niedziela, 27 lutego 2011

Na szczupaka

Jakieś przeziębienie się przyplątało, z katarem i bólem głowy, w czwartek było już średnio, ale wzięłam jakieś tabsy przeciwbólowe i zrobiłam normalnie trening, z myślą, że najwyżej odpuszczę w weekend. Zobaczymy, pomyślałam, bo w sobotę lub niedzielę miałam w planach Maltę lub Olszak przebiec, szczególnie, że w końcu ma zejść z -10 na -2. To jest różnica dość znaczna ;) Uwierzyłam w moc rosołu, więc wyciągnęłam kurę z zamrażalnika i chyba dzięki temu przegoniłam, może z pomocą mleka z miodem i czosnkiem, polopiryny i herbatki z prądem;) Poza tym dwie noce z rzędu spałam po 12h, więc chyba to wypociłam. Dzisiaj przebiegłam Olszak, po którym się znowu trochę załamałam, ale z formą jest lepiej- kiedy przebiegłam go tydzień temu, nie miałam siły wejść po schodach nad Maltą (prowadzą niemal do mojego domu), myślałam wtedy, że poproszę kogoś o pomoc, serio, a dzisiaj jak radosny ptaszek brałam stopnie po dwa! Łydka odpuściła, choć delikatnie dawała o sobie znać, ale od kilku treningów borykam się z czymś innym. Potworny ból prawej kości piszczelowej. Tony przeczytanych stron w internecie na ten temat (połączyliśmy siły, przekrzykując się informacjami z jednego pokoju do drugiego) mówią jasno, że niektórzy tak już mają na początku i wszystko wskazuje na to, że moja noga jest po prostu słaba, co specjalnie nie dziwi. Trzeba to przeczekać, dłużej się rozciągać, przed biegiem maszerować i robić ćwiczenia na rozluźnienie stopy. Przez ten ból muszę przechodzić czasem do marszu, ale pomimo marszu, dzisiaj po raz pierwszy zeszłam poniżej 8 minut na kilometr (7:52 dokładnie), a był to ten dłuższy bieg w tygodniu- nie stawiam wtedy na szybkość, tylko ćwiczę wytrzymałość organizmu. Dzięki temu wiem, że nawet jeśli połowę półmaratonu przemaszeruję, zmieszczę się w 3 godzinach, uffff.

Przed biegiem zrobiłam ekspresowe ciasto mandarynkowe- wyszło przepyszne, pięknie wyrosło. Przykryłam je ręcznikiem, żeby kot nie zjadł, pobiegłam, po powrocie chciałam je zaprezentować Michałowi (w międzyczasie też biegł, ale on 13km...), a tu klops.... Ujrzeliśmy ledwie centymetrowe ciasto. Upadła cholera! Jako niedoświadczony kur domowy zapomniałam zostawić je w piekarniku na jakiś czas... Pizza za to, domowa, z przepisu Agi Gabor (ta sama, którą robiliśmy 2 tygodnie temu, jakoś się wkomponowała w niedzielne obiadu, szczególnie po dłuższych biegach) wyszła super, a pałaszowaliśmy ją, oglądając "Francuski łącznik"- aj, młody Gene Hackman! Klasyk, polecamy serdecznie.
Dzień w ogóle zaczęliśmy w ogóle naszą ulubioną jajecznicą- z awokado, a wczoraj... Tak, wyszedł nam kulinarnie pozytywny weekend. Szczupaka przyniosłam do domu, upiekłam go z łyżką masła i pęczkiem koperku w brzuchu. Na zdjęciu przed upieczeniem. Trochę, jak aligator- nie ma specjalnie zadowolonej miny, ale może dlatego, że wie, co go czeka...

 Skończyłam Szczygła. Zaskakujące w jego książce jest to, że tak wielu jego rozmówców zmarło przed wydaniem tej książki, a nie mieli wcale po 90 lat, większość raczej w okolicy 40stki. Nie zastanawiało Was to?
 

 

5 tygodni do półmaratonu


czwartek, 24 lutego 2011

Do widzenia, do jutra!

Udało mi się wygrać bilety na "Do widzenia, do jutra" Janusza Morgensterna. Nie wspominałam Wam chyba, że od dłuższego czasu kocham się skrycie w Cybulskim...? A od wczoraj i w Tuszyńskiej ;) Pełna sala- takie chwile pozwalają mi wierzyć w moich rówieśników. Jednak chcemy dobrego kina, bez popcornu, bez shitów. Sam reżyser miał się zjawić, ale oczywiście spotkanie odwołano z przyczyn technicznych. Nie liczyłam na to, że zobaczę na własne oczy TAKIEGO reżysera, więc zmiana planów nie zaskoczyła specjalnie.
Film genialny, z genialnym aktorstwem i genialną muzyką Krzysztofa Komedy. No i ten młody Romek Polański, hehe ;)
Cieszę się, że ktoś się zabrał za remasterowanie tych obowiązkowych dla prawdziwych kinomanów, filmów, bo mam dzięki temu okazję zobaczyć arcydzieła polskiej kinematografii w dobrej jakości, no i za jaką cenę... Wiecie, że ja zazwyczaj wygrywam bilety do kina, ale pamiętajcie, że jeśli zapiszecie się na newsletter Kina Muza (w praktyce wygląda to tak: podajecie swój adres mailowy na stronie- po prawej-, a Gosia Kuzdra z kina wysyła Wam raz w tygodniu repertuar i informację o nowościach oraz o promocjach dla newsletterowiczów w kawiarence Kina Muza), za bilet płacicie 12 zł (kupując go, wystarczy w kasie kina powiedzieć, że chcecie bilet newsletterowicza i podajecie swój mail). W innym wypadku ulgowy kosztuje 15zł, a normalny 18zł. Opłaca się? ;> Ja, królowa gratisów i promocji, polecam ;) A tu macie najlepszą scenę z wczorajszego filmu.
 
