piątek, 30 grudnia 2011

Pocztowe skarby

We wtorek wyjęliśmy ze skrzynki tajemniczą przesyłkę, z nieznaną nam miejscowością na pieczątce. Po cichu oboje podejrzewaliśmy, że to od Dominiki. Pamiętacie dziewczynę, która napisała do nas przez Couch Surfing? Spójrzcie, zrobiła dla nas kota (jak ja mam go zjeść?! Na razie leży na półce, skąd obserwuje Bajkę) i aniołka. Piękna niespodzianka, tak się cieszymy, gdy ktoś o nas pamięta, gdy daje o tym znać w taki sposób. Bardzo dziękujemy, pozdrawiamy - teraz wiem, że tu zaglądasz ;) Wrzucam jeszcze zdjęcie z Dominiką, które Michał zrobił w sierpniu, podczas naszej objazdówki po Poznaniu. Tu akurat niemal pod naszym blokiem, bo nad Maltą jesteśmy, zależało nam na kaczkach w tle, rzecz jasna.

Tydzień upłynął leniwie, czytamy, nadrabiając zaległości czytelnicze i cieszymy się, że nie ma zimy, chociaż Michał narzekał trochę, że święta mogłyby być białe. No ale nie były, nad czym specjalnie nie rozpaczam. Przynajmniej możemy w weekendy wciąż jeździć rowerami, a w ogóle to biegam bez rękawiczek - wciąż brak mrozu ;) Poza tym oglądamy filmy, a sporo nadrobiliśmy ostatnio, by wspomnieć choćby Hitchcocka : Starsza pani znika (1938 rok!), Osławiona (1946, ♥ Cary Grant), czy Manhattan Allena. A z włoskich rzeczy? W końcu nadrobiliśmy  Ladri di biciclette Vittorio de Sici z 1946 roku. Cudowny, przejmujący film. Zresztą wszystkie te wymienione to klasyki, które w końcu nadrobiliśmy. Ale Złodzieje Rowerów zaskoczyli mnie bardziej, niż się spodziewałam. Kto nie widział, niech nadrabia, akcja jest w Rzymie. Między tymi dziełami obejrzeliśmy jednak mini serial, już wielokrotnie nagrodzony, z Kate Winslet i Guyem Piercem w rolach głównych. Mildred. 5-odcinkowa opowieść, Ameryka lat trzydziestych ubiegłego wieku, od Mildread odchodzi mąż, zostawia ją z  dwiema córkami. Wcześniej nie pracowała, myśli nad własnym interesem. Więcej nie zdradzę, ale przeżywałam wszystko z główną bohaterką. Jestem na to dość podatna, przyznam, ale dawno nikomu tak nie kibicowałam, oglądając film/serial. Dla mnie 10/10, a Kate zagrała poza skalą.

Nie wiem, czy wystarczy mi czasu jutro na podsumowanie i plany (jak zwykle obszerne i jak co roku zrealizuję połowę, ale zawsze konsekwentnie plan spisuję; przynajmniej to się nie zmienia ;), więc w razie czego życzę Wam wszystkiego dobrego, niech będzie lepiej w przyszłym roku. Spotkajmy się tu za rok w takim zdrowiu, jak dzisiaj.


Parola del giorno: fastidio- nuda, wstręt, odraza, łączymy z dare fastidio a, przykład:

Mi da fastidio quando la gente stupido prende il mio tempo.


wtorek, 27 grudnia 2011

Babbo Natale ricordava!


We wtorek zadzwonili z Carry i zaprosili na rozmowę ws pracy, na środę. Niezwykle sympatycznie. Średnie warunki finansowe, jak na taką pracę, ale oferują umowę o pracę, a to dla mnie najważniejsze- ubezpieczenie, emerytura, normalny urlop itd. Bardzo miła pani zapytała, jak długo chcę u nich pracować, bo oni szukają kogoś na stałe. Zadała pytanie po omówieniu moich studiów i 4 lat pracy w biurze w firmie Remondis Sanitech. Odpowiedziałam "Nie będę ściemniać, widzi pani moje CV", zasugerowałam, że nie brałam pod uwagę, że dłużej niż rok. Nie było co kłamać, bo jak mam powiedzieć, że to praca marzeń i jednocześnie wyjść na wiarygodną? Postawiłam na szczerość. Bo jestem głupia i naiwna i wierzę, że to popłaca. W piątek mieli dzwonić. Oczywiście nie zadzwonili. Nie dziwię się, ani trochę. Szukam dalej, wysyłam dalej.
Jeśli do końca stycznia będzie tak, jak jest, to wtedy się rzucam na cokolwiek w centrach handlowych, jako na pracę marzeń.

Tymczasem kończę pierwszy rozdział pracy magisterskiej, chcę wysłać go jeszcze w tym roku. Z pewnością będzie milion poprawek i tysiące uwag. Już się boję, heh.

A święta? Piękne, jak zawsze i bardzo rodzinne. Żeby było sprawiedliwie, w tym roku odwróciliśmy kolejność odwiedzin. Wigilię spędziliśmy u rodziców Michała, a wczoraj po śniadaniu przyjechali po nas moi rodzice, z którymi zjedliśmy obiad i spędziliśmy popołudnie. Wieczór był już u nas, podobnie dziś. Leżymy z książkami, czekoladą, pistacjami, słuchając jazzu. Czasem przerywamy to filmem, karpiem, barszczem lub kompotem z suszu. I dużo wina do tego. Pod choinką znaleźliśmy oboje książki (nie tylko na zamówienie) i inne, bardziej zaskakujące rzeczy ;) Do domu wróciliśmy z robotem kuchennym, co oznacza, że w końcu będę mogła zrobić dla Michała sernik oraz domowy pasztet, który uwielbia. Cudownie ;)


Parola del giorno: Babbo Natale - św. Mikołaj, po poznańsku Gwiazdor ;> przykład:
 
Quand’ero piccolo credevo a Babbo Natale, sebbene sapessi che i soldi per i regali fossero dei miei genitori. Insomma…vedevo Babbo Natale come una sorta di pony express che lavorava per i genitori di tutti i bambini del mondo.



niedziela, 18 grudnia 2011

James Stewart, you're time is up

No, miałam dużego doła w czwartek. Wieczorem się dobrze najadłam, długo rozmawiałam z Michałem. W piątek wstałam, zjadłam duże śniadanie i popijając kawę, wysłałam kolejną porcję CV. Lepiej mi, przespałam się z tym, przetrawiłam. Przecież to nie była żadna poważna praca, a coś na chwilę. Nic się nie stało. Szukam dalej, a w perspektywie nic strasznego- Urząd Pracy, a to oznacza różne kursy, szkolenia, a nawet zasiłek, o którym zupełnie zapomniałam! Jakoś to będzie. 
Dziękuję wszystkim za maile ze wsparciem- nie wyobrażacie sobie, jak podnosi na duchu taka wiadomość po dość depresyjnym wpisie!

