piątek, 30 grudnia 2011

Pocztowe skarby

We wtorek wyjęliśmy ze skrzynki tajemniczą przesyłkę, z nieznaną nam miejscowością na pieczątce. Po cichu oboje podejrzewaliśmy, że to od Dominiki. Pamiętacie dziewczynę, która napisała do nas przez Couch Surfing? Spójrzcie, zrobiła dla nas kota (jak ja mam go zjeść?! Na razie leży na półce, skąd obserwuje Bajkę) i aniołka. Piękna niespodzianka, tak się cieszymy, gdy ktoś o nas pamięta, gdy daje o tym znać w taki sposób. Bardzo dziękujemy, pozdrawiamy - teraz wiem, że tu zaglądasz ;) Wrzucam jeszcze zdjęcie z Dominiką, które Michał zrobił w sierpniu, podczas naszej objazdówki po Poznaniu. Tu akurat niemal pod naszym blokiem, bo nad Maltą jesteśmy, zależało nam na kaczkach w tle, rzecz jasna.

Tydzień upłynął leniwie, czytamy, nadrabiając zaległości czytelnicze i cieszymy się, że nie ma zimy, chociaż Michał narzekał trochę, że święta mogłyby być białe. No ale nie były, nad czym specjalnie nie rozpaczam. Przynajmniej możemy w weekendy wciąż jeździć rowerami, a w ogóle to biegam bez rękawiczek - wciąż brak mrozu ;) Poza tym oglądamy filmy, a sporo nadrobiliśmy ostatnio, by wspomnieć choćby Hitchcocka : Starsza pani znika (1938 rok!), Osławiona (1946, ♥ Cary Grant), czy Manhattan Allena. A z włoskich rzeczy? W końcu nadrobiliśmy  Ladri di biciclette Vittorio de Sici z 1946 roku. Cudowny, przejmujący film. Zresztą wszystkie te wymienione to klasyki, które w końcu nadrobiliśmy. Ale Złodzieje Rowerów zaskoczyli mnie bardziej, niż się spodziewałam. Kto nie widział, niech nadrabia, akcja jest w Rzymie. Między tymi dziełami obejrzeliśmy jednak mini serial, już wielokrotnie nagrodzony, z Kate Winslet i Guyem Piercem w rolach głównych. Mildred. 5-odcinkowa opowieść, Ameryka lat trzydziestych ubiegłego wieku, od Mildread odchodzi mąż, zostawia ją z  dwiema córkami. Wcześniej nie pracowała, myśli nad własnym interesem. Więcej nie zdradzę, ale przeżywałam wszystko z główną bohaterką. Jestem na to dość podatna, przyznam, ale dawno nikomu tak nie kibicowałam, oglądając film/serial. Dla mnie 10/10, a Kate zagrała poza skalą.

Nie wiem, czy wystarczy mi czasu jutro na podsumowanie i plany (jak zwykle obszerne i jak co roku zrealizuję połowę, ale zawsze konsekwentnie plan spisuję; przynajmniej to się nie zmienia ;), więc w razie czego życzę Wam wszystkiego dobrego, niech będzie lepiej w przyszłym roku. Spotkajmy się tu za rok w takim zdrowiu, jak dzisiaj.


Parola del giorno: fastidio- nuda, wstręt, odraza, łączymy z dare fastidio a, przykład:

Mi da fastidio quando la gente stupido prende il mio tempo.


wtorek, 27 grudnia 2011

Babbo Natale ricordava!


We wtorek zadzwonili z Carry i zaprosili na rozmowę ws pracy, na środę. Niezwykle sympatycznie. Średnie warunki finansowe, jak na taką pracę, ale oferują umowę o pracę, a to dla mnie najważniejsze- ubezpieczenie, emerytura, normalny urlop itd. Bardzo miła pani zapytała, jak długo chcę u nich pracować, bo oni szukają kogoś na stałe. Zadała pytanie po omówieniu moich studiów i 4 lat pracy w biurze w firmie Remondis Sanitech. Odpowiedziałam "Nie będę ściemniać, widzi pani moje CV", zasugerowałam, że nie brałam pod uwagę, że dłużej niż rok. Nie było co kłamać, bo jak mam powiedzieć, że to praca marzeń i jednocześnie wyjść na wiarygodną? Postawiłam na szczerość. Bo jestem głupia i naiwna i wierzę, że to popłaca. W piątek mieli dzwonić. Oczywiście nie zadzwonili. Nie dziwię się, ani trochę. Szukam dalej, wysyłam dalej.
Jeśli do końca stycznia będzie tak, jak jest, to wtedy się rzucam na cokolwiek w centrach handlowych, jako na pracę marzeń.