W dzisiejszym "Dużym Formacie" można przeczytać artykuł o Silvio (jutro wkleję, dzisiaj jest jeszcze niedostępny w internecie), wcześniej było kilka artykułów w turystycznej, które powinny nas zainteresować- o Friuli i o Sycylii. Poza tym w Palce Lizać było trochę też o Sycylii, a ostatnio o cannolli, które polecał Mauro. Wybaczcie poślizg, ale ostatnio biegam, biegam, biegam, czytam późno lub w pracy i nie mam kiedy Wam donieść o włoskiej prasie. Teraz powinnam być systematyczniejsza, choć notatki będą pewno krótsze, bo wczoraj zaczęłyśmy włoskiego kolejny semestr. Wciąż nazywamy się grupą C, mam nadzieję, że jesienią będzie można nas nazwać C2, o ile plany nam się nie zmienią w żaden sposób... ;) Wrażenia? Mój włoski jest w opłakanym stanie, choć przez okres ferii (4 tyg!) uczyłam się trochę, to nie było z kim pogadać face to face, stąd trochę blokad przy najczęściej używanych czasownikach. Ech. Dużo pracy jeszcze przede mną. Bardzo dużo.
 
Bawię się teraz, czytając "Zrób sobie raj" Szczygła. Pewnie wszyscy z Was już to przeczytali, u mnie poleżało trochę, aż właściwie dojrzało. Do polskiej literatury mam stosunek dość krytyczny. Kocham Iwaszkiewicza, a później długo nic. (ktoś mnie kiedyś zapytał "Majka, no co ty, kto teraz czyta Iwaszkiewicza?!". Cóż...) Głowacki, Stasiuk, Tokarczuk i cała reszta... Każde ich zdanie to nadęty balon, który lada chwila powinien wybuchnąć. Męczę się i nudzę nad ich książkami, nie zasługują na żadne nagrody, pisząc tymi modnymi teraz, krótkimi zdaniami. Bełkot. O totalnych beztalenciach i pseudopiosarzach typu Masłowska, nie wspomnę. Szczygieł pisarzem nie jest- nawet nie chce, by tak o nim mówiono. To dziennikarz, reportażysta. Czuję to, gdy go czytam, nie jest to literatura najwyższych lotów, ale nie ziewam, nie męczę się, zdania nie składają się z 3 słów, no i milion ciekawostek tam jest na temat naszych sąsiadów, Czechów. Bardzo dobrze napisane, naprawdę. życzę mu NIKE, bo nie wiem, kto tam zasłużenie to dostał w ostatnich latach, nagroda trochę na wyrost, moim zdaniem. Może dlatego, że nie ma komu jej przyznawać i muszą zawsze nagrodzić jakiś bełkot. Oczywiście w książce Szczygła najbardziej uderza zdystansowanie się Czechów do boga i religii, uderza w kontekście polskich fanatyków i wszystkich świętych (bo każdy w naszym kraju jest niezwykłym świętoszkiem...). Polecam!
 
 

poniedziałek, 21 lutego 2011

Malta zdobyta przy -10!


Dzisiaj czułam się TAK. ;)))

Jak już wspominałam ostatnio, miałam dzisiaj wolne. Między innymi ze względu na cały weekend na studiach oraz włoski, który miał się zacząć, a nie zaczął. Pomyślałam też, że będzie to dobry moment, by zrobić dłuższy bieg, w ciągu dnia, gdy cokolwiek widać. Tak, było widać aż za dobrze. Postanowiłam rzucić się na głęboką wodę i przebiec Maltę. A było widać tak dobrze z powodu dużej ilości śniegu i bardzo mocnego słońca- żałowałam, że nie wzięłam okularów słonecznych, bo aż raziło. Ból w nogach (dokładnie: dolna część łydek) nie odpuścił, prawa tradycyjnie, a dzisiaj dołożyła się też lewa. Ból był momentami nie do zniesienia, musiałam przechodzić do marszu. Mimo wszystko wyszedł mi piękny czas: 46 minut, 8:40min na 1 kilometr. Jak na pierwszy raz...no, powiedzcie, że nie jest źle.. ;) Razem z dobiegnięciem nad Maltę przebiegłam dzisiaj prawie 7,5km. Spędziłam prawie godzinę na 10stopniowym mrozie! Biegłam bez rękawiczek, tak mi było gorąco- miałam je jednak w dłoniach na wszelki wypadek. Ale dzięki temu, że wiatr o naszym mieście dzisiaj zapomniał, a słońce było bardzo mocne, było mi naprawdę gorąco (pod spodniami nic!)!
Michał mówi, że jego też bolały nogi na początku biegania, że nie mam się tym przejmować, przejdzie za kilka tygodni pewnie. No dobrze. Z takim czasem, jak dzisiaj, półmaraton jest w zasięgu Majki. 
Damy radę?
Chciałabym tylko, żeby mnie już przestały boleć te nogi.


