piątek, 24 lutego 2012

Nawet Pędzel był na BYOB

Tydzień minął, a my nie wiemy nawet, jak i kiedy. Wszystko przede wszystkim za sprawą BYOB, czyli Bring Your Owner Beamer, która to impreza od późnej jesieni 2011 ma miejsce również w Polsce, dotychczas w Poznaniu (to druga edycja), a od tego tygodnia też w Krakowie, następnie w Gdańsku. Ze strony: "Wydarzenie polega na prezentacji prac za pomocą projektorów, tak by jednego wieczoru wykreować ulotną przestrzeń wystawienniczą.
BYOB skierowane jest do VJów, fotografów, autorów filmów, grafików oraz entuzjastów sztuki współczesnej. Artyści i kuratorzy poprzez zaskakujące pomysły projekcji na różnych powierzchniach na krótko kreują wizualną przestrzeń ujętą w kategoriach takich jak performance czy site-specific.
Pierwszą polską edycją jest BYOB Poznan zapoczątkowane 14.12.2011 r.
"

Główna.

Dawid Lesiak i Marek Straszak, kuratorzy wystawy, zaprosili Michała do wzięcia udziału w imprezie, na miejscu spotkaliśmy masę znajomych, więc wieczór był długi, a wszystko odbywało się w Głośnej, która jest jednym z moich ulubionych miejsc w Poznaniu. Zresztą nie tylko znajomych można było spotkać, ale i jednego z nauczycieli włoskiego oraz psa o imieniu Pędzel, który wszystkich lubi i łasi się, zupełnie jak kot. Widać go na zdjęciu. A ma nawet swoją stronę na Faceboku, ponieważ gdziekolwiek się zjawia, wzbudza silne emocje. Jest uroczy ;)

Wróciliśmy po północy, więc Michał miał utrudnione zadanie związane z rannym wstawaniem do pracy. O, słowo klucz. Miałam wczoraj rozmowę, do firmy CZ., biuro. Po weekendzie mają się odezwać. Ale pani nie wydawała się przekonana. Albo ja miałam taki dzień?

Z kolei wczoraj z połową duetu Liminów, o których wspominałam, byliśmy znowu w Muzie. Natalia nie mogła, więc reprezentował ją Marcin. Cóż, "Oslo, 31. sierpnia" to jeden z najlepszych filmów skandynawskich, jakie widziałam. Krótko: młody narkoman dostaje przepustkę na 1 dzień, bo ma rozmowę ws pracy, jego odwyk dobiega końca. Wszystko dzieje się w pięknym Oslo. Nic więcej nie powiem. Obejrzyjcie sami.Przez cały czas wydawało mi się, ze główny bohater grał w "Reprise" i nie pomyliłam się, mało tego - to ten sam reżyser, stąd klimat filmu, który uwiódł mnie natychmiast. Zdjęcia cudowne i choć obraz od pewnego momentu przewidywalny, nie przeszkadzało to, bo zrobiony był doskonale. 9/10, serdecznie polecam. A reżyser, Joachim Trier to podobno kuzyn TEGO Triera, ale filmy robi zupełnie inne.

Za tydzień w Nieprzyzwoicie Tanim Czwartku za 5zł "Debiutanci" o 19 i "Wymyk" o 21. Idziemy na ten pierwszy, co oznacza, że będę musiała urwać się z włoskiego... Tak, postanowiłam jednak się zapisać na ostatni semestr. Ostatecznie chyba znajdę pracę w biurze? Oby. Bo w takiej sytuacji do centrum handlowego iść już nie mogę. Ale wydaje mi się, że warto zainwestować oszczędności w ten włoski. Możliwe, że po wakacjach zacznę kurs niemieckiego. Uwierzycie: ja i niemiecki? Wszystko na to wskazuje. Zobaczymy, zobaczymy.