Tymczasem kończę pierwszy rozdział pracy magisterskiej, chcę wysłać go jeszcze w tym roku. Z pewnością będzie milion poprawek i tysiące uwag. Już się boję, heh.

A święta? Piękne, jak zawsze i bardzo rodzinne. Żeby było sprawiedliwie, w tym roku odwróciliśmy kolejność odwiedzin. Wigilię spędziliśmy u rodziców Michała, a wczoraj po śniadaniu przyjechali po nas moi rodzice, z którymi zjedliśmy obiad i spędziliśmy popołudnie. Wieczór był już u nas, podobnie dziś. Leżymy z książkami, czekoladą, pistacjami, słuchając jazzu. Czasem przerywamy to filmem, karpiem, barszczem lub kompotem z suszu. I dużo wina do tego. Pod choinką znaleźliśmy oboje książki (nie tylko na zamówienie) i inne, bardziej zaskakujące rzeczy ;) Do domu wróciliśmy z robotem kuchennym, co oznacza, że w końcu będę mogła zrobić dla Michała sernik oraz domowy pasztet, który uwielbia. Cudownie ;)


Parola del giorno: Babbo Natale - św. Mikołaj, po poznańsku Gwiazdor ;> przykład:
 
Quand’ero piccolo credevo a Babbo Natale, sebbene sapessi che i soldi per i regali fossero dei miei genitori. Insomma…vedevo Babbo Natale come una sorta di pony express che lavorava per i genitori di tutti i bambini del mondo.



niedziela, 18 grudnia 2011

James Stewart, you're time is up

No, miałam dużego doła w czwartek. Wieczorem się dobrze najadłam, długo rozmawiałam z Michałem. W piątek wstałam, zjadłam duże śniadanie i popijając kawę, wysłałam kolejną porcję CV. Lepiej mi, przespałam się z tym, przetrawiłam. Przecież to nie była żadna poważna praca, a coś na chwilę. Nic się nie stało. Szukam dalej, a w perspektywie nic strasznego- Urząd Pracy, a to oznacza różne kursy, szkolenia, a nawet zasiłek, o którym zupełnie zapomniałam! Jakoś to będzie. 
Dziękuję wszystkim za maile ze wsparciem- nie wyobrażacie sobie, jak podnosi na duchu taka wiadomość po dość depresyjnym wpisie!

W tę potwornie wietrzną niedzielę zrobiliśmy sobie długi spacer- mamy choinkę i karpie. Na obiad było canneloni z mięsem w sosie pomidorowym, a po nim pyszna kawa i ciasteczka kakaowo- kawowe z tego przepisu! Pogoda straszna, ale ponieważ jeszcze nie biegam, postanowiłam się zmęczyć w ten sposób i pomyślałam, że może spacer w takich warunkach tak mnie wykończy, że uda się zasnąć?
Dzisiaj o filmach będzie.

Nadrobiliśmy ostatnio "Infiltrację" Martona Scorsese (2006) z plejadą gwiazd (m.in. Sheen, Damon, DiCaprio), który serdecznie polecamy. 8/10. Bardzo dobre sensacyjne kino. Szkoda, że u Scorsese wszystko kończy się źle... Ale nie może być zawsze dobrze, prawda? Film jest długi (2,5h), ale zupełnie się tego nie odczuwa. Dobre kino na sobotę.
 