W tę potwornie wietrzną niedzielę zrobiliśmy sobie długi spacer- mamy choinkę i karpie. Na obiad było canneloni z mięsem w sosie pomidorowym, a po nim pyszna kawa i ciasteczka kakaowo- kawowe z tego przepisu! Pogoda straszna, ale ponieważ jeszcze nie biegam, postanowiłam się zmęczyć w ten sposób i pomyślałam, że może spacer w takich warunkach tak mnie wykończy, że uda się zasnąć?
Dzisiaj o filmach będzie.

Nadrobiliśmy ostatnio "Infiltrację" Martona Scorsese (2006) z plejadą gwiazd (m.in. Sheen, Damon, DiCaprio), który serdecznie polecamy. 8/10. Bardzo dobre sensacyjne kino. Szkoda, że u Scorsese wszystko kończy się źle... Ale nie może być zawsze dobrze, prawda? Film jest długi (2,5h), ale zupełnie się tego nie odczuwa. Dobre kino na sobotę.
 
Dotarliśmy też finalmente do "Nothing personal" ("Nic osobistego" z 2009) Urszuli Antkowiak. Pochodzenie reżyserki może być mylące, bo film nie jest polski, nie był tu kręcony, ani nie grają w nim polscy aktorzy- wszystkiemu dopiszmy: NA SZCZĘŚCIE. Kilka rzeczy mnie w nim zdenerwowało, ale to wynika tylko i wyłącznie z tego, że jestem ograniczona i muszę mieć pewne rzeczy podane. I tak: wiemy, że główną bohaterkę spotkał jakiś dramat, że była mężatką. Możemy się domyślać, a domysłów jest milion. Wiemy, że główny bohater choruje i znowu możemy się domyślać, czy tylko depresja, czy coś jeszcze (atak, który miał, mógł być równie dobrze atakiem paniki). Wiemy, że miał żonę i dziecko, ale co się z nimi stało- to już zagadka. A ja mam taki problem, że lubię wiedzieć, jaka jest historia bohaterów, których losy oglądam. A poza tym "Nothing personal" to smutas, idealny na obecną porę roku (nie wiem, czy mogę ją nazywać zimą?), warty obejrzenia, mimo wszystko. Dla odmiany po "Infiltracji"- trwa około 80 minut.

A wczoraj udało się obejrzeć "Vertigo" Hitchcocka z 1958. Aj, jak zawsze świetny James Stewart, do tego Kim Novak i atmosfera, którą potrafił zbudować tylko AH. Warto! Jak to często bywa w przypadku arcydzieł- za takie zostają uznane po latach. W chwili premiery "Vertigo" nie miało zbyt przychylnych recenzji. Alfred Hitchcock tak się wkurzył komercyjną porażką filmu, że obwinił za nią Jamesa Stewarta, twierdząc, że wyglądał w filmie za staro i postanowił nigdy więcej go nie zatrudniać- musicie wiedzieć, jeśli nie widzieliście dużo filmów AH, że do "Vertigo" Stewart był jednym z ulubieńców Hitchcocka. Cóż, geniusze tak mają...?

No, a teraz czas na owsiankę z cynamonem i miodem. Z otrębami i zarodkami. Coś jeszcze tam zmieszczę?
 

Parola del giorno: incantevole - uroczy,  przykład:

Dal terrazzo di Stefania si vede un panorama incantevole di tutta Napoli.


Dobranoc ;)



czwartek, 15 grudnia 2011

Nieaktualne

Zadzwoniłam dzisiaj do salonu meblowego, by potwierdzić szkolenie jutro (wzięłam urlop).

Usłyszałam, że to nieaktualne.
No jasne. Szkoda tylko, że nie zadzwonili wcześniej- podejrzewam, że zdecydowali się na kogoś
dyspozycyjnego "od zaraz".

Nawet nie mogę biegać- ledwo chodzę (kuleję) od wtorku. Na obie nogi. Szkoda słów. Nie mam jak się wyżyć nawet.
Na włoski nie miałam siły iść, z tej złości. Bez sensu ten kurs w tym roku, opuściłam
masakryczną ilość zajęć. Nie jestem w stanie tego nadrobić. Bez sensu wszystko.

Zaczynam kolejną wycieczkę po centrach handlowych, kawiarniach. Wezmę cokolwiek. Żeby tylko
nie siedzieć w domu od stycznia, błagam.


Nie ma parola del giorno na dziś.
Sick & tired,  idę się najeść i spać.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Spokojniej

Króciutko dzisiaj, bo wpadłam w trans pisania pracy magisterskiej ;)
Rozmowa w sprawie pracy- czwartkowa, w salonie meblowym- okazała się najdłuższą w moim życiu, bo trwała 40 minut. Od razu zaprosili mnie na szkolenie. Fajny szef, fajny zespół, umowa o pracę, dość dobrze płacą- same pozytywy? Nie same, bo praca jest po 10h, od poniedziałku do niedzieli. W tym 2 dni wolnego, z czego na weekend przypadają co 3. tydzień. Cóż, długo tak nie wytrzymamy z Michałem, bo zapomnimy, jak ze sobą rozmawiać, ale wolę to niż nic. Teoretycznie jestem zabezpieczona od stycznia- nic jeszcze nie podpisałam, no i ostatecznie obie strony zdecydują o tym po 3 dniach szkolenia. Czy to pasuje, czy się nadaję itd. W tym tygodniu będę miała pierwszy taki dzień (piątek lub sobota), co dalej, jeszcze nie wiem. Oczywiście wciąż szukam pracy, ale... nie wyobrażacie sobie nawet, z jakim spokojem teraz, z jakim luzem. Inaczej się szuka, jak się ma pracę. I nie wysyłam już hurtem do sklepów, tylko do biur, konkretnych firm. Więc wciąż trzymajcie kciuki.