Parola del giorno: tornare a bomba - wrócić do tematu/sedna sprawy, przykład:

Capisco benissimo cosa vuoi dire, Marco, ma, tornando a bomba, vuoi dirmi cosa ne pensi del mio progetto?  È già piuttosto tardi!



sobota, 18 lutego 2012

Medicina Generale

Dzięki zaprzyjaźnionej blogerce znalazłam, jak napisała ona sama "włoską wersję ostrego dyżuru", właśnie jestem po pierwszym odcinku, który Wam polecam. Link do serialu. Oczywiście do wersji z Clooneyem się nie umywa, ale dobre na odmóżdżenie, lepsze od nudów tylko o miłości, no i dzięki temu ćwiczymy język, czyż nie? W ramach tego ostatniego obejrzałam wczoraj "Tre metri sopra il cielo", hit, o którym nie słyszałam. Historia jest, hm, prosta, naiwna, do przewidzenia? Ona z dobrego domu, on z gangu motocyklistów. Sami domyślcie się reszty. Nie myślcie o mnie źle. Ja się uczę włoskiego, pamiętacie?
Zostańmy chwilę przy włoskich filmach: bracia Traviani otrzymali dzisiaj Złotego Niedźwiedzia w Berlinie za film na podstawie "Juliusza Cezara" według Szekspira. Więcej przeczytacie TU. Trailer wygląda dość słabo, ale oczywiście obejrzymy, a zwiastuny są często mylące!

Dużo ostatnio czytam po włosku, ale głównie artykułów. Mam swoich kilka książek po włosku, do których się zabieram, bo do biblioteki Dante Alighieri chwilowo nie mam dostępu ze względu na przerwę semestralną. A czy będę kontynuować naukę...? Jeśli dostanę pracę, to tak. Wszystko na razie wygląda na to, że będę musiała zrobić przerwę ;( Wracając do artykułów... Codziennie coś czytam, rozwiązuję testy, czy spoglądam na teksty utworów, nie wspominając o słuchaniu codziennie Radia Capital, czy oglądaniu filmów we włoskich wersjach językowych, ale czytanie w internecie jest raczej na szybko i ma na celu naukę wyciągnięcia sensu z kontekstu. W większości przypadków mi się to udaje (odpuszczam tekstu stricte ekonomiczne), jednak 2-3 razy w tygodniu drukuję sobie wybraną rzecz i pracuję nad tekstem, czyli przy drugim czytaniu podkreślam słowa nowe, a przy trzecim szukam ich w słowniku. W ten sposób nadrobiłam m.in. tekst nauczyciela z Dante, Mauro Cateriny. Dotyczył protestów związanych z ACTA. I właśnie nim chciałam się z Wami podzielić. Przeczytajcie: Polonia, la rivolta del web

Poza tym, polecam blog Julii Wollner. Ostatnio pisała o tym, jak trudno przeprowadzić rozwód we Włoszech. Aż trudno uwierzyć, że separacja musi trwać minimum 3 lata!



Parola del giorna: appiccicoso - lepki, klejący, przykład:

 I dolci che ho comprato in panetteria sono troppo appiccicosi e adesso le mani sono sporche!  Come mai mettono tutto quel miele sopra?  Mi fanno sempre sporcare!



środa, 15 lutego 2012

Wczoraj byłam na Salinie


Dużo filmów u nas ostatnio. Cóż, coś trzeba robić, gdy pracy nie ma. A skoro jesteśmy w temacie... Pani dzisiaj napisała z firmy Decoratum, że wybrali kogoś innego, a mnie dziękują. I ja podziękowałam, za informację. Przynajmniej wiem, że nie mam czekać. Heh. Trudno.
Więc oglądam, czytam, piszę, piłuję trochę włoski, wysyłam CV. I z każdym dniem czuję się coraz bardziej bezużyteczna.

W czwartek byliśmy z Liminami (Natalia i Marcin, niezwykle sympatyczni ludzie. Znamy się od dawna przez znajomych, ale nigdy nie było nam po drodze... Teraz to nadrabiamy) na "Niebezpiecznej metodzie". Cóż, bardzo średni film, nie polecam. Wszystko psuje przede wszystkim Keira Knightley, czyli pseudoaktorka, czy aktorka-drewno. Okropności, naprawdę. Sam temat, czy raczej starania ujęcia go... takie to wdzięczne: psychoanaliza, konflikt Junga i Freuda. Naprawdę nie można było ciekawiej? Aktorzy średnio dobrani. Właściwie tak niewiele rzeczy mi pasowało w filmie... Zbyt zdawkowo wszystko ujęte, Jung tak nie mówił, Freud się tak nie oburzał i w ogóle wszystko źle. A może za dużo czytałam na ten temat i nie mogę się zgodzić na wizję reżysera, ponieważ nie pokrywa się z moją? Wynudziłam się. A! Jeszcze jedno. Skoro został poruszony temat analizowania snów, to dlaczego tak zdawkowo? Mogli go zupełnie pominąć w takiej sytuacji. 

