niedziela, 25 kwietnia 2010

Kurczak duszony w pomidorach

Aj! Jednak rzuciłam się na duszone w pomidorach, co za mną chodziło, jak wiecie, ale nie cały kurczak, tylko właśnie piersi, przeznaczone na kotlety, ale..czasem przeznaczeniu można pomóc ;) Tym sposobem przeforsowałam kurczaka w pomidorach, a następny może być nabity na butelkę, jak zażyczył sobie Michał. Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić, że usłyszałam od Michała największy dotychczasowy komplement kulinarny? "To najlepszy kurczak, jakiego jadłem". Umarłam ;) A prosty okrutnie! Włoski znowu odpuściłam, ale głównie z powodu egzaminu poprawkowego, który miałam wczoraj (jutro wyniki, jestem raczej dobrej myśli) a po części też z powodu odwołanej środowej lekcji na rzecz pokazu filmu. Może następnym razem się wyrobię.. Poza tym dotarła biografia Felliniego Kornatowskiej, kończę Junga i czas już napisać do pani promotor chyba..? Jak Jung? Cóż. Trochę przynudza momentami, ale chyba głównie z powodu dość oczywistych rzeczy, moim zdaniem. Oczywiście może być tak, że najzwyczajniej w świecie nie rozumiem tego pieprzenia, ale to tematy powszechnie znane, często omawiane, np. że nadopiekuńczość matki w stosunku do córki może spowodować, że ta będzie "ustawiała" swojego męża w przyszłości, co wynika z kompleksów, a nadopiekuńczość matki w stosunku do syna prowadzi do homoseksualizmu (WhatTheFuck?!) i takietam. Niewiele jest tam do interpretacji, bo Jung pisał bardzo prosto, raczej nie owijając w bawełnę, no albo ja naprawdę nie rozumiem tego tak, jak powinnam, co jest zresztą wielce prawdopodobne. I tyle dziś. Senna jestem trochę po biegu i rowerze...uciekam na Soprano. KURCZAK DUSZONY W POMIDORACH Kurczak Cebula, czosnek, inne warzywa (papryka, cukinia) Pomidory (puszka lub świeże) Sól, pieprz, majeranek, papryka, czosnek Pokroić na 4 części (jeśli cały, lepiej kupić w "częściach"), podsmażyć na patelni, również czosnek, cebulę i ewentualne inne warzywa. Kurczaka wrzucić do garnka, dołożyć warzywa, pomidory, przyprawy. Podusić ok. 40 min. Podawać z ryżem lub ziemniakami.