Dotarliśmy też finalmente do "Nothing personal" ("Nic osobistego" z 2009) Urszuli Antkowiak. Pochodzenie reżyserki może być mylące, bo film nie jest polski, nie był tu kręcony, ani nie grają w nim polscy aktorzy- wszystkiemu dopiszmy: NA SZCZĘŚCIE. Kilka rzeczy mnie w nim zdenerwowało, ale to wynika tylko i wyłącznie z tego, że jestem ograniczona i muszę mieć pewne rzeczy podane. I tak: wiemy, że główną bohaterkę spotkał jakiś dramat, że była mężatką. Możemy się domyślać, a domysłów jest milion. Wiemy, że główny bohater choruje i znowu możemy się domyślać, czy tylko depresja, czy coś jeszcze (atak, który miał, mógł być równie dobrze atakiem paniki). Wiemy, że miał żonę i dziecko, ale co się z nimi stało- to już zagadka. A ja mam taki problem, że lubię wiedzieć, jaka jest historia bohaterów, których losy oglądam. A poza tym "Nothing personal" to smutas, idealny na obecną porę roku (nie wiem, czy mogę ją nazywać zimą?), warty obejrzenia, mimo wszystko. Dla odmiany po "Infiltracji"- trwa około 80 minut.

A wczoraj udało się obejrzeć "Vertigo" Hitchcocka z 1958. Aj, jak zawsze świetny James Stewart, do tego Kim Novak i atmosfera, którą potrafił zbudować tylko AH. Warto! Jak to często bywa w przypadku arcydzieł- za takie zostają uznane po latach. W chwili premiery "Vertigo" nie miało zbyt przychylnych recenzji. Alfred Hitchcock tak się wkurzył komercyjną porażką filmu, że obwinił za nią Jamesa Stewarta, twierdząc, że wyglądał w filmie za staro i postanowił nigdy więcej go nie zatrudniać- musicie wiedzieć, jeśli nie widzieliście dużo filmów AH, że do "Vertigo" Stewart był jednym z ulubieńców Hitchcocka. Cóż, geniusze tak mają...?

No, a teraz czas na owsiankę z cynamonem i miodem. Z otrębami i zarodkami. Coś jeszcze tam zmieszczę?
 

Parola del giorno: incantevole - uroczy,  przykład:

Dal terrazzo di Stefania si vede un panorama incantevole di tutta Napoli.


Dobranoc ;)



czwartek, 15 grudnia 2011

Nieaktualne

Zadzwoniłam dzisiaj do salonu meblowego, by potwierdzić szkolenie jutro (wzięłam urlop).

Usłyszałam, że to nieaktualne.
No jasne. Szkoda tylko, że nie zadzwonili wcześniej- podejrzewam, że zdecydowali się na kogoś
dyspozycyjnego "od zaraz".

Nawet nie mogę biegać- ledwo chodzę (kuleję) od wtorku. Na obie nogi. Szkoda słów. Nie mam jak się wyżyć nawet.
Na włoski nie miałam siły iść, z tej złości. Bez sensu ten kurs w tym roku, opuściłam
masakryczną ilość zajęć. Nie jestem w stanie tego nadrobić. Bez sensu wszystko.

Zaczynam kolejną wycieczkę po centrach handlowych, kawiarniach. Wezmę cokolwiek. Żeby tylko
nie siedzieć w domu od stycznia, błagam.


Nie ma parola del giorno na dziś.
Sick & tired,  idę się najeść i spać.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Spokojniej

Króciutko dzisiaj, bo wpadłam w trans pisania pracy magisterskiej ;)
Rozmowa w sprawie pracy- czwartkowa, w salonie meblowym- okazała się najdłuższą w moim życiu, bo trwała 40 minut. Od razu zaprosili mnie na szkolenie. Fajny szef, fajny zespół, umowa o pracę, dość dobrze płacą- same pozytywy? Nie same, bo praca jest po 10h, od poniedziałku do niedzieli. W tym 2 dni wolnego, z czego na weekend przypadają co 3. tydzień. Cóż, długo tak nie wytrzymamy z Michałem, bo zapomnimy, jak ze sobą rozmawiać, ale wolę to niż nic. Teoretycznie jestem zabezpieczona od stycznia- nic jeszcze nie podpisałam, no i ostatecznie obie strony zdecydują o tym po 3 dniach szkolenia. Czy to pasuje, czy się nadaję itd. W tym tygodniu będę miała pierwszy taki dzień (piątek lub sobota), co dalej, jeszcze nie wiem. Oczywiście wciąż szukam pracy, ale... nie wyobrażacie sobie nawet, z jakim spokojem teraz, z jakim luzem. Inaczej się szuka, jak się ma pracę. I nie wysyłam już hurtem do sklepów, tylko do biur, konkretnych firm. Więc wciąż trzymajcie kciuki.