Wypiliśmy z Liminami piwo w Głośnej i ruszyliśmy do domu, gdzie nieoczekiwanie odkryłam w telewizji (!) film, o którym jakiś czas myślałam."Sekret jej oczu", nagrodzony Oskarem chyba 2 lata temu (a może rok?), argentyński. Dłużyzny. Temat znany, czyli pracownik prokuratury na emeryturze rozlicza się z przeszłością. Dobrze zagrany, ale nie porwał scenariusz. Duży plus za zakończenie. Tego się nie spodziewałam. Warto więc obejrzeć, by dowiedzieć się o ciekawej karze w tym przypadku.

W weekend wróciłam do "Rzymskich wakacji". Michał po raz pierwszy oglądał i skwitował wszystko "babskim kinem", bo nie kocha tak jak ja Audrey! Mam duży sentyment do tego filmu. I do G. Pecka również, przyznaję. O Rzymie nie wspominając... Może faktycznie nie przetrwał próby czasu, skoro kiedyś oceniałam go wyżej?

Walentynki obchodzimy średnio, by nie powiedzieć, że wcale. No ale dobrze, był kwiatek, Chianti, upiekłam babkę cytrynową i obejrzeliśmy "Il postino" (celowo oryginalny tytuł, bo polski jakoś nie brzmi tak ładnie). Och, jak tam pięknie na wyspie Salinie! Należy ona do wysp Liparyjskich, a zamieszkuje ją 2500 mieszkańców. Musi być spokojnie. Uroczy film, dobrze zagrany, prosty, ale nie naiwny, ani trochę kiczowaty, choć może odrobinę na granicy - niewiele brakowało, moim zdaniem. Piękny scenariusz napisał Massimo Troisi, który w filmie zagrał główną rolę. Wyczytałam, że zmarł przed premierą filmu.

A dziś nadrobiłam polskie kino, którego nie lubię (uwaga: Polański nie bierze udziału w tworzeniu polskiego kina), "Dzień świra" Koterskiego i mile mnie zaskoczył. Jakie to wszystko nasze, jakie to polskie, jakie prawdziwe... I Kondrat jaki młody.Tradycyjnie wycięłabym 50% wulgaryzmów. Ja też przeklinam, prawie każdy z nas, ale bez przesady. To mnie najbardziej drażni w polskim kinie.

Trwa Tydzień Skandynawski, a w Muzie duńskie filmy, więc jutro do kina! Za tydzień zresztą też, bo będzie skandynawski czwartek za 5zł.



Parola del giorno:  la spina - kolec/cierń, przykład:

Attento a quelle rose!!!  Le spine sono molto appuntite e rischi di tagliarti!



niedziela, 12 lutego 2012

Tata mors

Dziś o bieganiu ;)