6 tygodni do półmaratonu

 

sobota, 19 lutego 2011

Sick& tired***

W środę miałam przebiec 3 km, ale po 10 minutach wróciłam do domu- ból prawej kości piszczelowej nie pozwolił na żaden wysiłek. Gdy już byłam blisko domu, podbiegłam i było ok, ale zniechęcona wróciłam do domu. Ktoś coś wie, skąd ten ból? Porobiłam znowy ćwiczenia na bóle łydek i k.piszczelowych dla początkujących, robię je 2 razy dziennie, zajmuję mi 5 minut, więc żaden problem, ani wyczyn. Ale dołożyłam też codzienne przysiady, które świetne wzmacniają nogi, no i od przyszłego tygodnia zaczynam I stopień ćwiczeń na brzuch, zasugerowanych przez MSŻ. Zobaczymy. W czwartek, mimo pogody, podjęłam kolejną próbę. Wiatr zacinał, śnieg sypał prosto w twarz, ale nie bolały nogi- prawdopodobnie dzięki temu, czego tak nie znoszę. Tak, kilkucentymetrowa warstwa śniegu (padał cały śnieg, ale miasto nie miało czasu odśniezyć Parku Tysiąclecia) amortyzowała moje stopy, więc nic nie bolało. I tak odwieczny wróg stał się moim sprzymierzeńcem. Przez śnieg i wiatr wydawało mi się, że dużo wolniej biegnę (choć obiecałam nie biegać na czas, jeszcze nie), okazało się, że te 3,3km zajęło mi 25 minut, co jest absolutnym rekordem w moim przypadku, dając mi czas 7:30 minuty na 1 kilometr! Co prawda końcówka była na ostatnich nogach, ale już wiem dlaczego- za szybko biegłam ;) Mimo wszystko był to dla mnie wysiłek, więc jutro po zajęciach jeszcze raz ta sama trasa, a w poniedziałek rzucam się na 5km, zaczynam realizować w końcu plan na półmaraton. Wzięłam wolne ;) Ale nie tylko ze względu na chęć zrobienia dłuższego biegu. Cały weekend studiuję od rana do wieczora, a w poniedziałek zaczynam włoski, więc stwierdziłam, że muszę się kiedyś wyspać. Przyszły zakupione na allegro słuchawki do biegania, więc od jutra będę biegać z muzyką na uszach- do tej pory się wzbraniałam przed tym, pracując nad oddechem, a teraz widzę, że im mniej myślę, tym lepiej biegnę. Przykład: biegnę, biegnę, mijam śmietniki, przy których ostatnio miałam kryzys i musiałam przejść do marszu i myślę "No, przydałaby się chwila marszu". Chore i dziecinne- wiem. Zaczynam więc sobie coś nucić, ale mówić na głos, co muszę dzisiaj jeszcze zrobić (pranie, zupa pomidorowa, rozmrozić piersi z kurczaka na jutrzejszy obiad- wyliczanka, taka typowa) i jak wtedy biegnę, proszę państwa! Więc chyba już czas najwyższy na muzykę. Boję się tylko, że będę za szybko biegać, bo tempo 7:30min na 1 kilometr to zdecydowanie za szybko jak dla mnie- nie przebiegnę wtedy więcej niż 3,5km, a nie o to chodzi. No zobaczymy jutro, już z muzyką ;)
AAA, gdyby ktoś pytał: marsz mam 10sekundowy, gdy wracam, przy Malcie- jest tam bardzo pod górek, nie potrafię
jeszcze tego pokonać. Ale wkrótce będę musiała ćwiczyć trochę podbiegi, więc wszystko przede mną. W każdym razie uważam się za biegaczkę, o! ;>

Powyższy tekst napisałam wczoraj.
Teraz jestem po biegu. I drzemce. Jestem zdegustowana moim dzisiejszym treningiem. 1/3 marszu- z powodu braku panowania nad oddechem, bólu mięśni nóg (i to jest dla mnie naprawdę nowość! I muzyka- jeszcze za wcześnie. Niestety tracę kontrolę, gdy nie słyszę swojego równomiernego oddechu, przestaję uważać, jak stawiam stopy. Ech. Jest średnio, przestałam wierzyć, że mogę biegać, jak prawdziwy biegacz. Chińszczyzna by Michał osłodziła trochę wszystko. A teraz pomidorowa by me i spać chyba, jutro znowu na zajęcia.

