Poznań zremisował znowu z Juventusem Turyn i dzięki temu awansował do grupy 16 najlepszych drużyn w Europie- kto by uwierzył?! POLACY?! No ale było -13, odczuwalna -25, więc w radiu trwały dyskusje przed meczem typu "Zamarzną Włosi, czy nie nie zamarzną?" ;) Meczu to nie przypominało, bo piłkarze przedzierali się niemal przez zaspy, grali na oślep, bo nic nie widzieli. Ale Juve odpadł, choć kibicowałam im całym sercem. Bo Lech i tak szybko teraz odpadnie, poza tym nie istnieje dla mnie coś takiego, jak polska piłka nożna, więc rozumiecie. No ale niech ten (podobno) piękny stadion na siebie zarabia, a znowu był komplet (43 000 osób).
 
 Podobno, jeśli 1. grudnia pada śnieg (w tym roku padał!), w marcu wiosna będzie w rozkwicie (było nawet takie powiedzenie, ale nie mogę sobie przypomnieć, więc na pewno trochę pokręciłam, sens jednak zachowałam ;)). No oby!
W naszym mieszkaniu jest jednak ktoś, komu zima się bardzo podoba-mowa o naszym kotożbiku. Bajka mogłaby
siedzieć cały dzień na balkonie, najchętniej wybiera miejsca bardzo ośnieżone, a trzyma się z dala od miejsc zupełnie bez białego puchu. Poza tym podrzuca sobie kulki śniegu, bawiąc się tak w nieskończoność. Ech, po kim ona to ma?