W poniedziałek przebiegłam 2 km w ramach rozgrzewki, a potem przeplatając z marszem 3 km. Bez bólu piszczeli, ale trudno się oddychało z uwagi na temperaturę (-15). Wróciłam różowiutka ;) Ale i szczęśliwa, bo bez bólu.
W czwartek zwiększyłam nieznacznie kilometraż (2 km rozgrzewki 4,2 km), ale też trochę z marszem. Tym razem z powodu obfitych opadów śniegu, który trochę zaskoczył, bo już byłam pewna, że nie spadnie ;) Biegłam około południa, w lesie, w większości miejsc byłam tam pierwsza tego dnia, więc zanurzałam się w 10-15 centymetrowej pokrywie. Nie był ubity, więc naprawdę nie było łatwo, a dwa podbiegi 40-metrowe okazały się wyzwaniem przy takiej aurze. Ale biegam teraz bez zegarka (na pewno do końca lutego, co dalej - zobaczymy). Wszak zimą nie biegamy na czas, a ćwiczymy siłę biegową na śniegu ;) Poza tym wciąż mam ok 30% marszu podczas treningów, więc nie chcę się niszczyć słabymi czasami. Chcę wystartować z poziomu 6:40 min na kilometr ;)
W niedzielę, czyli dziś, przypadł (albo powinien przypaść) tzw długi bieg, co zimą oznacza tak naprawdę minimum godzinę treningu, a powinno być dłużej, ale nie chcę przesadzać. Poza tym nie czułam się dzisiaj dobrze i ostatecznie wyszło 5km, z czego ok 35% marszu, bo znowu bolały mnie piszczele. Jeśli jutro będzie ok (czuję teraz lekki dyskomfort w okolicy kości piszczelowych), to odrobię ten długi trening i rzucę się na 8 kilometrów, a jeśli nie, to normalnym trybem będę biegała w przyszłym tygodniu, czyli od wtorku. Nic mnie nie goni, do maratonu w Poznaniu zostało 8 miesięcy, a plan pod ten start chcę rozpocząć w marcu. Ze spokojem. Tymczasem cieszę się tym, co jest, bo za chwilę będzie +2 stopnie i obleśna plucha. Teraz nie tylko można normalnie oddychać, ale i biegać. Czasem trzeba uważać, by się nie przewrócić, ale wszystko lepsze od wiatru i deszczu... Naprawdę jest ciepło. Przy -10 zakładam koszulkę z krótkim rękawem i bluzę. Jak wieje, dokładam wiatrówkę. Naszyję buffka, którą podciągam na policzki, ściągając ją z nich po 10 minutach, na głowę czapka. W rękawiczkach wybiegam, ale około 2.kilometra je zdejmuję, bo jest mi gorąco (robię tak tylko do -10). Spodnie do biegania na mróz. I tyle. I jest naprawdę ciepło! Wiem, że 2 lata temu nigdy bym w to nie uwierzyła... Och, uwierzcie, najważniejsze to się przełamać, jeśli chodzi o wyjście z domu. A dalej to już jak z płatka.

Z ciekawostek: mój ojciec został dzisiaj morsem, w Kiekrzu. Szaleństwo. Temperatura powietrza -12 stopni. Zdjęcia załączam. Tata jest szczęśliwy, nie widzi nic dziwnego i zaskakującego w tym, co dzisiaj uczynił i już się z klubem morsów umówił na kolejną niedzielę.




Parola del giorno: l'ala (plurale: le ali) - skrzydło, przykład:

La mia parte preferita del pollo è l’ala. La mangio sempre per prima, mi piace molto perché è molto croccante.




piątek, 10 lutego 2012

Najlepsza pizza w Poznaniu - Bar a Boo!

Jestem, żyję i mam się dużo lepiej, niż po poprzedniej rozmowie ;)
Było bardzo sympatycznie w firmie D. (tej od rolet) i mam nadzieję na dalsze spotkania ;) Wydaje mi się, że wywarłam dobre wrażenie, dobrze nam się rozmawiało (Z prezesem i kierowniczką). Wierzę, że oni odnieśli podobne wrażenia i zadzwonią, ale na to muszę poczekać. Nawet 2-3 tygodnie... Nie pozostaje mi nic innego, jak w dalszym ciągu wysyłać kolejne oferty, a w międzyczasie czekać. Trzymajcie kciuki.