wtorek, 20 kwietnia 2010

La storia con la bici

Wychodząc w piątek do Proletaryatu, by opijać licencjat Wojtka, nie spodziewałam się, że spotkam tam panią Beatę z włoskiego, która razem z mężem i znajomym się tam bawiła.. ;) Miło ;) Tak czy inaczej, gdy dotarliśmy, Wojtek już był na tyle rozluźniony piwem, by ponowić propozycję wypadu rowerowego w niedzielę. Mikołaj też się zapisał na naszą wycieczkę, więc w sobotę, przy okazji zakupów, kupiliśmy książeczkę ze szlakami rowerowymi w okolicach Poznania i przykładowe 24 wypady i postawiliśmy na "Wielkopolskiego Big Bena", skróconego, bo tylko do Uzarzewa, za Swarzędzem. Generalnie chcieliśmy trasy długości ok. 30-35 km. Do samego Uzarzewa nie dotarliśmy, bo nie skręciliśmy, gdzie trzeba, ale chyba było nawet ciekawiej- dotarliśmy do Wierzenicy, Bogucina, Gruszczyna, Janikowa, z krótkim odpoczynkiem nad Jeziorem Swarzędzkim i drugim gdzieś;)) Razem z dotarciem do domu dla nas to było 37,5km, więc plan wykonany. Tyłek poobijany, nogi trochę czułam- chłopcy przewieźli mnie po niezłych górkach... Trochę za szybko dla mnie, ale może to kwestia początku sezonu? Tak czy inaczej wszystko się udało, nawet lepiej, niż się spodziewałam i nawet mój murzynek z zakalcem smakował! ;) Wróciłam wykończona i cieszyłam się, że obiad zrobiony (kurczak) i mogę iść spać na 2h ;) A kura wyszła bardzo ok! Tylko za późno ją przyprawiłam i nie zdążyła "przejść", ale w niedzielę była dużo lepsza, jak wszystko następnego dnia, hehe. Jednak zrobiłam normalną, tradycyjną, pieczoną z jabłkami i cebulką w środku. Następna będzie albo nabita na butelkę od piwa, albo duszona w pomidorach, macie jakieś doświadczenia w tej kwestii?
Za 2 tygodnie bierzemy Susły z nami (tak! już są w naszym Gaborowym Gangu Rowerowym!), może tym razem kierunek: Puszczykowo czy Kórnik? Zobaczymy, zobaczymy. Trzeba by trochę tyłki przygotować..a nie ma kiedy, bo albo zimno (5st rano nie zachęca do jazdy rowerem) albo wieje (30km/h), także więcej ostatnio biegam, niż jeżdżę, chociaż 300km na liczniku stuknęło w tym sezonie ;) Nie jest jeszcze tak, jak planowałam (400km w miesiącu- w tym powinnam dociągnąć do 300 zaledwie..), ale pogoda, jak wspominałam, nie sprzyja. Poza tym jestem ospała, zmęczona, często zniechęcona- jak zawsze w kwietniu, to chyba jednak przesilenie wiosenne, heh. Bo śpię zdrowo- minimum 7h na dobę, żadnych problemów z bezsennością, odkąd mieszkamy razem, a do tego sen mocny, twardy i każdego ranka budzę się, pamiętając wszystkie sny- rany, ile tu nam się śni! Czy to kwestia nowego miejsca, czy 8. piętra może? Zaczęłam się zastanawiać, czy nie spisywać tych snów, jak Japończycy.

piątek, 16 kwietnia 2010

mi sento a terra

Mam już naprawdę dość żałoby narodowej. Większość z Was uciekła w pracy od tego, ja nie mogę, bo moja praca polega między innymi na rozmowach z ludźmi- każda z około 40 osób dziennie chce rozmawiać ze mną TYLKO o katastrofie. To przygnębiające, uwierzcie, bo w domu jest internet, telewizor, gazety, a w pracy klienci, czuję się naprawdę przytłoczona. Do tego... wszystko było pięknie, żałoba nas zjednoczyła, ale Jarek musiał przycisnąć Dziwisza o pochówek Lecha Kaczyńskiego z żoną na Wawelu, ech. I znowu się podzieliliśmy. Szkoda gadać. Tak czy inaczej wierzyć zaczęłam dopiero w poniedziałek, ze coś takiego się stało. W sobotę był taki dół, że popołudniu zdecydowałam, że fajnie, gdyby Kudeł i J przyjechali na kawę, bo i tak wszyscy się snujemy w domu, nic szczególnego nie robiąc, to może posiedzielibyśmy razem. Ale w niedzielę, jak się obudziłam, okazało się, że jest tak samo, wciąż czarno, smutno, źle. Nie byłam na włoskim w tym tygodniu w ogóle, nie miałam siły, nastroju, zasypiałam o 22, wykończona głównie rozmowami z klientami. Mi sento a terra - czuję się przybita, serio. I te durne teorie o spisku czy zamachu, które przedstawia m.in. Rydzyk...Jezu, dlaczego ludzie są tacy głupi? W głowie się to nie mieści.
Dość, nie chcę już oglądać tych łez, korowodów, czytać o trumnach pilnie zamawianych we Włoszech, pochówku na Wawelu, wypożyczaniu samolotów do przewiezienia wszystkich, identyfikacji 96 szczątków... Dość.
-------
Zrobiłam dzisiaj penne ze szpinakiem ;) Mniam. A w weekend chyba kura, może duszona w pomidorach? A może normalnie pieczona z jabłkami w środku? Zobaczymy.
ps. W przyszłym roku nastawialiśmy się na Neapol, Wezuwiusz, Pompeje- generalnie rejon Campania, ale Michał zaczął szukać... kampingów na Sycylii. No no, nie mówię nie!