Krótko jeszcze zdradzę, że wczoraj i dzisiaj miałam trening (Wczoraj 2,5km, dzisiaj 5km) i jest dobrze z noga, nic nie boli, radość biegania wróciła. Mam nadzieję, że tak zostanie dalej. Aż się boję krzyczeć z radości, by nie było rozczarowania, jak ostatnio. Szczególnie, że skłamałabym, gdybym mówiła, że jest idealnie, bo jednak trochę czuję teraz, dlatego ją pomrożę i spać.

Jeszcze Wam podrzucam pewien eksperyment, nie mów. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, zjadłam dzisiaj sałatkę z tuńczykiem, cebulą, kiwi i jabłkiem. Też nie byłam przekonana, ale wiecie, jak fantastycznie smakuje tuńczyk z kiwi i jabłkiem?! ;>

Jutro włoski, can't wait! Cały tydzień opuściłam przez rozmowy związane z pracą. A może się okazać, że styczeń będzie zupełnie stracony. Nie, nie chcę jeszcze o tym myśleć.


Parola del giorno: la cronaca nera- rubryka kryminalna (w gazecie), wieści policyjne itp, przykład

Non mi piace ammettere, ma mi piace leggere la cronaca nera! Mi ricorda dei romanzi di Camilleri e Conan Doyle, il mio genere preferito.

środa, 7 grudnia 2011

Stressata


Wczorajsza rozmowa...Myślę, że w nocy przed nią spałam godzinę, najwyżej dwie. Głównie przez wiatr, ale myślę, że również przez stres przed pierwszą rozmową kwalifikacyjną od 4 lat. O 3 rano już wiedziałam, że na włoski nie dojadę, nawet spóźniona, a teraz walczę ze sobą, by nie położyć się na drzemkę, tylko zasnąć dzisiaj wcześniej (uda się przed północą?).
Tuż przed spotkaniem pisałam do Michała, że mam przeczucie, że to ściema, jakieś call center-nawet strony internetowej nie mają. Ale ogłoszenie było tak ładnie napisane, że się nabrałam. Akwizycja. Szybko skończyłam rozmowę, szkoda mojego czasu, ech. Zła i rozczarowana jednocześnie, pojechałam do domu. Jutro poważniejsza rozmowa. Salon meblowy. Ma być prezes i w ogóle. No zobaczymy.
Ok, nie ma jeszcze tragedii- w końcu jutro mam rozmowę ws pracy, fajnie, że ktoś zadzwonił, prawda? Ale w przyszłym tygodniu przewiduję u siebie kryzys, bo mija 3. tydzień wysyłania CV (w sumie "poszło" już 40), a z 3 miejsc się odezwali. Słabo trochę. Wiecie, to ani trochę nie mobilizuje, bo już mam takie myśli, że i tak skończę w sklepie w galerii handlowej, do której zresztą muszę zmieniać CV. Bo widzicie, nie chcą tam Majki z wyższym wykształceniem- rozumiem to troszkę, przecież wiedzą, że pracując w sklepie, będę jednocześnie szukała czegoś lepszego, no ale muszę się jakoś utrzymać, czyż nie? Więc jeśli tak się bawimy, to wyrzucam z CV magisterskie studia, a jak będzie trzeba, to i licencjackie. Wystarczy? Oczywiście, to nie żadna ujma dla mnie pracować w sklepie, ale umówmy się, że praca marzeń to dla mnie nie jest.

O gotowaniu dwa słowa, żeby się zrelaksować przed snem. Uwielbiam zupy- Michał twierdził, że nie lubi, ale zamieszkał ze mną i teraz prosi czasem o jakąś konkretną, okazało się, że polubił ;) zupa to nie tylko miliony witamin i dietetyczny posiłek, ale dla takich ludzi, jak my, świetny zapychacz, choćby chwilowy. Wracamy po pracy, mamy trening i zupa jest na pierwszy głód- gdy się nią posilamy, gotuje się ten właściwy posiłek. Zupa, którą przygotowuję, jest najczęściej na 2 dni, a czasem i 3, przechowuję ją oczywiście w lodówce. Zachęcam Was do skorzystania z TEGO przepisu na zupę pomidorową. Jest cudownie gęsta, niewiarygodnie pyszna (dałam 2,5l bulionu i 3 puszki pomidorów), Michał się zakochał w zupach zupełnie, gdy ją spróbował. Myślałam o kremie porowo-ziemniaczanym w weekend, ale nie robiłam jeszcze grochówki. Macie jakiś sprawdzony przepis? 
Niedzielę natomiast poświęciłam na pierniki. Rano przygotowałam ciasto, wieczorem piekłam. Polecam przepis, podawałam go już w zeszłym roku, ale nie zaszkodzi przypomnieć- jest magiczny, bo ciasto musi poleżeć w lodówce zaledwie kilka godzin, a pierniki są (niestety) od razu gotowe do zjedzenia. Pysznie pulchne, cudownie pachnące. W tym roku robiłam z 1,5 porcji wszystkich składników, a w kolejnym chyba zrobię z 2 kg mąki, bo Michał już narzeka, że nie jest ich tak dużo, biorąc pod uwagę, jak wiele z nich wydaję najbliższym znajomym ;) Na zdjęciu widać 1/3 wszystkich pierników.


PIERNIKI ŚWIĄTECZNE





1kg mąki wrocławskiej
0,25 dag miodu naturalnego
1,5 szklanki cukru (dałam 1 szklankę)
1 kostka margaryny
3 paczki przyprawy do pierników
 2 łyżki cynamonu
3 łyżki kakao
3 jaja
3 łyżki sody oczyszczonej
1/2 szklanki śmietany słodkiej 18% (dałam szklankę)



miód+ tłuszcz+ cukier+ kakao+ przyprawy+ cynamon rozpuścić na ogniu do zagotowania. zdjąć z ognia i do gorącej masy wsypać powoli mąkę. mieszać. dodać jajka, śmietanę i sodę. przełożyć do lodówki na min 3 h. po wyjęciu z lodówki poczekać, aż ciasto zmięknie i rozwałkować (nie obyło się bez dosypywania mąki). 
wykrawać pierniki, układać na blasze luźno, ponieważ pęcznieją i rosną, piec w temp 200st ok. 4-7 minut

Warto je też posmarować jajkiem przed pieczeniem (będą się błyszczały), a w najładniejszych (np. serduszkach lub okrągłe zrobić dziurkę patyczkiem do pieczenia, wtedy będzie można je zawiesić na choince, np. na wstążce.