Zalegam z opowieściami o jedzeniu! Najpierw o Bar a Boo na Taczaka 11. Nowa (od kilku tyg.) pizzeria. Poszłam tam po raz pierwszy z dziewczynami z grupy włoskiej po teście (zaliczyłam, ale na połowę, jak pisałam. Liczę na poprawę następnym razem). Na ten pomysł wpadła nasza niezawodna nauczycielka, która odkryła miejsce kilka dni wcześniej. Nie przesadzam: zjecie tam najlepszą pizzę w Poznaniu! Ciasto idealnie cienkie, ale się nie rozwala, dodatki takie, jak powinny być, mamy do wyboru 10 rodzajów pizzy, więc nie znajdziecie tam takich kwiatków jak pizza kebab itp. Ale najważniejsze: mają piec opalany drewnem! Menu nikt nie przynosi, tylko wisi przy piecu na wielkiej tablicy. Ceny nie są rozsądne, są niskie (Margharita za 9,90zł!), no i żadnych rozmiarów pizzy (mała, duża, rodzinna), tylko jedyny, słuszny. Nie polewają jej olejem, więc każdy ze spokojem zje całą - zawsze mam w Polsce wrażenie, że pizza jest tłusta... Ktoś stwierdził, że margharita trochę za sucha, ale ja nie mam do czego się przyczepić. No poza kilkoma błędami (literówkami) w menu... Ale już dobrze, dobrze. Nie narzekajmy, bo są cudowni. Obsługa cudowna, piwo tanie (Carlsberg z kija 0,5l za 6zł, ale jeśli będzie z kilkoma osobami, bardziej opłaca się DZBAN PIWA za 15zł, który ma pojemność 1,5l). Jeśli utrzymają ceny i jakość, to będzie pięknie! Chciałabym poznać właścicielkę, bo jest tam kilka włoskich detali, które zna i wdraża w życie tylko ten, kto we Włoszech był i rozumie klimat wokół włoskiego jedzenia ;) Ale jednocześnie... sorry, nazwa totalnie nietrafiona, nie zostaje w pamięci. To jedyny zarzut. A teraz biegnijcie tam na pizzę!

Dwa dni później z Michałem świętowaliśmy nasze pięciolecie, wybraliśmy się z tej okazji do Estelli. Na przystawkę wzięliśmy małe carpaccio, żeby w końcu je spróbować. Oczywiście uwielbiam, nie mogło być inaczej... Michał zdecydował się na lasagnę, która okazała się niezwykle delikatna i niepozorna, bo bardzo syta. Ale wszystko tak idealnie zgrane, jeśli chodzi o smak, że... aj, nigdy takiej nie zrobię, to niemożliwe.
Ja zdecydowałam się na Conchiglioni Scampi, czyli duże muszle makaronowe z krewetkami w sosie pomidorowym. Bardzo dobre, oczywiście, ale pierwszy raz jadłam te muszle i zbyt wygodne nie są, tzn za małe, by kroić nożem, a za duże, by w całości włożyć do ust, zachowując się przy tym jak człowiek. I chianti do tego. Na deser już miejsca nie było, mimo szczerych chęci. W Estelli karmią cudownie i do syta.

Kilka dni później do Poznania przyjechała Agata z Warszawy, z naszych studiów. Zaproponowałam wszystkim jako miejsce spotkania Bar a Boo. Było znowu smacznie i sympatycznie. Tak się zasiedzieliśmy, że drugi raz zamówiliśmy pizzę ;) Pstryknęłam zdjęcie kawałka pizzy Agaty i pana z obsługi z kucharzem ;) W tamtym tygodniu bardzo się najadłam, to prawda...




Parola del giorno: pernottare - spędzić noc, przykład:

Mia moglie non vuole pernottare in questo albergo!  Crede che sia un posto orribile e sporco, ma che cosa possiamo mai trovare adesso a mezzanotte!?!  Che palle!



poniedziałek, 6 lutego 2012

Jemy pizzę i oglądamy filmy

Trochę ostatnio obejrzałam, ale napiszę o wybranych. Dokument "We feed the world" polecam właściwie wszystkim. Choć trochę mnie rozczarował, bo swego czasu było o nim głośno, to jednak dobrze mieć te wszystkie informacje w jednym miejscu. Liczby o głodujących ludziach czy o ofiarach głodu robią wrażenie. Sceny z ubojni czy z kurczętami na taśmie produkcyjnej również. No i niezrozumiałe dla mnie wycinanie lasów amazońskich stało się jasne. Ale zszokował powód i jego konsekwencje.

W końcu wybraliśmy się do kina, po długim czasie "odwyku". Na "Rzeź". Nowy Polański nie powala na kolana, ale jest oczywiście solidnie zrobiony i mistrzowsko zagrany. Trudno wskazać, kto wiedzie prym, bo każdy z czterech aktorów zagrał tu doskonale. 8/10, bo mimo wszystko to Polański. I jednak dla mnie lepiej zagrały kobiety, czyli Foster i Winslet. Dla mnie trochę zbyt duszny jednak, ale ja nie lubię filmów, w których się dużo krzyczy. A jeśli chodzi o zamysł, to uwielbiam - to znaczy zamknąć w jednym pomieszczeniu kilka osób. Piękne. Ale bardziej mi się podobało to  w "Linie" Hitchcocka. Tyle o tym filmie pisano, że nie będę Was zanudzać. Obejrzeć! Wiecie, ja uwielbiam Polańskiego i już czekam na jego kolejny film. Ma być podobno o Hollywood.