czwartek, 17 lutego 2011

Dzień Kota

Ach, Bajko! Oby Twoi opiekunowie byli dla Ciebie tylko lepsi ;)
Ładne, z onetu

Z okazji Międzynarodowego Dnia Kota wklejam najnowsze zdjęcia Bajki oraz informuję z radością, że 33% gospodarstw domowych w naszym kraju ma
kota w domu! Ten wynik zdecydowanie wyprzedza ilość właścicieli psów ;)
A reszta należy już dzisiaj do kotów:


Istnieją dwa sposoby ucieczki od prozy życia: muzyka i koty.
Albert Schweitzer

Kot ma zbyt wielką duszę, by nie mieć serca.
Ernest Menaul

Problem z kotami polega na tym, że mają ten sam wyraz pyszczka, kiedy widzą ćmę latającą wokół lampy i mordercę z siekierą.
Paula Poundstone

Rozbawiony kociak, podskakujący zabawnie niczym mały tygrys, jest nieskończenie bardziej interesujący niż połowa ludzi, z którymi musisz przebywać na tym świecie.
Lady Sydney Morgan

Posiadanie jednego kota prowadzi do posiadania następnego
Ernest Hemingway

Nigdy nie znaleziono szkieletu kota na drzewie; co oznacza, że wszystkie, nawet te najbardziej przestraszone, muszą schodzić z drzew o własnych siłach.

Pies przyjdzie na zawołanie, kot odbierze wiadomość i skontaktuje się z tobą w wolnej chwili.
Mary Bly

Kotom bez trudu udaje się to, co nie jest dane człowiekowi: iść przez życie nie czyniąc hałasu
Ernest Hemingway

Tu i ówdzie trochę polatującej sierści uświadamia, że koty nie są odpowiednim towarzystwem dla alergików. Ale dotyczy to również truskawek i pierwiosnków.
Eugen Skasa - Weiss

Ze wszystkich Boskich stworzeń jest tylko jedno, które nie może być traktowane jak niewolnik na smyczy. Tym jednym stworzeniem jest kot

Ludzie dzielą się na tych, którzy kochają koty i na tych pokrzywdzonych przez los.
Oscar Wilde

To, jak traktujesz koty, decyduje o twoim miejscu w Niebie.
Robert A. Heinlein

Motto kota: nieważne, co zrobiłeś - zawsze próbuj, by wyglądało na to, że to sprawka psa.

Karzeł, który siedzi w człowieku, potrafił sklecić róże bez zapachu i trzęsące się pinczery, ale musiał pogodzić się, z chłodną odmową, jaką dały mu koty i lilie.
Eugen Skasa - Weiss

"Najmarniejszy kot jest arcydziełem. "
Leonardo da Vinci


Każde życie powinno mieć 9 kotów

To bardzo trudne być grzecznym, kiedy jesteś kotem

Dom należy do kota. My tylko spłacamy zadłużenie.

Nie chcę iść do raju
Jeśli tam moje koty mnie nie powitają.

Akwarium to po prostu interaktywna telewizja dla kotów.

Krzycząc na kota robisz z siebie głupca.

Dom bez kota jest tylko mieszkaniem.

Kot przyjmuje kształt pojemnika, w jakim się znajduje.

Każdy dom który ma przynajmniej jednego kociego członka rodziny nie potrzebuje budzika.

Problem z dzieleniem łóżka z kotem jest taki, że będzie on wolał raczej spać na tobie niż obok Ciebie.

Jeśli się rozchodzi o zdolność do relaksowania się, koty są naturalnymi ekspertami jogi





 ;)

"3 strony to za dużo"