 Parola del giorno: spiaggia- plaża

C'é una spiaggia famosa di Ostia, a pochi chilometri da Roma.


poniedziałek, 5 grudnia 2011

Il vento

W zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że należę do mniejszości, jeśli chodzi o kwestię cierpienia, do którego przyczynia się wiatr. Jak to- możecie spać, gdy wieje, tak jak wiało w miniony i poprzedni weekend? Nie macie problemów żołądkowych? Niemożliwe. Nie słyszycie tego wycia? Uderzeń w Wasze okno? Najpierw słyszę, jak się rozpędza i ciszej wyje, następnie z impetem wali w okno, by o sobie przypomnieć. Nie można spać, gdy tak wieje, po prostu nie można.
Żołądek. Zawsze łapię się na tym samym- rzadko mam jakieś problemy z niestrawnością, więc kiedy już czuję się dziwnie, zawsze jestem zaskoczona i zastanawiam się, co takiego mogłam zjeść. Nic innego, niż zwykle. To po prostu wiatr. I nie czytajcie tej notki z kpiącym uśmiechem, błagam.
Ania (dyskusja odbyła się na włoskim) zapytała, czy podczas deszczu też mam problemy ze snem, odpowiedziałam, że absolutnie, wtedy śpię jak dziecko. To oczywiste dla mnie, ponieważ jestem na zwolnionych obrotach, gdy jest niskie ciśnienie (Michał ma odwrotnie, o dziwo), kładę się wtedy na siestę od razu po pracy.
Jest coś, czego można nie lubić bardziej od pronomi diretti i indiretti? Tak, pronomi combinati, czyli połączenie dwóch pierwszych. Wiem, w Polsce sami tak przecież mówimy, ale jest to dość skomplikowane, jeśli nie używamy ich w ojczystym języku. Mam jednak mocne postanowienie je opanować w najbliższym czasie, bo męczy to, serio. Od dawna powinniśmy je znać na tyle, by swobodnie się nimi posługiwać.
Przy okazji: Ania wysłała nam ciekawy link, ułatwiający naukę, nie tylko włoskiego. Fiszki. (dałam link do włoskich). Jest możliwość tworzenia własnych kombinacji, przyjemności! Ja swoje mam zawsze przy sobie, taki nawyk wyrobiłam sobie już kiedyś, ale nie myślcie sobie, że zaglądam codziennie.

A teraz o tym, jak ja się unoszę... Wczoraj pojawił się wpis na jednym z moich absolutnie ulubionych blogów Il Molino... Poczułam się tak wyróżniona, że aż się się zawstydziłam. Marianna mnie oczywiście przecenia, ale nie mówcie jej tego jeszcze... ;) Jej blog czyta naprawdę mnóstwo osób. Mój też nie mało, ale bez porównania z jej, rzecz jasna. I teraz uważajcie, zdradzę coś. Dziennie średnio jest 30-50 wejść u mnie, a po wpisie w Il Molino dziś (wczoraj, mam na myśli poniedziałek) gościłam Was u siebie 154 razy. Doceniam, naprawdę- szkoda, że akurat nic włoskiego nie było ;) Ale wpis Marianny to też był dopiero początek.

Dzisiaj miałam bardzo interesującą rozmowę z człowiekiem, który mi pomaga w pewnej sprawie. Nie chcę na razie za dużo mówić. Powiem, jak będzie czas, a póki co przydadzą się Wasze kciuki. Bo wciąż szukam pracy. No właśnie... Już zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi, co ze mną nie tak, gdy w końcu zadzwonił telefon. W zeszłym tygodniu to było, ale pan chciał mnie zatrudnić od razu, więc podziękowałam- umowę mam do końca roku, a okres wypowiedzenia trwa 2 tygodnie. Kilka dni znowu ciszy, aż dzisiaj... Wracając od tego tajemniczego człowieka (przynosi szczęście?), odebrałam zaproszenie na rozmowę ws pracy. Jutro o 17:30. A dwa kwadranse później znowu usłyszałam mój telefon- w czwartek o 18:30 kolejna rozmowa. Kurczę, chyba ruszyło! Wciąż szukam, szukam, jak mój kot na zdjęciu (poluje). Czy upolowałam, okaże się wkrótce.

A do tego, dzisiaj z samego rana opublikowano mój kolejny tekst, tym razem o focacci, zapraszam. To też ważna współpraca dla mnie, sam portal oliwa z oliwek serdecznie polecam, nie tylko dla świetnie zorientowanych we włoskich aktualnościach.
 
Posłuchajcie, jaką perełkę Michał znalazł, nazywają go włoskim Możdżerem. Stefano Bollani. Zwróćcie uwagę, w jakim miejscu we Florencji (bo to widać od razu) gra...
I jeszcze... Włosi płaczą, wiecie? Czy dzięki temu kraj nie zbankrutuje? Czy dzięki Montiemu będę mogła tam kiedyś zamieszkać?

 

Parola del giorno: paonazzo- purpurowy, przykład:

Marco è venuto di corsa all’appuntamento ed era tutto paonazzo in volto!




sobota, 3 grudnia 2011

Ćwiczenia, masaże, mrożenie


W środę wyszłam z drżeniem wszystkiego na trening, twardo zakładając, że będzie marszobieg, marsz ok 10minut na początku, że się nie spinam, że na luzie itd. Oczywiście już po 2 minutach nie wytrzymałam i zaczęłam biec. Ale... wzięłam przykład z Michała, który biega ze śródstopia (ja zdecydowanie z pięty) i spróbowałam w ten sposób przechytrzyć piszczele (inny rodzaj obciążenia jest wtedy, pracują inne mięśnie). Udało się! !0 minut biegłam, czekając na ból, a kiedy nie nadszedł, oszalałam z radości! Dwa razy przeszłam do 2min marszu- z rozsądku, ale połowę treningu tak się śmiałam ze szczęścia, że traciłam panowanie nad oddechem ;) I dziwne uczucie podczas biegu- zupełnie jakby mnie ktoś popychał, dosłownie. Mimo marszu, tempo miałam jak zwykle, czyli 6:40 min na 1 kilometr. W domu euforia, nawet do brzuszków się bardziej przyłożyłam- dostałam sportowych skrzydeł. Dziki napisał, że pewnie wkrótce zaczną mnie znowu boleć piszczele, więc wtedy mam znowu biegać z pięty i w ten sposób przechytrzyć kontuzję, jednocześnie (to Bas) wzmacniając różne mięśnie. Z tej radości położyłam się o 20 i spałam do rana ;)))
Polecam piątkowe rady Wojtka z GW, co do biegania zimą. Pokrywają się z moim planem treningowym- nie nastawiać się na szybkość zimą, tylko spokojnie i długo biegać. O tak. A wiosną będzie dzięki temu łatwiej pracować nad szybkością. ;)

Piątkowy trening był krótki, 2,5km, takie szarpnięcie organizmu przed sobotnim dłuższym wysiłkiem. I nawet tyle nie mogłam przebiec, tak bolała kość w lewej nodze. Za krótko się rozgrzewałam? Znowu gniew, ale tym razem nie pozwoliłam mu sobą zawładnąć. Ćwiczenia, masaż, mrożenie. 