Wróciłam wczoraj do "Bezsenności" z absolutnie mistrzowskim Alem Pacino. Christopher Nolan tak nakręcił ten film, że po jego obejrzeniu jesteście naprawdę zmęczeni. Albo to Pacino tak zagrał tego zmęczonego? Bardzo lubię ten film. I zawsze po nim myślę, żę jednak boję się trochę Alaski i tych białych nocy.

A dzisiaj obejrzeliśmy "Dwunastu gniewnych ludzi" Lumeta z 1957 roku. Oj, cóż to za kino! Jakie charaktery! Pamiętajmy, że nie zawsze coś jest czarne lub białe, że trzeba brac poprawkę na wszystko. Do głowy przychodzi sprawa zabójstwa malutkiej Madzi, o której wszyscy wiemy. Nie możemy być pewni w tej chwili, co się naprawdę stało. Możemy przypuszczać, ale po co wydawać wyroki choćby przed sekcją zwłok? Ok, Lumet zrobił świetny film, nadróbcie, jeśli nie znacie.

W czwartek w Muzie za 5zł "Niebezpieczna metoda" o 18:15. Wybieramy się, bo film podobno słaby, ale ze względów magisterskich i nie tylko (Jung i Freud jednak) mnie interesuje, więc można do kina iść, prawda? Nie przegapcie, jeśli się czaicie.


Wczoraj był u nas Wojtek, z którym długo się nie widzieliśmy i przyniósł nam białe wino, które okazało się idealnym do dzisiejszej pizzy z owocami morza.

Przepis Agnieszki Gabor na ciasto jest taki:

1,5 szklanki mąki
0,5 szklanki mleka
0,25 szklanki oleju
sól, proszek do pieczenia

Zagnieść i w chłodne miejsce na min pół godziny.

Dalej nasz przepis:
W międzyczasie podgrzać puszkę pomidorów, żeby były dobrze odparowane. Po około 10 minutach wrzucić małą cebulę pokrojoną jak kto lubi i 2-3 ząbki czosnku. Sól, pieprz i zioła - według uznania.Zazwyczaj robimy z salami lub jakąś szybką, a dzisiaj kupiliśmy owoce morza w Biedronce. Mix za 6.95zł. Krewetki, małże, kalmary, ośmiorniczki, 200 gr. Na zdjęciu widać zawartość, mała miseczka, ale wystarczająca, by dać smak i aromat.
Rozmroziłam, podsmażyłam 5 minut na patelni, posoliłam. Pizzę rozwałkowujemy, nakładamy na blasze, dziurkujemy widelcem. Wylewamy sos pomidorowy, rozcierając po brzegi. Na to starty ser. Na to owoce morza i garść czarnych oliwek. Znowu trochę sera. I na 200 stopni na około 20 minut. Proste?


Parola del giorno: l'impronta - wrażenie, przykład:

Il genio di Caravaggio ha lasciato un’impronta sull’arte, non solo in Italia, ma in Europa. Le sue influenze sono ben visibili nelle opere di Rembrandt e di Velazquez.


środa, 1 lutego 2012

La speranza é l'ultima a morire

Nie będę ukrywała, jak było. Straszny dół. Dlatego nie pisałam.