Krótko jeszcze zdradzę, że wczoraj i dzisiaj miałam trening (Wczoraj 2,5km, dzisiaj 5km) i jest dobrze z noga, nic nie boli, radość biegania wróciła. Mam nadzieję, że tak zostanie dalej. Aż się boję krzyczeć z radości, by nie było rozczarowania, jak ostatnio. Szczególnie, że skłamałabym, gdybym mówiła, że jest idealnie, bo jednak trochę czuję teraz, dlatego ją pomrożę i spać.

Jeszcze Wam podrzucam pewien eksperyment, nie mów. Jakkolwiek dziwnie to brzmi, zjadłam dzisiaj sałatkę z tuńczykiem, cebulą, kiwi i jabłkiem. Też nie byłam przekonana, ale wiecie, jak fantastycznie smakuje tuńczyk z kiwi i jabłkiem?! ;>

Jutro włoski, can't wait! Cały tydzień opuściłam przez rozmowy związane z pracą. A może się okazać, że styczeń będzie zupełnie stracony. Nie, nie chcę jeszcze o tym myśleć.


Parola del giorno: la cronaca nera- rubryka kryminalna (w gazecie), wieści policyjne itp, przykład

Non mi piace ammettere, ma mi piace leggere la cronaca nera! Mi ricorda dei romanzi di Camilleri e Conan Doyle, il mio genere preferito.

środa, 7 grudnia 2011

Stressata


Wczorajsza rozmowa...Myślę, że w nocy przed nią spałam godzinę, najwyżej dwie. Głównie przez wiatr, ale myślę, że również przez stres przed pierwszą rozmową kwalifikacyjną od 4 lat. O 3 rano już wiedziałam, że na włoski nie dojadę, nawet spóźniona, a teraz walczę ze sobą, by nie położyć się na drzemkę, tylko zasnąć dzisiaj wcześniej (uda się przed północą?).
Tuż przed spotkaniem pisałam do Michała, że mam przeczucie, że to ściema, jakieś call center-nawet strony internetowej nie mają. Ale ogłoszenie było tak ładnie napisane, że się nabrałam. Akwizycja. Szybko skończyłam rozmowę, szkoda mojego czasu, ech. Zła i rozczarowana jednocześnie, pojechałam do domu. Jutro poważniejsza rozmowa. Salon meblowy. Ma być prezes i w ogóle. No zobaczymy.
Ok, nie ma jeszcze tragedii- w końcu jutro mam rozmowę ws pracy, fajnie, że ktoś zadzwonił, prawda? Ale w przyszłym tygodniu przewiduję u siebie kryzys, bo mija 3. tydzień wysyłania CV (w sumie "poszło" już 40), a z 3 miejsc się odezwali. Słabo trochę. Wiecie, to ani trochę nie mobilizuje, bo już mam takie myśli, że i tak skończę w sklepie w galerii handlowej, do której zresztą muszę zmieniać CV. Bo widzicie, nie chcą tam Majki z wyższym wykształceniem- rozumiem to troszkę, przecież wiedzą, że pracując w sklepie, będę jednocześnie szukała czegoś lepszego, no ale muszę się jakoś utrzymać, czyż nie? Więc jeśli tak się bawimy, to wyrzucam z CV magisterskie studia, a jak będzie trzeba, to i licencjackie. Wystarczy? Oczywiście, to nie żadna ujma dla mnie pracować w sklepie, ale umówmy się, że praca marzeń to dla mnie nie jest.