Oczywiście, że za dużo, kto to widział tyle czytać! I nie w ciągu dnia. W minionym miesiącu. Cudownie. Naród idiotów
powstaje, którzy za 20 lat nie będą wiedzieli, jak ze sobą rozmawiać. Nie mówię o czytaniu książek, ale o tekście dłuższym niż 3 strony! Oczywiście niezmiennie pytam, gdzie są ci ludzie, bo ja ich nie znam. Wszyscy wokół mnie czytają. Mama mówi, że to jak z LPR 7-10 lat temu. Kwestia środowiska, że ja się niby w innym obracam. A w jakim? Nie z samymi kulturoznawcami przestaję przecież!
44 % Polaków w 2010 roku przeczytało przynajmniej 1 książkę (to i tak więcej, bo w 2008 było 38%). We Francji
70%, a w Czechach- aż 80%! 20% osób z dyplomem ukończenia studiów nie czyta NIC. Niczego dłuższego niż 3 strony nie przeczytała ponad połowa pytanych o to uczniów i studentów w minionym miesiącu. Kończysz studia i wciąż jesteś analfabetą- uwaga, to było trudne słowo!
Jestem wstrząśnięta.
Książki są za drogie!-mówią "nieczytacze". A na browar i fajki macie? Poza tym są biblioteki. Na książki potrzeba czasu!-
mówią dalej. Jeśli poświęcisz 20 minut (słownie: dwadzieścia minut) dziennie na książkę, to każdego miesiąca przeczytasz około 300strronicową. Jak się przyłożysz, to wyjdzie Ci 12 przeczytanych książek w roku. Poza tym najmniej ludzi czyta wśród emerytów i rencistów, więc czas nie jest tutaj dobrą wymówką. To naprawdę nie jest dużo te 20 minut... Czy jest? Kurde, bo już nie wiem. Czy ja mogę obiektywnie mówić, ile przeczytanych książek w roku to dużo lub mało?
Poza tym pracuję, czasem studiuję, uczęszczam na kurs włoskiego, który też wymaga nauki poza zajęciami, biegam,
chodzę do kina. I czytam do snu, jakoś daję radę. Można? Pewnie, że można. A jeszcze mam wyrzuty sumienia, że tyle czasu wolnego w życiu marnuję, zamiast poczytać (jeszcze więcej!) albo się pouczyć.
 Zajrzałam do notatek. W 2010 roku przeczytałam 53 książki, czyżbym wyrabiała średnią całemu osiedlu? I moja mama i
wielu innych ludzi spośród mi znanych- również. Moi znajomi czytają, a Wasi? Wiem, że nie każdy ma tak komfortową sytuację, jak ja (czytam książki w pracy), a ta ilość przeczytanych przeze mnie książek wskazuje według koleżanki Agaty na czytoholizm. Ale te 20 minut dziennie chyba można poświęcić?
Cezary Łasiczka powiedział wczoraj w TOK FM: "Chciałbym, żebyście Państwo przeczytali w lutym jedną książkę. To
naprawdę nie boli". "A często bywa przyjemne" - dodał jego rozmówca.

 Idę poczytać. Sama, bo Michał czyta w drugim pokoju- ostatnio jest w ciągu czytelniczym, czasem nie mam kiedy z nim
porozmawiać, serio. 
Czy to naprawdę takie dziwne...? 

niedziela, 13 lutego 2011

Olszak zdobyty- prawie

Cóż, nie było tak łatwo, jak się spodziewałam.. Ale po kolei. Wczoraj wybraliśmy się do Muzy na "Jak zostać królem"- da mnie 8.10, oscar dla Firtha i dla Rusha. Bawiłam się fantastycznie. Oczywiście można zarzucić, że film typowo pod oscara, ale widziałam gorsze rzeczy z tej półki. A tu kreacje aktorskie nie były bez zarzutu- były doskonałe! Polecam, polecam! 
Po filmie pobiegliśmy do Meskala, gdzie spotkaliśmy się ze znajomymi. Miało być jedno piwo- oficjalnie ze względów oszczędnościowych, ale myśleliśmy również o niedzielnym treningu, nie mogliśmy kolejnej niedzieli przebimbać i wystawiać na próbę nasze organizmy. Po drugim piwie uciekliśmy, ale mam wrażenie, że i tak było za dużo. Wróciliśmy, zjedliśmy tłuściutkie grzanki z patelni- zwyczajowo po imprezie je robimy i zasnęliśmy 1-2. Dzisiaj pobudka, śniadanie, zakupy i bieg. Michał 13 km, a ja wyruszyłam an podbój Olszaku. Nie chciało mi się okrutnie, ale czasem w trakcie treningu okazuje się, że jest fantastycznie, więc nie należy się kierować nastawieniem, tylko systematycznie odbębniać treningi. Już po 2 km było mi słabo, gorąco, miałam mroczki przed oczami i w ogóle źle.  I tak cały bieg. Z lasu wybiegłam na Maltę, gdzie kończyłam bieg, stamtąd mam 8 minut truchtem do domu. Nie byłam pewna, czy dam radę, serio.. Chyba trochę za mało zjadłam od rana, tak myślę, ewidentnie czułam brak cukru w organizmie, a zwykle 20 minut przed biegiem zjadam 1/3 skibki z dżemem.
30% marszu, rozpacz, niemal płacz, że się nie nadaję, ze wszystko bez sensu i do dupy, a okazało się później, że miałam najlepszy z  dotychczasowych czasów. I tu dostałam OPR od Michała. Najlepszy czas- to była właśnie przyczyna moich niedomagań. Bo widzicie. Ja za szybko biegam ;) Staram się, szczególnie w pierwszym kwadransie treningu jest to bardzo istotne (idealny bieg to taki, którego druga połowa jest szybsza), ale wolniej się nie da... Michał twierdzi, że się da. Biegłam dzisiaj (mimo marszu!) 8 minut/1 kilometr. Dziewczyny na moim poziomie treningów biegają 9-10 min/1km. Mam wrażenie, że jeśli pobiegnę wolniej, to się zatrzymam. Ale dobra, będę próbować. Nie wiem jeszcze, czy zacznę we wtorek plan na półmaraton,. który wklejałam tu ostatnio. Nie wiem, czy to nie za wcześnie. Dzisiaj dowiedziałam się o mięśniach, o których istnieniu nie miałam pojęcia ;D Właściwie nie boli mnie nic, ale czuję, że mam nogi. No i prawa noga dokuczała, ale dużo mniej, więc chyba zaczęła rozumieć, że teraz będziemy biegać, biegać, biegać.
We wtorek zrobię normalny trening, 3,3km i po nim zdecyduję o kolejnych- czy już plan, czy czekamy jeszcze tydzień. Śledzić moje postępy można na runlogu.
Po treningu zjedliśmy coś, poszliśmy spać, a później zrobiliśmy pyszną pizzę z przepisu Agnieszki (najlepsze ciasto ever!), wegetujemy dzisiaj trochę. No gdyby nie biegi ;)