piątek, 9 kwietnia 2010

Caltabellotta pozdrawia

Na pierwszych, po przerwie wielkanocnej, zajęciach Mauro nas zaskoczył- przywiózł z Sycylii cannileri, jest to nic więcej, jak jajko w cieście, co widać na załączonym zdjęciu z lekcji. Słodkie, czego można się było spodziewać, ale bez przesady- smaczne, ładne, no i pomysł z kształtem- to uszy zająca- boski ;) (chyba, że to nasz wymysł) Przy okazji Siciliano opowiadał nam, jak spacerując po Caltabellotcie z dziewczyną, spotkali Polaków. Żal. Uwaga dla wrażliwych, bo to będzie smutna historia. Bo oczywiście, kiedy tacy fajni ludzie są we Włoszech, to muszą spotkać infantylnych, ograniczonych, niedoedukowanych i głupich Polaków- a nie takich, z którymi można by było porozmawiać- o czymkolwiek. Ci spotkani właśnie, będąc w restauracji, nie wiedzieli nawet, co to PASTA, AGLIO odczytali jako jajko, zamawiali "latte maCZiato"... Ja wszystko rozumiem- a mianowicie, że można czegoś nie wiedzieć, można mieć jedynie elementarną wiedzę z jakiegoś tematu, ale jeśli jedziemy GDZIEKOLWIEK, to chyba czytamy coś na temat tego miejsca? Cokolwiek- nie tylko by gafy nie palnąć, ale po to, by wiedzieć. Bo jesteśmy ciekawi: świata, ludzi, bo czasem warto wiedzieć cokolwiek. A oni byli z tych, którzy nie wiedzieli NIC. Ucząc się z Mauro od jesieni ubiegłego roku, możemy wywnioskować, że jest niezwykle otwartym człowiekiem, więc zdaje sobie on sprawę z tego, że nie wszyscy tacy jesteśmy. Choć jakiś czas miał współlokatora-informatyka, który raczej gardził, niż lubił CZIANTI- przysięgam, że tak mówił.. No ale Mauro widocznie ma niespotykane (nie) szczęście do takich ludzi. Brrrrrrrrrrrrrrrrr. To nie są moi PRowcy, przysięgam.
Tak czy inaczej ciacho było bardzo dobre i podoba mi się, że mamy taką grupę, która godzi się na to, by czasem coś dobrego przynieść. Powoli przymierzam się do szarlotki...;) Może na moje imieniny? ;) ps. Z ciekawostek- gdy na pierwszej lekcji zapytałyśmy go, gdzie leży jego rodzinna miejscowość, odpowiedział " Na końcu świata" i to się zgadza, spójrzcie tu ;) Swoją drogą, zwiedzałam kiedyś Agrigento, aj, muszę tam wrócić, muszę zabrać tam Miszę.