O gotowaniu dwa słowa, żeby się zrelaksować przed snem. Uwielbiam zupy- Michał twierdził, że nie lubi, ale zamieszkał ze mną i teraz prosi czasem o jakąś konkretną, okazało się, że polubił ;) zupa to nie tylko miliony witamin i dietetyczny posiłek, ale dla takich ludzi, jak my, świetny zapychacz, choćby chwilowy. Wracamy po pracy, mamy trening i zupa jest na pierwszy głód- gdy się nią posilamy, gotuje się ten właściwy posiłek. Zupa, którą przygotowuję, jest najczęściej na 2 dni, a czasem i 3, przechowuję ją oczywiście w lodówce. Zachęcam Was do skorzystania z TEGO przepisu na zupę pomidorową. Jest cudownie gęsta, niewiarygodnie pyszna (dałam 2,5l bulionu i 3 puszki pomidorów), Michał się zakochał w zupach zupełnie, gdy ją spróbował. Myślałam o kremie porowo-ziemniaczanym w weekend, ale nie robiłam jeszcze grochówki. Macie jakiś sprawdzony przepis? 
Niedzielę natomiast poświęciłam na pierniki. Rano przygotowałam ciasto, wieczorem piekłam. Polecam przepis, podawałam go już w zeszłym roku, ale nie zaszkodzi przypomnieć- jest magiczny, bo ciasto musi poleżeć w lodówce zaledwie kilka godzin, a pierniki są (niestety) od razu gotowe do zjedzenia. Pysznie pulchne, cudownie pachnące. W tym roku robiłam z 1,5 porcji wszystkich składników, a w kolejnym chyba zrobię z 2 kg mąki, bo Michał już narzeka, że nie jest ich tak dużo, biorąc pod uwagę, jak wiele z nich wydaję najbliższym znajomym ;) Na zdjęciu widać 1/3 wszystkich pierników.


PIERNIKI ŚWIĄTECZNE





1kg mąki wrocławskiej
0,25 dag miodu naturalnego
1,5 szklanki cukru (dałam 1 szklankę)
1 kostka margaryny
3 paczki przyprawy do pierników
 2 łyżki cynamonu
3 łyżki kakao
3 jaja
3 łyżki sody oczyszczonej
1/2 szklanki śmietany słodkiej 18% (dałam szklankę)



miód+ tłuszcz+ cukier+ kakao+ przyprawy+ cynamon rozpuścić na ogniu do zagotowania. zdjąć z ognia i do gorącej masy wsypać powoli mąkę. mieszać. dodać jajka, śmietanę i sodę. przełożyć do lodówki na min 3 h. po wyjęciu z lodówki poczekać, aż ciasto zmięknie i rozwałkować (nie obyło się bez dosypywania mąki). 
wykrawać pierniki, układać na blasze luźno, ponieważ pęcznieją i rosną, piec w temp 200st ok. 4-7 minut

Warto je też posmarować jajkiem przed pieczeniem (będą się błyszczały), a w najładniejszych (np. serduszkach lub okrągłe zrobić dziurkę patyczkiem do pieczenia, wtedy będzie można je zawiesić na choince, np. na wstążce.






 Parola del giorno: spiaggia- plaża

C'é una spiaggia famosa di Ostia, a pochi chilometri da Roma.