Dzisiaj 7km przebiegłam- z tego najwyżej 1/3 marszem, kiedy już naprawdę bolało. Ale tempo poniżej 7min na 1km (łącznie 48 minut), więc nawet nie ma takiego koszmaru. Zrozumiałam, że to jest to, o czym Dziki mówił- przechytrzenie kontuzji. Ból wrócił szybciej, niż myślałam, ale nic to, przecież w grudniu miałam głównie maszerować! A i tak udało się dzisiaj sporo ubiec, więc to sukces, rozpatrujmy to w takich kategoriach, dobrze? Miałam znowu to uczucie, że czuję prawdziwą przyjemność z biegania dopiero po 5km. Pamiętam, że najlepiej mi się biegało 8-10km, więc te dystanse będą pewnie moimi ulubionymi. Kiedyś, jak już będę mogła biegać, heh.
UPDATE: Michał poprawił trasę, jest 6700m, więc tempo z siódemką z przodu, niestety, no ale nie biegam na czas w tym miesiącu, pamiętajmy o tym. 

Rozciągnęłam się po biegu i poczułam ból, przeszywający, ale pozwalał mi iść do domu. Znamy się z nim już, to shin splints. Michał twierdzi, że powinnam zupełnie odpuścić bieganie aż do czasu ustąpienia bólu. A ja mam wolny poniedziałek znowu, więc się upieram, by chociaż na 5km (lasem, po miękkim podłożu) wyjść i zobaczymy. Jeśli będzie bolało, zrobię sobie znowu przerwę i będę chlipać w kącie. A do tego czasu... ćwiczenia, masaże i mrożenie. Jak mantra. 3 razy dziennie.
 

Parola del giorno: basta!- dość! wystarczy! Przykład:

La mia gamba mi fa male, basta, per favore!



poniedziałek, 28 listopada 2011

Sport to zdrowie

Poniedziałek- znowu miałam urlop (muszę wykorzystać pozostałe dni urlopowe...), więc oprócz pisania pracy magisterskiej i szukania ofert pracy, wyszłam, po kolejnej kilkudniowej przerwie, na trening. Niestety tym razem dokuczała tylko jedna noga, lewa. Kość piszczelowa- ktoś się zamieni? Bo mam jej już dość. Połowę 5km przemaszerowałam, walcząc z bólem. Robię więc dalej wspięcia i ćwiczenia na mięśnie piszczelowe, brzuszki, kledzikowe i inne ćwiczenia ogólnorozwojowe, by nie zardzewieć. I szlag mnie trafia, wiecie? Już smutek i bezsilność przerodziły się na powrót w złość.

Środa- pełna nadziei wyszłam na bieg i znowu dostałam w twarz, ostro. Bardzo silny ból piszczeli uniemożliwił mi bieg. Wróciłam rzucając mięsem na biednego Michała. Jak już się uspokoiłam, doszliśmy do wniosku, że ból może być spowodowany niewłaściwą techniką biegu. Gorzej, że chyba na jakiś czas załatwiłam sobie nogi, bo bolą codziennie, przy chodzeniu, a o biegu nie wspominam. Sport to zdrowie, yeah, right.

Sobota- prawie 7km, połowa marszem. Przebiec mogę najwyżej 200-300 metrów. Piszczele bolą, potwornie, mimo długiej rozgrzewki. Wojtek Staszewski podpowiedział kilka innych ćwiczeń na wzmocnienie mięśni piszczelowych, a ja jak już przestałam krzyczeć na drzewa, stwierdziłam, że stres powoduje tylko większe spięcie mięśni, więc muszę się uspokoić i pomyśleć, co dalej. I pomyślałam- na razie nie ma mowy o maratonie, bo nawet nie mogę biegać, więc cele należy trochę przekwalifikować na półmaraton 1.04.2012 w Poznaniu poniżej 2h. I na razie tyle.
Grudzień poświęcam na marszobiegi, które mam nadzieję wzmocnią mnie na tyle, że od stycznia (może wcześniej?) będę mogła biegać. Także na razie planuję 3-4 treningi w tygodniu, ale z założeniem 50:50 marsz i bieg, z czego zaczynam marszem kilkuminutowym, koniecznie. Jeden trening w tygodniu 1-1,5h, a reszta po ok 40 minut. Do tego jak zawsze rozciąganie, ćwiczenia kledzikowe i na piszczele, no i brzuszki- od dziś po 20 już. Są efekty, jest coraz łatwiej, więc mogę zwiększać (najpierw było po 10, dalej 2 tygodnie po 15, aż doszłam do 20 ;)) ilość. Wiem, że to wciąż mało, ale nie przeskoczę od razu do III stopnia, prawda? Powoli, systematycznie i będzie dobrze. Wierzę w to, muszę.

Dziś urlop znowu, więc dopijam kawę i jadę zostawić CV w kilku miejscach. Miłego dnia!


Parola del giorno: essere un mulo- być upartym jak osioł, przykład:

Walter è testardo come un mulo! Non capisce mai quando è il momento di lasciar perdere e andare avanti!



sobota, 26 listopada 2011

Pronomi, ti piacciono?