środa, 7 kwietnia 2010

Majka movie

Filmowo ostatnio.. Bo oprócz Felliniego oglądamy też inne rzeczy, naprawdę ;) Raz na jakiś czas serwujemy sobie kolejny odcinek IV serii Soprano, a z długich metraży, to..cóż.. Po "Alicji" byłam na "Mistyfikacji" Koprowiczaz Dejfem (Michał nie mógł), niespodziewanie wygrałam wejściówki do Muzy. Poniżej oczekiwań, zdecydowanie, nawet Stuhr nie dał rady. Nudna opowieść o Witkacym, fatalny scenariusz, bardzo słabe aktorstwo (wyłączając Pszoniaka i Gruszkę, rzecz jasna). Prima Aprillisowo poszliśmy na "Parnassusa" Terry Gilliama (Muza, Nieprzyzwoicie Tani Czwartek za 5zł), 8/10, doskonałe aktorstwo, przemiana Tonych, którą zrozumieliśmy dopiero w domu po przeczytaniu na filmwebie, piękna opowieść, troszkę przewidywalna, ale na swój sposób magiczna (nie tak bardzo, jak "Kraina traw", jak Sajo zauważył), ale to jednak Gilliam. Dzień później Michał wybierał film i z okazji jego urodzin nie zgłaszałam nawet słowa sprzeciwu-powiedziałam, że zgodzę się na wszystko, więc niech wybierze spośród filmów, na które kręcę nosem zazwyczaj. Dobrze wykorzystał daną mu szansę- "Piraci z Karaibów". Otworzyłam piwo i czekoladki i.. juz po kwadransie wiedziałam, że to taki współczesny Indie Jones! Oczywiście Deppowi daleko do charyzmy Harrisona, ale naprawdę polecam jako odskocznię od ambitnego kina! Długo się przekonywałam do samego tytułu, a okazało się, że niepotrzebnie.No i polski akcent w postaci Farrela ;)
W sobotę zdecydowaliśmy się na film z listy "Must seen", tym razem "Wściekłe psy" Tarantino. Aj, Madsen, Buscemi,Keitel... 9/10, Tarantino nie zawodzi, uwielbiam go. A wczoraj..do Muzy wygrałam znowu wejściówki, tym razem na DKF "W samo południe" (1952) Zinnemanna, klasyka westernów, jea!
Ostatnimi czasy oglądam jedynie Felliniego i pochodne do mojej magisterki, więc "High noon" było oderwaniem się od eFFego problemów z kobietami..
10/10. Jak zauważył Misza-w tym filmie jest wszystko- problem solidarności niewielkiej społeczności (zawsze dużo mówimy, niewiele robimy), religijny, imigrantów (doskonała Katy Jurado, nagrodzona za tę rolę Złotym Globem), zazdrości między mężczyznami (a raczej niedojrzałego chłopca o to, że kolega jest mężczyzną), kłótni o kobietę, podziwu (młody chłopak, jako jedyny chce pomóc), kobiety, która kocha, ale nie chce (nie może) zrozumieć, że jej mąż musi bronić miasta, bo to jego powołanie...wszystko tam było plus świetna muzyka i absolutnie genialny scenariusz. Film doskonały, naprawdę! Dla tych, którzy nie wiedzą- to nie taki typowy western ;)
Z naszym ulubionym kinem na długo się nie rozstaliśmy, bo już w czwartek tam wrócimy na "Rewers" za 5 zł (bilety kupione tydzień temu :)
ps. W świąteczny poniedziałek wróciłam do biegania ;) ps.2 Sycylijskie wino zajebiste! 14,99zł w Biedronce, polecam! ;) Żurek trochę zbyt rozwodniony, ale po doprawieniu ok, a biała niemal idealna (delikatesowa, bo grubej nie było) ;)

sobota, 3 kwietnia 2010

Jemy, pijemy, malujemy

Tak, jutro nasza pierwsza wielkanoc w domu, tzn nie do końca, bo rano jedziemy do jednych rodziców, później do drugich, ale wieczorem będziemy już u siebie, a ja będę robiła pierwszy żurek i białą zapiekaną w piwie. Szczególnie, że w poniedziałek popołudniu wpadnie do nas Sajo, więc muszę ich czymś wykarmić ;) Trzymajcie kciuki, żeby wyszło, bo wydaje mi się zbyt proste.. Ostatnio rzuciłam wyzwanie fasoli po bretońsku i wyszła lepiej, niż się spodziewałam, choć jeszcze troszkę twardawa.. Ale gotowała się całą godzinę, więc uznałam, że chyba wystarczy- teraz już wiem, że najwyraźniej nie. No i najważniejsze z moich ostatnich dokonań- murzynek, specjalnie dla Michała, który miał wczoraj urodziny (teraz już oboje jesteśmy ćwierćwieczni..). Ciasto nie urosło, ale smakuje wybornie ;) Cały dzień malujemy jajka, które zaprezentuję pewnie jutro, hehe ;) Włoski akcent na wielkanoc? Kupiłam dziś wino sycylijskie ;) Ciekawe, hehe! A wracając do Saja, którego widzicie na zdjęciu poniżej, to jak już wpadł ostatnio z wizytą rowerem, to nie mogłam odpuścić zdjęcia z cyklu "U mnie czy u ciebie, czyli ja na twoim, ty na moim" i tak siedzę na rowerze, którego opona kosztowała więcej, niż cały mój peżocik, hehe, ale to ja mam zajebistą trąbkę-żabę ;) Oczywiście jedliśmy makaron z anchois, piliśmy tequilę i pogryzaliśmy słonecznik, jak zwykle ;)