House, książka i spać!


ps. Michał biegł dzisiaj 13 km w tempie 5,5minuty na 1 kilometr..... bez komentarza....




7 tygodni do półmaratonu.



sobota, 12 lutego 2011

Jeśli przebiegniesz 30 minut bez przerwy, możesz wszystko!

No no, pamiętacie, jak 2 miesiące pracowałam na to, by pobiec 30 minut bez przerwy- latem 2010? Później była zimowa przerwa z nieśmiałymi próbami biegania w listopadzie, w grudniu nic, w styczniu nic (aż do 30.01.2011), a później 4 treningi, no i w środę przebiegłam 30 minut bez przerwy, 3,5km, co daje czas 8:30 minuty na kilometr (w takim tempie wyrobię się w 3h na półmaratonie! hehe,. ale szczerze mówiąc, mam nadzieję na czas 2h 50min, a w kolejnym starcie, tym grodziskim, na 2h 30 minut)! Nawet Michał był zaskoczony, że tak szybko się udało, a ja z każdego treningu wracam z wielkim powerem! Ale wiecie, teraz będą 4 treningi w tygodniu, bo jak dojdzie włoski (przypominam, że mamy przerwę), to pewnie ograniczę się do 3, bo po prostu nie wyrobię z jedzeniem na koniec! Więc staram się, jak mogę, by złapać jako taki rytm i biegać jak najwięcej, zachowując jednodniowy odstęp, bo to najważniejsze, by mięśnie mogły odpocząć i na koniec tygodnia pokazać, na co je stać, w tym najdłuższym biegu.
 
W tę środę miałam zaniżkę, po pracy zjedliśmy spaghetti alla carbonara, poszliśmy spać na 1,5h i o przed 21 się budziliśmy. Było ciężko wyjść z ciepłego łóżka i wyjść na 0 stopni po to, by biec, w samotności i ciemności. Ale dałam radę- może drzemka? A może makaron- główne pożywienie biegacza. Plan mam taki od tygodnia: trening w poniedziałek (był), w środę (był), w piątek krótszy (20minut- był), a w niedzielę chcę przebiec Olszak, to taki staw w pobliży Malty. Las, trawa, ziemia ubita- nie asfalt. Około 5km. Kolejny tydzień muszę jakoś sobie skonstruować pod względem treningów, ale chcę podobnie, czyli 2 biegi po 30-40 minut, kolejny krótszy, a czwarty dłuższy- tym razem Malta. Asfalt, dlatego muszę jeszcze przygotować nogi na ten cel.
 
A później chyba już będzie włoski, więc znowu wszystko się rozsypie i będzie trzeba na nowo wymyślić. Nie wiem jeszcze, czy dam radę z Olszakiem jutro (prawa łydka dała o sobie znać wczoraj), dlatego proszę o duchowe wsparcie. I tak jest dobrze, bo gdyby nie ta łydka w trakcie treningu, to zero bólu mięsni mam po biegu i w kolejnych dniach- głównie dzięki rozciąganiu się po treningu, ale też, jak zauważyliście, nie przeciążam się. Biegam wolno, skupiam się na truchcie 30 minutowym, bo muszę przygotować ciało i organizm do dłuższego wysiłku. A nad szybkością nie ma co chwilowo pracować. Ja muszę WYTRZYMAĆ ten półmaraton, ale nie liczę na żaden super czas. Poza tym moim celem było te 30 minut biegu bez przerwy, bo od tego się zaczynają wszystkie plany treningowe. Michał powiedział mi kilka dni temu "Jak przebiegniesz 30 minut bez przerwy, to możesz wszystko!", no to mogę, right? ;) \
Poniżej wklejam plan treningowy, który od poniedziałku lub wtorku wcielam w życie. Rodzice kupili sobie buty (takie w Decathlonie za 49 zł zupełnie wystarczą na jakieś 1000km, jeśli nie macie płaskostopia i żadnych zwyrodnień, ja musiałam kupić droższe, znacznie- ale służą mi już ponad 2 lata)

Tydzień
Pon
Wt
Śro
Czw
Pia
Sob
Nie
1

3 km

5 km

3 km
6 km
2

5 km

4 km

3 km
8 km
3

4 km
+ 4x20s P

5 km

4 km
+ 4x20s P
10 km
4

4 km

5 km
+ 4x20s P

4 km
12 km
5

5 km
+ 5x20s P

4 km

5 km
+ 5x20s P
10 km
6

5 km

6 km
+ 4x30s P

4 km
+ 4x20s P
12 km
7

5 km
+ 5x20s P

6 km

5 km
+ 5x20s P
14 km
8.