W niedzielę poświęciłam na tę niby-prezentację 2h, naprawdę się przygotowałam. Chodzi o firmę Naturfarm (teraz już mogę to napisać). Tym razem rozmawiałam z szefem, nie było mniej przyjemnie, było strasznie. Nie przywitał się, zaczął bez pozwolenia przeglądać moje rzeczy, następnie pytał o to, co było w CV, wciąż mi przerywając tekstami typu "Ta historia mnie nie interesuje", "To nie podstawówka", "Nie przygotowała się pani" - tu nie wytrzymałam (Zaczął mnie wypytywać o rodzaje stetoskopów. Nie firmy, które znałam, ale rodzaje!) i zapytałam, czy to egzamin, bo miałam przygotować porównanie 10 produktów Naturfarm z produktami konkurencji. Gdyby dali mi jakieś materiały, wiedziałabym, że mam się tego nauczyć, ale miałam znaleźć wszystko sama, wybrać sama 10 produktów. Pełna dowolność, dzięki którego miałam wykazać samodzielność, a tak przynajmniej myślałam. Dupek. Oczywiście powiedziałam, że absolutnie nie chcę podejść drugi raz do tego zadania, bo za nic nie zgodziłabym się na pracę w takiej atmosferze. Był tak chamski, że nie podałam mu ręki na koniec. Sam jej nie wyciągnął. Chyba pierwszy raz spotkałam się z tak wrogim nastawieniem. Od początku. Masakra. Wychodząc miałam chęć kopnąć jego pieprzonego Lexusa.
Z tego wszystkiego się poryczałam, jak wróciłam do domu, do Michała. Z bezsilności i niczym nieuzasadnionej złości, którą ten facet skierował w moją stronę. 

Byłam tak załamana i zniechęcona do wszystkiego, że mało brakowało, żebym odwołała wtorkową rozmowę w Start People (też już mogę pisać). No ale pojechałam. Okazało się, rzecz jasna, że to spotkanie w firmie rekrutującej, co wiedziałam, ale myślałam, że jednak u nich mam pracować. Pani zdradziła tylko, że ich klient poszukuje kogoś do biura obsługi klienta (sprzedają rolety, przyjmowanie zleceń, przekazywanie ich dalej, kilka rozmów dziennie w języku angielskim itd), praca od pon-pt, umowa o pracę, młody zgrany, otwarty zespół. Tylko tyle wiedziałam. Pani Sylwia, przeprowadzającą ze mną pierwszą rozmowę, trzymała mnie 1,5h! W tym był 20-minutowy test na znajomość Excela (poziom średnio zaawansowany) oraz test z angielskiego (40-minutowy), do tego krótka rozmowa po angielsku. Excel bardzo średnio, więc po nim juz właściwie wychodziłam, gdy pani Sylwia zapytała, dlaczego jestem taka przygnębiona. Powiedziałam, że szukam pracy już od 1,5 miesiąca (poprawiła, że to "DOPIERO"), opowiedziałam o wcześniejszej rozmowie i że w ogóle myślałam, że będzie łatwiej. Nie liczyłam na nic, naprawdę. Pocieszyła, wysłuchała. Miła ta pani. A dzisiaj zadzwoniła, że rozmawiała z klientką i przekonała ją, żeby ze mną porozmawiała. Mam rozmowę ws pracy już na miejscu, w firmie, w środę w południe! Nawet nie wiecie, jak mnie to podniosło. Chyba jej wyślę czekoladę, jak już dostanę pracę! Prawie od razu przebrałam się i mimo 10 stopni mrozu przebiegłam 5km w lesie. Pierwszy raz od dawna bez bólu piszczeli. Czyżby było to spowodowane również stresem?

No właśnie. Michał doczytał gdzieś, że ludzie, którzy mają słaby przepływ krwi w nogach i noszą specjalne uciskowe pończochy (jak ja), przez to mają słabiej dokrwione kończyny dolne, więc dłużej się rozgrzewają. Dlatego ból mijał zawsze po 4 kilometrze. A moje pończochy są zawsze na rok i w okolicach listopada minął rok, trochę zwlekałam z zamówieniem nowych (300zł), a potem się okazało, że trzeba wyjątkowo czekać 4 tygodnie. Mają być w tym tygodniu. Jestem dobrej myśli. Trafiam też na złych ludzi, ale od razu ich eliminuję ze swojego życia (patrz: poniedziałek) i chwilę później poznaję kogoś, kto daje nadzieję. A w ogóle to pani Sylwia biega i mówiła, że spotkamy się na półmaratonie i maratonie ;)
Tymczasem wciąż wysyłam CV, wciąż czekam na telefony ;)
 
Idę do Michała, na film.


Parola del giorno: sperare in - mieć nadzieję na, przykład:

Cerco un nuovo lavoro da sei mesi e non sono ottimista.  Spero in una risposta…ma non c’è ancora nulla di nuovo all’orrizonte!  Odio il mio lavoro e vorrei tanto cambiare!