 We wtorek, na włoskim, część lekcji zajęła nam projekcja filmu dokumentalnego Mauro Cateriny (mój poprzedni nauczyciel, człowiek- orkiestra, zajmuje się wieloma rzeczami, ale przede wszystkim jest dziennikarzem Il Manifesto i nauczycielem w Dante Alighieri) dotycząca imigrantów z Nigerii. W poszukiwaniu lepszego życia trafili do Libii, gdzie w tym roku była rewolucja, jak wiemy. Barką przypłynęli na włoską wyspę Lampedusę. Im się udało, co z tysiącami innych- wiemy, że nie dopłynęli, że z 5 łodzi często dopływała 1, czasem 2. Nie będę się rozpisywała, bo każdy pewnie śledził temat w okresie wakacyjnym i wszyscy wiemy, o co chodzi.
Rozmawiałyśmy z Anią i problemach w Afryce, o tym dramacie, jakim jest ucieczka z własnego kraju z niczym więcej oprócz tego, co wzięliśmy w rękę; o problemach z odnalezieniem się w innym kraju. Bardzo ciekawa lekcja, a dokument Mauro, mam nadzieję, obejrzy więcej ludzi.
Za to w czwartek Ania dała nam nieźle popalić. Pronomi. No, non mi piacciono. Nie 1/3 zajęć, ani nawet połowę, ale przez całą - przez 1,5h wałkowałyśmy wszystkie pronomi. Aż mnie głowa na nowo rozbolała. No właśnie- boli mnie już drugi tydzień, czasem z przerwą dwudniową. Boję się, że to zatoki, bo dodatkowo mam katar. W ten poniedziałek już chyba się wybiorę do lekarza, jeśli żadna poprawa nie nastąpi. W każdym razie nasza kochana l'insegnanta w tym roku się bardzo rozkręciła ze swoim bacikiem gramatycznym. I dobrze- nie wiem, jaką będę miała pracę od stycznia, więc nie wiem też, czy będę mogła brać udział w lekcjach. Korzystam póki mogę, bo bardzo mi jest potrzebny włoski.

Ela wysłała mi link do aktualnych zdjęć z Cinque Terre (sprzed kilku dni). wygląda to lepiej, bo zaczęli już sprzątać i woda opadła, co najważniejsze. Ale wciąż przeraża. Widzicie jakie brudne morze? ;( Zastanawiamy się, czy cały rezerwat będzie możliwy do zwiedzania- nie wiemy, co i jak dużo się obsunęło i tak naprawdę jaka jest skala zniszczeń. A od siebie wrzucam zdjęcie z 5Terre, z naszych niezapomnianych wakacji w 2009 roku.

W poprzednim tygodniu głośno było znowu o firmie Benetton (artykuł), które po raz kolejny zaszokowała, chcąc jedynie zwrócić uwagę na ważny temat. Filmik z reklamą dotyczącą kampanii UNHATE. Oj tam, bo papież w photoshopie się całuje z imamem, to od razu krzyk... ;)

Dzięki Metropolitano trafiłam na cudowną stronę, m.in z bajkami! Wystarczy kliknąć ASCOLTA. Nawet MOBY DICK, madonna! LINK. Koleżanka to dla mnie w ogóle jest kopalnią linków do zapisania, więc bierzcie i korzystajcie z tego wszyscy ;)


Parola del giorno: a stelle strisce- amerykański/e, przykład: 

C’è un timore che l’evoluzione del quadro finanziario europeo possa investire anche il sistema bancario a stelle e strisce.





poniedziałek, 21 listopada 2011

Zwrócona w stronę Molino

Nadrabiam zaległości. Cóż, mieliśmy ostatnio niefart filmowy. W czwartek wybraliśmy się do Muzy na "Flamenco, flamenco" Carlosa Saury i okazało się, że to pierwszy film w Muzie, podczas którego wychodzimy- w połowie. Nie sprawdziłam- przyznaję, ale... Ok, nigdy nie należałam do fanów flamenco- ani suknie, ani ten mocny makijaż, nigdy mnie nie przekonywały, choć samą umiejętność stepowania cenię bardzo wysoko. Nie wiedziałam niestety, że flamenco to też potworny, rozdzierający głowę jęk, bo śpiewem nie można tego nazwać. Teksty to okropność ("Cyganko, wypierz moją apaszkę"...), ale tu trzeba zaznaczyć, że nie znamy kontekstu kulturowego, a jednak na południu przywiązanie do ziemi jest większe, niż u nas (teksty w większości opiewały piękno Matki ziemi). Byłam przekonana, że to będzie dokument, ktoś coś opowie, a ja dowiem się ciekawych rzeczy dotyczących flamenco, historii i może właśnie coś o tym kontekście? Film Saury to połączenie kilkunastu występów wykonawców flamenco. Zero słowa, zero opowieści. Uciekliśmy z kina, za nami wyszli zresztą kolejni. Szkoda czasu.
Kolejnego dnia mieliśmy chęć na coś amerykańskiego, z dobrą obsadą. Wybór padł na "Stay", kiedy główny bohater, o skłonnościach samobójczych, zaczął przepowiadać przyszłość, wyłączyliśmy i wróciliśmy potulnie do "Dextera" na kolejne 2 odcinki. Nie znoszę Ryana Gossliga, naprawdę. W "Wysokich obcasach" przeczytałam, że teraz "każda kobieta chce być z Gossligiem, a każdy mężczyzna chce być Gossligiem". Nawet w WO zdarzają się takie bzdury, cóż... Już nie chciałam mu poświęcać więcej z mojego cennego czasu, ale pewnie to gwiazda "Zmierzchu" czy innych papek, ech.

Po Grand Prix nie mogło być inaczej- w końcu nadrobiliśmy "Gladiatora". Oczywiście, że bajeczka amerykańska, że ma wyciskać łzy i w ogóle. U nas nie wycisnął, ale świetnie zrobiony film, można podejrzeć Rzym, a na kiepski scenariusz przymknąć oko. Trochę za długi (prawie 3h), ale mimo wszystko polecam. Amerykanie potrafią, Ridley Scott szczególnie, mam do niego słabość. Właśnie! Na próżno szukać tam Włochów, rzecz jasna... ;)
Gdzieś po drodze obejrzeliśmy też, wielokrotnie polecany film Wesa Andersona "Pociąg do Darjeeling". Sam film nie był tak polecany, jak reżyser, którego J. bardzo lubi. Nie zachwycił, na co liczył nasz towarzysz popołudniowy (częsty ostatnio), ale wszystko w filmie zepsuł Clive Owen, którego oboje po prostu nie lubimy. Nic specjalnego nie można filmowi zarzucić, po prostu nie powalił. Do połowy trochę nudził, następnie dość niespodziewany dramat spowodował pewne ożywienie. Historia? Trzech braci, nie widziało się od dawna, spotyka się w pociągu. Podróżują po Indiach. Duży plus dla Adriana Brodyego. Za mało Murraya ;)