6 km
+ 6x20s P

7 km

6 km
+ 5x20s P
14 km
9

6 km

7 km
+ 5x30s P

6 km
+ 5x20s P
16 km
10

6 km
+ 7x20s P

8 km

6 km
+ 6x20s P
18 km
11

6 km
+ 7x20s P

8 km

6 km
+ 6x20s P
16 km
12

7 km

8 km
+ 6x30s P

8 km
+ 6x20s P
16 km
13

8 km
+ 8x20s P

9 km

8 km
+ 6x20s P
18 km
14

8 km
+ 8x20s P

8 km

8 km
+ 6x20s P
20 km
15

8 km
+ 8x20s P

8 km

8 km+ 6x20s P
18 km
16

10 km

10 km
+ 7x30s P

8 km
+ 5x20s P
20 km
17

10 km
+ 8x20s P

10 km

8 km
+ 6x20s P
12 km
18

10 km
+ 8x20s P

10 km

3 km
+ 4x20s P
START


 
 
Do Radia Merkury zadzwonił dzisiaj słuchacz z informacją, że idzie wiosna, bo właśnie widział pod Piłą 3 bociany! Na to inni odpowiedzieli, że to niemożliwe, że za wcześnie, że to musiały być żurawie. Zadzwonił kolejny i powiedział, że wczoraj widział parę bocianów w Czarnkowie (są tam co roku), że to na pewno bociany. Cóż, najbliższe dni mają przynieść trochę mrozów, ale jestem przekonana, że to już ostatnie podrygi zimy! ;)
 
 
 

poniedziałek, 7 lutego 2011

Poobijani, poopijani

W sobotę wiało potwornie, aż urwało mi głowę, która zostawiłam pod blokiem, jadąc do szkoły. Dojechałam, napisałam egzamin, który oblałam (znowu Zapor, znowu kilometrowe kolejki, by zdać poprawkę, znowu potworny stres- to wszystko mnie teraz czeka), w międzyczasie wysłuchałam opowieści najlepszej nam znanej warszawsko-poznańskiej mieszanki o tym, jak zostali pobici w tramwaju dzień wcześniej. Brak słów, nawet nie wiemy, jak to skomentować. Dostali za nic od jakiegoś naćpanego debila. Szczęście, że noża nie miał przy sobie i że koledzy go odciągnęli po chwili. Coraz częściej dochodzimy z Michałem do wniosku, że najlepiej jeździć rowerem wszędzie, heh. Wiem, że to głupie, ale od soboty jeżdżę w pierwszym wagonie tramwaju- hah, tak jakby motorniczy miał mnie uratować od jakiegoś psychopaty. Prosto z uczelni udałam się do Lidla po rum- wieczorem obiecaliśmy wpaść do naszych poszkodowanych na imprezę, mającą na celu znieczulić nos, twarz i rozluźnić (na zdjęciach nasi poobijani). Oczywiście po rumie przyszedł czas na żubrówkę. A po sobocie przyszła kolej na zasłużonego kaca, który absolutnie uniemożliwił mi wczorajszy trening (za to Michał 2 razy obiegł Maltę, miał najlepszy w swoim życiu czas na 10 km), ale poćwiczyłam wieczorem, by zrobić cokolwiek. Wracaliśmy o własnych siłach i całkiem sprawni psycho-fizycznie, ale chyba dlatego, że zjedliśmy przed wyjściem, no i chyba już dawno minęły czasy, gdy ciężko nam trafić do domu po imprezie (naprawdę już nie pamiętam, kiedy tak było). Tak naprawdę powodem tego jest fakt, że szkoda mi całego następnego dnia, szczególnie w okresie biegowo-rowerowym. No i wolimy wypić butelkę wina czy piwo, niż wódkę, która sieje trochę większe spustoszenie w organizmie kolejnego dnia (inna rzecz, że fanką wysokoprocentowego alkoholu nie jestem). W każdym razie kara musi być, no i była- pół dnia zmarnowałam na nicnierobienie. Ale sobotni wieczór spędziliśmy w doskonałym towarzystwie, więc Ci, którzy czytają, niech nie myślą, że żałujemy. Ze świeczką szukać takich ludzi, naprawdę!
 A dzisiaj wyruszyłam na bieg, od razu po pracy. Wciąż 30 minut, już prawie bez marszu, ale znowu cierpię na bóle piszczeli i okołokostne, więc muszę wrócić do starego zestawu ćwiczeń. Ale pierwszy raz od bardzo dawna nie miałam żadnych problemów z oddechem- czułam, że mogę biec i biec! Co prawda wciąż trucht, trochę marsz (ale tylko z powodu bólu!), ale jest coraz lepiej. Proszę o dalsze wsparcie! Bo jeśli uda mi się przebiec ten półmaraton, to zmieszczę się ledwo w czasie regulaminowych 3h, jeśli nie- do mety dowiezie mnie busik. Wiadomo, że wolałabym dobiec, ale liczę na czas w okolicach 2,5-3h. Będzie na styk, ale już zdecydowałam ;) Pozostaje mi liczyć na lepszy wynik w kolejnym starcie (przypominam: czerwiec w Grodzisku Wielkopolskim)