poniedziałek, 5 grudnia 2011

Il vento

W zeszłym tygodniu dowiedziałam się, że należę do mniejszości, jeśli chodzi o kwestię cierpienia, do którego przyczynia się wiatr. Jak to- możecie spać, gdy wieje, tak jak wiało w miniony i poprzedni weekend? Nie macie problemów żołądkowych? Niemożliwe. Nie słyszycie tego wycia? Uderzeń w Wasze okno? Najpierw słyszę, jak się rozpędza i ciszej wyje, następnie z impetem wali w okno, by o sobie przypomnieć. Nie można spać, gdy tak wieje, po prostu nie można.
Żołądek. Zawsze łapię się na tym samym- rzadko mam jakieś problemy z niestrawnością, więc kiedy już czuję się dziwnie, zawsze jestem zaskoczona i zastanawiam się, co takiego mogłam zjeść. Nic innego, niż zwykle. To po prostu wiatr. I nie czytajcie tej notki z kpiącym uśmiechem, błagam.
Ania (dyskusja odbyła się na włoskim) zapytała, czy podczas deszczu też mam problemy ze snem, odpowiedziałam, że absolutnie, wtedy śpię jak dziecko. To oczywiste dla mnie, ponieważ jestem na zwolnionych obrotach, gdy jest niskie ciśnienie (Michał ma odwrotnie, o dziwo), kładę się wtedy na siestę od razu po pracy.
Jest coś, czego można nie lubić bardziej od pronomi diretti i indiretti? Tak, pronomi combinati, czyli połączenie dwóch pierwszych. Wiem, w Polsce sami tak przecież mówimy, ale jest to dość skomplikowane, jeśli nie używamy ich w ojczystym języku. Mam jednak mocne postanowienie je opanować w najbliższym czasie, bo męczy to, serio. Od dawna powinniśmy je znać na tyle, by swobodnie się nimi posługiwać.
Przy okazji: Ania wysłała nam ciekawy link, ułatwiający naukę, nie tylko włoskiego. Fiszki. (dałam link do włoskich). Jest możliwość tworzenia własnych kombinacji, przyjemności! Ja swoje mam zawsze przy sobie, taki nawyk wyrobiłam sobie już kiedyś, ale nie myślcie sobie, że zaglądam codziennie.

A teraz o tym, jak ja się unoszę... Wczoraj pojawił się wpis na jednym z moich absolutnie ulubionych blogów Il Molino... Poczułam się tak wyróżniona, że aż się się zawstydziłam. Marianna mnie oczywiście przecenia, ale nie mówcie jej tego jeszcze... ;) Jej blog czyta naprawdę mnóstwo osób. Mój też nie mało, ale bez porównania z jej, rzecz jasna. I teraz uważajcie, zdradzę coś. Dziennie średnio jest 30-50 wejść u mnie, a po wpisie w Il Molino dziś (wczoraj, mam na myśli poniedziałek) gościłam Was u siebie 154 razy. Doceniam, naprawdę- szkoda, że akurat nic włoskiego nie było ;) Ale wpis Marianny to też był dopiero początek.

Dzisiaj miałam bardzo interesującą rozmowę z człowiekiem, który mi pomaga w pewnej sprawie. Nie chcę na razie za dużo mówić. Powiem, jak będzie czas, a póki co przydadzą się Wasze kciuki. Bo wciąż szukam pracy. No właśnie... Już zaczęłam się zastanawiać, o co chodzi, co ze mną nie tak, gdy w końcu zadzwonił telefon. W zeszłym tygodniu to było, ale pan chciał mnie zatrudnić od razu, więc podziękowałam- umowę mam do końca roku, a okres wypowiedzenia trwa 2 tygodnie. Kilka dni znowu ciszy, aż dzisiaj... Wracając od tego tajemniczego człowieka (przynosi szczęście?), odebrałam zaproszenie na rozmowę ws pracy. Jutro o 17:30. A dwa kwadranse później znowu usłyszałam mój telefon- w czwartek o 18:30 kolejna rozmowa. Kurczę, chyba ruszyło! Wciąż szukam, szukam, jak mój kot na zdjęciu (poluje). Czy upolowałam, okaże się wkrótce.

A do tego, dzisiaj z samego rana opublikowano mój kolejny tekst, tym razem o focacci, zapraszam. To też ważna współpraca dla mnie, sam portal oliwa z oliwek serdecznie polecam, nie tylko dla świetnie zorientowanych we włoskich aktualnościach.
 
Posłuchajcie, jaką perełkę Michał znalazł, nazywają go włoskim Możdżerem. Stefano Bollani. Zwróćcie uwagę, w jakim miejscu we Florencji (bo to widać od razu) gra...
I jeszcze... Włosi płaczą, wiecie? Czy dzięki temu kraj nie zbankrutuje? Czy dzięki Montiemu będę mogła tam kiedyś zamieszkać?