Kieślowski- wiecie, że od dawna miałam na niego ochotę. Postanowiliśmy zacząć od końca, czyli od "Trzech Kolorów". Po "Niebieskim" trudno będzie się któremukolwiek przebić. Dla mnie mistrzostwo: scenariusz, muzyka (Preisner to Preisner jednak), sam klimat, zbliżenia- tak charakterystyczne dla stanu duszy głównej bohaterki (koncentracja na pozornie nieistotnych rzeczach, mówi o tym sam reżyser w wywiadzie, dołączonym do filmy), sama Juliette Binoche, którą absolutnie uwielbiam od czasu "Nieznośnej lekkości bytu", aj! Przed nami dwa pozostałe kolory- dzisiaj w Kinie Apollo grają za 7zł "Czerwony", ale w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy- cały weekend pisałam pracę magisterską (no, wyobraźcie sobie!) i tak się na nowo wkręciłam, że postanowiłam nie przerywać tego ponownego odzyskania rytmu.

O bieganiu nie piszę- tym razem kontuzjowana lewa noga, znowu piszczele... Dzisiaj biegłam/maszerowałam 5km, a tak to sporo ćwiczę i płaczę w niemocy i tęsknocie za normalnymi treningami.

Jeszcze krótko o Mariannie Pilot. Znamy ja z bloga o tym, jak kupowała z mężem dom w Toskanii. Śledzę niemal od początku, trudno mi wskazać blog, który od tak dawna na bieżąco czytam, czasem komentuję. Sama autorka też zagląda do mnie, co uważam za niezwykłe wyróżnienie. Zbieżność nazwisk nie jest przypadkowa- jej ojciec w tym roku został laureatem nagrody NIKE. Ale nie o tym miało być. W końcu, między przygotowywaniem orto i urządzaniem casa di contadine, Marianna wydała książkę. Przeczytałam jednym tchem, choć znam niemal wszystko, co tam zostało zawarte- to nic innego jak okrojony blog (mam wrażenie, że jednak kilku rzeczy nie czytałam wcześniej), ale... macie wrażenie, jakbyście naprawdę ją znali. Jakby te problemy były Wam znane (jasne, bo każdy z nas kupuje dom w Toskanii...) Jesteś taka bliska nam, kochającym Włochy, M., wiesz? ;) Cudownie się czyta, z prawdziwą przyjemnością sprezentuję Twoją książkę mojej mamie. Dziękuję Ci za te chwile przyjemności, których nam dostarczasz, pisząc o Molino!



Parola del giorno: arenato- zablokowany, zatrzymany (ang. stuck, stumped), przykład:

Stasera la professoressa di matematica ci ha dato degli esercizi molto difficili . Sono arenato! Non riesco a svolgerli!



środa, 16 listopada 2011

Cannelloni alla besciamela


To się załatwiłam tym biegiem w sobotę...a właściwie tym, że nie wzięłam cieplejszej kurtki na czas po biegu. W poniedziałek po pracy Michał zagonił mnie z HzDIMiC (Herbata z Dużą Ilością Miodu i Cytryny) do łóżka, w którym bardzo szybko zasnęłam. Wczoraj było już lepiej dzięki temu zabiegowi, ale niepotrzebnie wzięłam podwójnie gripex- tak mnie osłabił i otumanił, że ok 14 poczułam, jak mi się kręci w głowie i zasypiam- w pracy! Dobrze, że do śniadania zdążyłam zrobić gramatykę, bo na włoski już nie dojechałam. Wróciłam i po obiedzie oraz rozgrzewającej zupie padłam do łóżka.

Chciałam Wam tylko napisać o obiedzie sprzed kilku dni, póki pamiętam. W zeszłym tygodniu, korzystając z LIDLowej promocji na cannelloni, w końcu się zabrałam za to danie. Połączyłam 2 przepisy (tradycyjnie), więc poniżej przedstawiam, jak się zabrałam za obiad:

Canneloni alla besciamela (con spinaci)

9 rur cannelloni
500 gr szpinaku (użyłam świeżego)
200 g sera żółego
ser feta (pół kostki)
1 jajko
śmietana 18%
2 ząbki czosnku
sól, pieprz, gałka muszkatołowa

beszamel: 
- 4 łyżki masła
- 4 łyżki mąki
- 400 ml mleka
- gałka muszkatołowa- sól
- pieprz

Szpinak blanszować (umyty wrzucić do wrzątku na 1-2 minuty), wrzucić na sitko i potraktować zimną wodą. Ponownie do garnka przełożyć i podusić na maśle kilka minut. Dodać sól, pieprz, gałkę muszkatołową, zmiażdżony czosnek, mieszać często. Dodać jajko wymieszane z 2 łyżkami śmietany, energicznie kręcić łyżką. Po kilku minutach, jak woda odparuje, dodać pokruszony ser feta, mieszać, niech się wszystko dusi kilka minut. Pozostawić do przestygnięcia.
Jak już nie będzie gorące, nabijać szpinakiem rury makaronowe.

Sos beszamelowy:

Masło rozpuszczamy w rondelku i dodajemy mąkę. Mieszamy całość dokładnie, aby się składniki połączyły.
Smażymy około minutę, a następnie powoli dodajemy zimne mleko cały czas mieszając.
Czekamy aż całość ponownie się zagotuje, cały czas mieszając. Gdy tak się stanie dodajemy połowę startego sera, sól, pieprz i odrobinę startej gałki muszkatołowej.
Znowu gotujemy do czasu, aż wszystkie składniki się połączą.

Trochę beszamelu na spód naczynia wlać, następnie ułożyć ściśle rury, zalać resztą sosu, posypać startym serem i oregano i do piekarnika na 30-40 minut w temp 180 st.
 Milion kalorii...ale są dni, gdy nie powinno się o to dbać, naprawdę. Zjadłam 4 rury i pękłam prawie z obżarstwa. A następnego dnia biegłam Grand Prix ;)
 
Politycznie będzie: nie sposób nie cieszyć się ze zmian we Włoszech, ale... Choć Silvio Berlusconi ustąpił, nie sądzę, by na zawsze, wszak ma dopiero 75 lat... Przeczytajcie.

Obejrzyjcie. 