 
8 tygodni do półmaratonu.
                                                                                                                           

czwartek, 3 lutego 2011

Dzieje się

"Ludzie boga"- francuski film o mnichach, trapistach (wikipedia), którzy zostali porwani i zamordowani, na faktach, rzecz się zdarzyła w 1994 r w Algierii. Polecamy, ale uwaga: to nie jest film dla każdego i trzeba mieć dzień. Krytycy mówią, że jest trudny, widzieliśmy wiele trudniejszych, ale chyba jesteśmy zahartowani ENH. Aktorstwo- super, dialogi- super. I to chyba pierwszy film o tym, że "ludzie boga" też wątpią, mówią o tym, że nie stoją ponad bogiem. Odważnie dość. Warto, we Francji obejrzało go już ponad 3 mln ludzi! 

Po niedzielnym półtreningu okazało się, że nic mnie boli, zupełnie nic- przyznam, że bardzo mnie to zaskoczyło. Dlatego już w poniedziałek postanowiłam iść za ciosem i zacząć plan treningowy PUMY (wielokrotnie zaczynany, kończony na 6 tygodniach, 30min biegu bez przerwy...) od tygodnia, w którym 4 razy biegniemy w trybie: 3min biegu+2 min marszu i takich 6 powtórzeń, zajmuje nam to, jak łatwo policzyć, 30 minut. Do tego dłuuuugie rozciąganie po biegu, by mięśnie wróciły na swoje miejsce i żeby nic mi nie było dnia następnego. Znowu czuję siłę! ;) Dzisiaj co prawda miałam jakieś słoniowe nogi, ale i takie dni bywają, nie mam zamiaru się poddać. A warunki są w ostatnim czasie idealne, bo choć trzyma mróz -4 w ciągu dnia, to nie ma w ogóle wiatru, ani opadów, więc uwierzcie- trudno o dogodniejsze warunki do biegania w czasie zimy. Michał tymczasem już  zaczął swój plan treningowy pod maraton, który znajdziecie TU. Dla mnie masakra, a on zaczął od 4.tygodnia. 
No dzieje się, jak widzicie. Sportowo się dzieje. W ciągu dnia, podczas treningów, mijamy niespotykaną ilość biegaczy- nie tylko ma na to wpływ dogodna pogoda, o której już wspomniałam, ale również fakt, że za 8,5 tygodnia w naszym mieście odbędzie się półmaraton ;) 
Wiecie, na co ja czekam, jeśli chodzi o bieganie? Żebym mogła zrobić trening o 18, jak zwykle, ale nie po ciemku... Wciąż jest noc, gdy o 17 wychodzę z biura, choć dzień dłuższy coraz bardziej (już o godzinę i 10 minut od najkrótszego!). Jeszcze trochę, ech.
Choć i tak dramatu nie ma i nie powinnam narzekać, bo w rękawiczkach jest za gorąco, nawet w czapce (Michał biega w
basebolówce, żeby mu sie głowa nie zagotowała), a zwykle w tym czasie mieliśmy nie -4, a -15 i śniegi i lód, które uniemożliwiłyby mi poruszanie się szybciej, niz marszem. Tylko...daj palec, a poproszę o całą dłoń, niestety, hehe, więc nie do końca potrafię się cieszyć tym, co mamy za oknem w takim stopniu, w jakim powinnam. Świstak przepowiedział koniec zimy za 6 tygodni ;) A my odliczamy czas do wakacji, do naszych wytyczonych celów. Bo to już luty, jeśli ktoś nie zauważył. Ach, bo wy nic nie wiecie o wakacjach... Ale o tym może w następnym poście ;)
 We wtorek spędziliśmy miły wieczór u Gaborów, a wczoraj z kolei u mojej mamy, której urodziny świętowaliśmy. Tort czekoladowy z wiśniami made by mom był pyszny, delikatny, lekki, dobrze namoczony rumem, hehe ;) 
Jutro jedziemy na koncert legendarnej grupy jazzowej Laboratorium, do Domu Kultury w Tarnowie Podgórnym, wjazd za free! Na TAKI zespół! W głowie się nie mieści! W Tarnowie ktoś musi lubić jazz, jakieś 1,5roku temu byliśmy w tym samym miejscu na koncercie Ptaszyna za 10zł! W pierwszym rzędzie, coś niesamowitego to było.
ps. Na listę półmaratończyków zapiszę się po przebiegnięciu 10 km. Mam nadzieję, że to będzie za około 3,5 tygodnia. Nieustannie motywuje Polly.