 

Parola del giorno: paonazzo- purpurowy, przykład:

Marco è venuto di corsa all’appuntamento ed era tutto paonazzo in volto!




sobota, 3 grudnia 2011

Ćwiczenia, masaże, mrożenie


W środę wyszłam z drżeniem wszystkiego na trening, twardo zakładając, że będzie marszobieg, marsz ok 10minut na początku, że się nie spinam, że na luzie itd. Oczywiście już po 2 minutach nie wytrzymałam i zaczęłam biec. Ale... wzięłam przykład z Michała, który biega ze śródstopia (ja zdecydowanie z pięty) i spróbowałam w ten sposób przechytrzyć piszczele (inny rodzaj obciążenia jest wtedy, pracują inne mięśnie). Udało się! !0 minut biegłam, czekając na ból, a kiedy nie nadszedł, oszalałam z radości! Dwa razy przeszłam do 2min marszu- z rozsądku, ale połowę treningu tak się śmiałam ze szczęścia, że traciłam panowanie nad oddechem ;) I dziwne uczucie podczas biegu- zupełnie jakby mnie ktoś popychał, dosłownie. Mimo marszu, tempo miałam jak zwykle, czyli 6:40 min na 1 kilometr. W domu euforia, nawet do brzuszków się bardziej przyłożyłam- dostałam sportowych skrzydeł. Dziki napisał, że pewnie wkrótce zaczną mnie znowu boleć piszczele, więc wtedy mam znowu biegać z pięty i w ten sposób przechytrzyć kontuzję, jednocześnie (to Bas) wzmacniając różne mięśnie. Z tej radości położyłam się o 20 i spałam do rana ;)))
Polecam piątkowe rady Wojtka z GW, co do biegania zimą. Pokrywają się z moim planem treningowym- nie nastawiać się na szybkość zimą, tylko spokojnie i długo biegać. O tak. A wiosną będzie dzięki temu łatwiej pracować nad szybkością. ;)

Piątkowy trening był krótki, 2,5km, takie szarpnięcie organizmu przed sobotnim dłuższym wysiłkiem. I nawet tyle nie mogłam przebiec, tak bolała kość w lewej nodze. Za krótko się rozgrzewałam? Znowu gniew, ale tym razem nie pozwoliłam mu sobą zawładnąć. Ćwiczenia, masaż, mrożenie. 

Dzisiaj 7km przebiegłam- z tego najwyżej 1/3 marszem, kiedy już naprawdę bolało. Ale tempo poniżej 7min na 1km (łącznie 48 minut), więc nawet nie ma takiego koszmaru. Zrozumiałam, że to jest to, o czym Dziki mówił- przechytrzenie kontuzji. Ból wrócił szybciej, niż myślałam, ale nic to, przecież w grudniu miałam głównie maszerować! A i tak udało się dzisiaj sporo ubiec, więc to sukces, rozpatrujmy to w takich kategoriach, dobrze? Miałam znowu to uczucie, że czuję prawdziwą przyjemność z biegania dopiero po 5km. Pamiętam, że najlepiej mi się biegało 8-10km, więc te dystanse będą pewnie moimi ulubionymi. Kiedyś, jak już będę mogła biegać, heh.
UPDATE: Michał poprawił trasę, jest 6700m, więc tempo z siódemką z przodu, niestety, no ale nie biegam na czas w tym miesiącu, pamiętajmy o tym. 

Rozciągnęłam się po biegu i poczułam ból, przeszywający, ale pozwalał mi iść do domu. Znamy się z nim już, to shin splints. Michał twierdzi, że powinnam zupełnie odpuścić bieganie aż do czasu ustąpienia bólu. A ja mam wolny poniedziałek znowu, więc się upieram, by chociaż na 5km (lasem, po miękkim podłożu) wyjść i zobaczymy. Jeśli będzie bolało, zrobię sobie znowu przerwę i będę chlipać w kącie. A do tego czasu... ćwiczenia, masaże i mrożenie. Jak mantra. 3 razy dziennie.
 

Parola del giorno: basta!- dość! wystarczy! Przykład:

La mia gamba mi fa male, basta, per favore!