Parola del giorno: raffreddare- przeziębić się

Sono raffreddata, perche ero stupida durante la gara sabato scorso.



sobota, 12 listopada 2011

III Grand Prix Poznania, bieg 1.

Było tak: jeszcze w środę ustaliliśmy, że pomimo opłaconego startu (10zł) i nadanego numeru startowego na cały sezon III Grand Prix Poznania (nr 525) nie wystartuję w sobotę 12.listopada, bo noga wciąż bolała. Ćwiczenia zwiększyłam- 2 razy dziennie, więcej i dłużej. Najbardziej chyba pomogła mimo wszystko zasada mrożenia po ćwiczeniach (zmrożony żel kompresyjny) 15 minut, następnie kąpiel i polewanie gorącą wodą nogi przez 2 minuty, po prysznicu znowu mrożenie 15 minut. Faktycznie to nie wiem, co pomogło, ale odkąd mroziłam w ten sposób, szybciej zaczęło się leczyć. I nagle w czwartek, robiąc masaż...niczego nie poczułam! Żadnego bólu! Podbiegłam po mieszkaniu- nic! Ze szczęścia oszalałam, odkurzyłam plan treningowy... Michał mnie szybko sprowadził do parteru, mówiąc, że po zaleczeniu kontuzji powinno się jeszcze 2-3 dni poczekać. No ale GP za pasem... Ustaliliśmy, ze dalej ćwiczę i mrożę, w piątek pobiegnę 3km i od tego uzależnię sobotni start. Pobiegłam te 3 km, nie wzięłam celowo zegarka, żeby się nie stresować. Pewna sztywność mięśni była (2 tygodnie bez biegania!), ale ogólnie na luzie. Nie bolało ani w trakcie ani po biegu! Więc stwierdziłam, ze dzisiaj pojadę, najwyżej będę zasilać tyły podczas biegu. Od razu ustaliliśmy, że biegnę bez zegarka, bo to mnie może tak spiąć, że zejdę z trasy, jak znam siebie. Sad but true, ale poddaję się wtedy, kiedy właśnie mam jeszcze szansę na walkę. 
Wstaliśmy dzisiaj o 7, po śniadaniu ruszyliśmy w stronę Rusałki. Rozgrzewałam się, biegałam, robiłam dużo wspięć- raz po raz bolała noga. Było już tak, że się zatrzymałam i powiedziałam "Michał, wracajmy tramwajem do domu, to bez sensu". Ale pomyśleliśmy, że chociaż zobaczymy, jak zaplecze wygląda itd. Rozbiegałam ten ból, więc chyba był spowodowany stresem (Sztywność mam wtedy WSZYSTKIEGO). Grido z Agnieszką, Bas, Johnson z debiutująca żoną, oczywiście Michał- oni wszyscy mi bardzo pomogli, wysłuchując moich jęków i przytakując na moje "Najwyżej zejdę z trasy" ;). Nie tylko nie zeszłam, ale pobiegłam szybciej, niż chciałam. założyłam tempo treningowe, bo czego można oczekiwać po 2 tygodniach przerwy... Nie wzięłam zegarka, ale postanowiłam się nie ścigać, marząc po cichu o czasie w okolicach 33-34 minut, czyli naprawdę treningowo. 32:07- to mój czas netto! (wyniki) Do 2.kilometra było średnio, wsłuchiwałam się w jęki towarzyszących mi pań i sugerowałam się ich problemem z oddechem. Musiałam sobie dosłownie mówić "Majka, spokój, oddychaj normalnie, nie jak one" i już po chwili było ok. Ale czułam nogi, co było dla mnie niespodzianką- do tego stopnia, że nie wierzyłam, że po 2-3km będzie lepiej, bo zawsze tak przecież mam podczas biegu. Kiedy po 2km był podbieg (oczywiście niespodziewany dla mnie), to nagle wszystkich zaczęłam wyprzedzać, na górce! To dzięki metodzie małych kroczków, która podejrzałam u Urbasia w programie "Rozgrzewka". To dało mi dużo siły i dopiero zaczęłam biec. Troszkę za wcześnie przyspieszyłam jednak i ok 3km zwolniłam na chwilę, by wyrównać oddech i przyspieszyć znowu ok 4km. Kiedy na 4km zobaczyłam Marię Pańczak, już wiedziałam, jak będzie. Wyprzedzając ją, grzecznie się przywitałam, później już tylko "wycinałam" kilka dziewczyn, które wciąż biegły przede mną, faceta z wózkiem (joggerem). Na finiszu brakło sił, ale zobaczyłam Michała i Basa z aparatami, wiec ruszyłam na te 200 metrów hehe! Na video widać, że przed filmującym Basem kuca Michał ;) Na zdjęciu Michała widać, że czułam się średnio, dopiero po chwili zobaczyłam, że to oni i że czas na uśmiech numer pięć- pamiętajcie, że to była już sama końcówka. ;)

Później to już tylko się ustawiłam w kolejce po drożdżówkę ;) Cieszę się, że mój marchwiak vel energy cake tak smakował wszystkim po biegu ;)

Czułam nogi tuż po biegu, ale to dlatego, że jednak troszkę za szybko biegłam po takiej przerwie. Niemniej zaczęłam wierzyć, że 5 km w 29 minut jest możliwe w tym roku! Po rozciągnięciu, mrożeniu i prysznicu (2 ostatnie już w domu) wszystkie dolegliwości minęły, rzecz jasna.

Dziękuję tym, którzy byli, tym którzy wierzyli, że mogę i dla których to jednak coś znaczy- wiem, że wciąż jestem na początku przygody z bieganiem, ale mam nadzieję, że limit kontuzji chwilowo wyczerpałam... Bo ja naprawdę polubiłam bieganie i to uczucie, że mogę! Kiedy wydaje mi się, że jest ciężko, jednak potrafię się przemóc i dalej biegnę.

Wystartowały 623 osoby, co jest absolutnym rekordem frekwencji wszystkich edycji, a dodatkowo bieg ten wciąż jest największą imprezą Grand Prix w Polsce! Kolejny start 10.grudnia. Do zobaczenia! chcę tam pobiec w czasie 29:59.. Na luzie... ;)

Filmik zrobił niezastąpiony Bas, biegnę w fioletowej bluzie i czarnej czapeczce.  Czuję się cudnie.
Słuchałam już Rockyego, a teraz obejrzymy pewnie "Gladiatora". W poniedziałek wznawiam treningi, jest pięknie.